Slash w Łodzi – relacja z koncertu [12.02.19]

Slash w Łodzi - relacja
Fot Facebook kapeli

Ostatnim razem solowy materiał Slasha mogliśmy usłyszeć w Polsce cztery lata temu, gdy muzyk razem ze swoją świtą odwiedził łódzką Atlas Arenę. Po długim czasie oczekiwania (wypełnionym między innymi powrotem artysty do Guns N’ Roses i ogromną trasą ze swoim macierzystym zespołem) Slash powrócił do Łodzi i… warto było czekać!

Show w okolicach godziny  19:30 rozpoczął polski akcent. Organizator koncertu zaprosił do udziału w roli supportu grupę Afromental. Wybór dość niekonwencjonalny i nie dziwi, że wywołał burzę komentarzy. Sam nie byłem zbyt dużym zwolennikiem takiego rozwiązania, ale z czystym sercem powiedzieć mogę że pozytywnie się zaskoczyłem. Grupa zaprezentowała zebranej już w Arenie publiczności głównie materiał ze swojego najnowszego albumu. Innymi słowy – dobry wybór na przygrywanie w tle, w czasie gdy ludzie powoli zbierają się na terenie koncertu.

Czterech Campbellów

W roli drugiego supportu zaprezentowała się walijska grupa Phil Campbell and the Bastard Sons. Tak, punkt dla wszystkich, którym nazwisko Campbell od razu skojarzyło się z Motörhead! Phill był gitarzystą kapeli od roku 1984, aż do śmierci Lemmy’ego. Muzyk pochwalić może się szesnastoma płytami nagranymi pod szyldem grupy. Po rozpadzie Motörhead gitarzysta zajął się swoim solowym projektem i w Polsce wystąpił w ramach trasy promującej debiutancki album jego grupy. Co ciekawe, na scenie zobaczyliśmy tego wieczoru aż czterech Campbellów. W składzie kapeli oprócz Phila, znajdziemy jeszcze trzech jego synów – Todda, Dane’a, oraz Tyle’a. Jeśli chodzi o samo show, to stało na bardzo dobrym poziomie. W materiale solowym gitarzysty można odczuć ten Motörheadowy klimat, więc wszyscy fani dobrego rocka czuli się jak w niebie. Zadedykowane Lemmy’emu Ace Of Spades na koniec setu – to było coś naprawdę pięknego.

Fanowska maskarada i mocna pierwsza połowa

Chwila odpoczynku po występie Campbella i w okolicach 21:30  na arenie gasną światła. Fani zebrani w strefie Golden Circle zakładają specjalnie przygotowane na kształt okładki Living The Dream maski (akcja zorganizowana przez MetalMindProductions, Antyradio, oraz stronę SlashArmyPoland), a z głośników zaczynają wydobywać się dźwięki intra, od którego Slash rozpoczyna koncerty na tej trasie. Na scenie pojawiają się sylwetki muzyków i emocje sięgają zenitu, gdy słyszymy riff otwierający The Call of The Wild. Zaraz potem grupa bez chwili wytchnienia odpala kolejne biegi rockowego spektaklu i serwuje nam Halo oraz Standing in The Sun. Oba utwory z pierwszej płyty nagranej w składzie Slash ft. Myles Kennedy & The Conspirators. W międzyczasie, Myles nauczył się także wymawiać poprawnie “dziękuję”, oraz “dzięki”. Mały akcent, a cieszy. Następnie słyszymy Ghosta i Back From Cali, a później czas nastał na materiał z najnowszego albumu grupy. Najpierw singlowe My Antidote, następnie długo rozwijające się Serve You Right, a później Sugar Cane (z którego notabene cieszyłem się jak małe dziecko – to jeden z moich ulubionych utworów z wydanego rok temu Living The Dream). Za nami już dziewięć piosenek, nastał więc czas, by Myles dostał chwilę odpoczynku. Na kolejne dwa utwory w rolę wokalisty wcielił się Todd Kerns. Basista grupy wykrzyczał razem z całą publiką Doctora Alibi (solowa wersja Slasha, oryginalnie w utworze śpiewał wspominany już wcześniej Lemmy), oraz We’re All Gonna Die (z tej samej płyty, tutaj oryginalnie mieliśmy Iggy’ego Popa.)

Dłuuugie solówki i świat w płomieniach

Po jakże energicznym zapoznaniu się z możliwościami wokalnymi Todda, muzycy postanowili dać publiczności chwilę wytchnienia. Z głośników wybrzmiała bowiem epicka ballada Lost Inside A Girl. Następnie artyści sięgnęli po kawałek Wicked Stone, który na obecnej trasie rozbudowany został o dodatkową sekcję instrumentalno-jamową. Z pięciominutowego utworu zrobił się nagle utwór praktycznie piętnastominutowy. Mieliśmy zatem chwilę odpoczynku, ale zaraz potem Slash i ekipa ponownie odpalili muzyczne petardy. Najpierw dwa single z Living The Dream – Mind Your Manners i Driving Rain, a później By the Sword z albumu z 2010 roku. Publiczność wybuchnęła jednak najbardziej zaraz po tych utworach. Zapytacie pewnie dlaczego? Ano dlatego, że usłyszeliśmy charakterystyczne wejście perkusyjne, a od razu później Slash odpalił riff przewodni gunsowego Nightraina. Publika wręcz oszalała! Zaraz potem słyszymy jedną z pierwszych piosenek napisanych przez duet Slash & Myles, czyli Starlight, (przy okazji którego trybuny ponownie zamieniły się w morze jasnych światełek) oraz przebojowe You’re a Lie.  Na sam koniec podstawowego setu cały świat stanął w płomieniach. A to wszystko dzięki mocarnemu World on Fire, które z impetem wybrzmiało w całej Atlas Arenie. Po tych dwudziestu piosenkach powiedzieć można było tylko jedno – wow. Bisy także trzymały dobry poziom. Polscy fani usłyszeli żywiołowy Avalon, a na sam koniec Anastasię z rozbudowaną sekcją solówek.

Ale jak to tak bez Paradise City?

Wspomnieć trzeba, że w setliście (oprócz Nightraina) nie znalazły się żadne piosenki Guns N’Roses. I bardzo dobrze! Muzyk sam zapowiadał, że na najbliższej trasie skupiać będzie się na swoich solowych dokonaniach. Nie sposób zatem zrozumieć dlaczego po koncercie słychać było dookoła głosy narzekań, że w setliście zabrakło Sweet Child O’Mine oraz Paradise City. Ludzie, przez ostatnie 3 lata ten człowiek praktycznie co wieczór grywał te piosenki! Dajcie mu trochę odpocząć i nacieszyć się swoją własną działalnością. Podsumowując – Slash jak zwykle zaprezentował się z solidnej strony, a reszta zespołu dotrzymała mu kroku. Napisałbym, że pozostało nam teraz tylko czekać na kolejny koncert w Polsce, ale przyszłość wspólnego projektu Slasha i Mylesa na chwilę obecną pozostaje niewiadomą. Po obecnej trasie Kennedy wraca do Alter Bridge, z którym nagrywać będzie kolejny album. Być może Slash wykorzysta wolną chwilę i zaciągnie Axla do studia nagraniowego? To trudne zadanie, ale Panie Hudson – trzymamy za Pana kciuki!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here