Fani Twardocha bardzo się ucieszą!

fani Twardocha

Fani Twardocha zapewne po przeczytaniu Królestwa, bacznie obserwowali profil facebookowy i wyczekiwali zapowiedzi nowości.  Oto i ona! Jak nie zostałem poetą, najnowsze wydawnictwo Szczepana Twardocha. Ale czy na pewno takie najnowsze, co znajdziemy w środku? Zapraszam do recenzji.

Dla tych co odpuścili

Wydaje mi się, że fani Twardocha przyjmą wszystko z otwartymi rękoma, co spod jego pióra wyszło. To kwestia zaufania do dobrego warsztatu. Ta książka natomiast ucieszy wszystkich tych czytelników, którzy odpuścili sobie kupowanie miesięcznika „Pani” poczynając od 2015 aż do obecnego roku. Dlaczego? Gdyż tam, oprócz jednego, pojawiały się regularnie felietony, które składają się na Jak nie zostałem poetą. Stąd moje zawahanie, czy na pewno jest to najnowsze wydawnictwo. To te same dylematy, które towarzyszyły mi przy recenzji Ballady o pewnej panience.

Scyta, poeta, reporter

Niedługo po premierze kontynuacji Króla, dostajemy stosunkowo cienką i zgrabną książkę; chwytliwy tytuł sugeruje, że będzie to coś autobiograficznego, że dowiemy się czegoś więcej z życia pisarza. Możliwe, że część z was ma już chrapkę, bo być może umieścił kilka, przysłowiowych smaczków, które zmienią postrzeganie jego twórczości, albo utwierdzą was w swoich przekonaniach. Coś w tym jest, ale nie do końca.

Jak już wspomniałam na całość składają się felietony – zwykle takie na 3,4 strony – jednak nie wszystkie dotyczą osobiście autora. Dowiemy się dlaczego pisarz nie jest scytą, jak nie został reporterem oraz tytułowym poetą. W innych przeczytamy o wyprawach na Spitsbergen, przemyśleniach, a nawet o rodzinnych historiach. W pewien sposób w każdą z tych opowieści Twardoch jest zaplątany, czasami w bardzo delikatny sposób, a innym razem zanurzony w całości. Co podczas lektury bardzo mi się spodobało.

Tradycyjnie…

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na okładkę. To już chyba pozostanie tradycją (o ile Szczepan Twardoch dalej będzie współpracował z grafikiem Rafałem Kucharczukiem), że okładki i strony tytułowe mnie zachwycają. Dbałość o szczegóły, wysoka jakość i klasa, to wszystko tworzy całość na którą moje poczucie estetyki z zachwytu klaszcze. Tym razem również tak jest, a czerwony wieloryb jest świetnym nawiązaniem do Króla, fani Twardocha, wiedzą o co chodzi.

Książkę czyta się zastraszająco szybko, jest idealna na wakacyjne podróże pociągiem. Polecam jak zawsze z czystym sumieniem.


Szczepan Twardoch
Jak nie zostałem poetą
Wydawnictwo Literackie 

Choroby cywilizacyjne | Hashimoto na widelcu

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o