Stoner z poczuciem humoru? Diuna – Golem!

Diuna Golem
fot. oficjalny FB zespołu

W ubiegłym roku, pod sam jego koniec, pojawiła się druga płyta pewnego toruńskiego kwartetu. O debiucie mogliście przeczytać prawie dwa lata temu. Czy chłopaki z Torunia stanęli na wysokości zadania i przeskoczyli poprzeczkę zawieszoną pierwszym albumem? Czy jednak pomysł na klasyczne, stonerowe granie jest już passe? Przed Wami Diuna Golem!

Diuna zaskoczyła debiutem. Okazało się, że da się w Polsce nagrać album stonerowy, który nawiązuje do klasyki bardzo bezpośrednio, jednak czuć w tym powiew świeżości. A z racji tego, że stoner nie jest tak poważnym gatunkiem, jak choćby black metal i nie ma też tak skostniałych fanów (wiem, duże uogólnienie, sorki), to zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej puścili humorystyczne oczko do słuchacza. Zresztą sam tytuł debiutu, The Very Best Of The Golden Hits, no przecież na pierwszy rzut oka widać, że to śmieszki. Niewiele zespołów odważyło się podobnie nazwać pierwszą płytę. Szczerze mówiąc, kojarzę chyba tylko Albert Rosenfield, którzy w 1994 wydali album The Best Off… I tamten, nieistniejący już, a naprawdę ciekawy projekt, również nie skąpił sprytnie szmuglowanych żarcików.

Biorąc się za drugi krążek, wiedziałem czego mniej więcej można się spodziewać po toruńskiej ekipie. Zastanawiałem się jednak, czy będzie to prosta kontynuacja obranej drogi. Bez kombinowania i udziwnień. Czy może będzie zwrot w zupełnie inną stronę. Odkrywanie nowych lądów, szukanie innych rozwiązań. Pierwszy singiel, Lion’s coś, wskazywał, że Diuna raczej będzie kontynuowała kierunek obrany na debiucie, chociaż było tam już kilka momentów, przy których myśli biegały w nieco inną stronę. Jednak był to tylko singiel, a po jednym utworze ciężko jest ocenić całość albumu. Czekałem więc cierpliwie aż piękny, plastikowy, zielony krążek wyląduje w moich łapkach. Aha, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że krążek będzie faktycznie zielony.

Niech nie zmyli Was okładka!

Po rozpakowaniu przesyłki i wrzuceniu płytki w odtwarzacz, okazało się, że zielona jest również muzyka, którą Diuna zaproponowała słuchaczom. Właściwie, to nie tylko zielona, jest pełna kolorów. Ale pierwsze różnice między Golemem a The Very Best… pokazały się już na okładce. Tym razem z frontu nie straszyła prlowska meblościanka. To były jej pozostałości? Możliwe. Pięknie skomponowane zdjęcie z kiblem, na którym postawione jest lustro w samym środku kadru, kilka desek oraz szare, obskurne mury jakiejś piwnicy. Jeśli ktoś nie zna zespołu i kupuje płyty, bo podoba się mu okładka i kojarzy się z konkretną muzyką, może być srogo zawiedziony. Taki obraz lepiej koresponduje z grind corem? Brutal deathem? Sludgem? Bynajmniej nie ze słoneczną pustynią, palmami i wesołymi riffami. Więcej kolorów mamy w środku. W ogóle, to w środku jest zwyczajnie więcej wszystkiego. Postarali się o książeczkę z prawdziwego zdarzenia. Z tekstami, podziękowaniami i innymi rzeczami, które zazwyczaj są we wkładkach.

Napatrzyłem się i z uśmiechem włączyłem play. Chwila konsternacji, co jest, elektronika, pikanie, zjebał mi się odtwarzacz w aucie, zajebiście… otóż nie! To tylko 23 sekundowy otwieracz pt. Menu. Poczucie ulgi jest niezwykłe, trzy puknięcia w bęben i wjeżdża gitarka. Charakterystyczna brzmieniowo dla zespołu, bardzo ładnie wklejająca się w kanony gatunku. Nie trzeba długo czekać, aż cały Jarmark Cudów się rozkręci, a co ciekawe, jest to najdłuższy numer na płycie. Może niekoniecznie spodziewałem się w trzech kwadransach, trzech potężnych skurwysynów ciągnących się jak spagetti, ale żeby dostać aż dwanaście pieśni, zastanawiające. Z każdą minutą wątpliwości zmieniały się w pełne szacunku zdumienie. Z czeluści niepoznanego jeszcze materiału zaczęły wyskakiwać ciekawe, krótkie i kolorowe wstawki między właściwymi utworami. Aha! Więc to tak, to one też mają tytuł! Dobra, macie mnie, wchodzę do gry.

Zaczynamy grę!

A to był dopiero pierwszy odsłuch! Naprawdę niewiele jest albumów, które da się poznać za pierwszym razem. Golem wybitnie się nie zalicza do tej kategorii. I choć w teorii jest to po prostu stoner rock okraszony delikatną psychodelą, to z każdym kolejnym przesłuchaniem wyrywasz smaczki, które sprawiają, że chcesz dalej grzebać w tym wiaderku. Nie wiem, ile razy ten krążek gościł w moim playerze, jednak siadając przed kompem do tego tekstu, zacząłem się zastanawiać, czy ja faktycznie to poznałem wystarczająco dobrze. Tekst więc powoli wlewał się do edytora, a ja utwierdzałem się w przekonaniu, że chyba nie da się poznać tej płyty w stu procentach, bo zawsze, za każdym kurwa razem, odkrywam tu coś nowego. Jak nie solówki w stylu Toma Morello, to jakieś dziwne, plemienne bębny lub syntezatory wyrwane żywcem z lat osiemdziesiątych.

Okazało się, że Diuna konsekwentnie pokazuje, że w Polsce da się zrobić fajny stoner. Zastanowienie z drugiego akapitu rozjaśniło się błyskawicznie. Kontynuują obraną wcześniej drogę w sposób doskonały i mimo że zdecydowanie nie poszli w szukanie karkołomnych i nieodkrytych rozwiązań, to przetarty wcześniej szlak rozkopują i poszerzają. Podobieństwa do debiutu są uderzające, ale w sposób niezwykle przyjemny i tylko w standardowych kawałkach, tych z tekstem, trwających po kilka minut. Bo gdy wchodzą muzyczne przerywniki, oczywistym staje się fakt, że nie tylko poczucie humoru wciąż jest na wysokim poziomie, ale i pomysły coraz ciekawsze. Weźmy na przykład taką Optymistyczną celebrację, pełną funkowego vibe’u, z werblem tak płaskim, że gdyby był przestrzenią do jazdy autem, można byłby bić tam rekordy prędkości. A zaraz później bierzemy plemienne Milczenie niewolników, gdzie rytualne djembe powodują, że odwracasz głowę by zerknąć, czy przypadkiem nie biegnie za tobą wygłodniała banda indiańskich kanibali.

Kyuss z Torunia?

W momencie, gdy upewniamy się, że jesteśmy bezpieczni zaczyna się Duch, jeden z moich ulubieńców na płycie. Kyuss z Blues for the Red Sun pełną gębą. Sytuacja komfortowa i dla fanów Kyuss, bo mimo mocno eksploatowanej inspiracji nie śmierdzi tu stęchlizną, i dla słuchaczy, których ominął ten zespół, może jednak zapoznają się z legendami. Pan Jezus idzie do wojska to nie tylko chwytliwy i lekko kontrowersyjny tytuł, ale i totalnie koncertowy utwór, który porywa do tańca. I wciąż bardzo Kyussowy, ale z powiedzmy następnej płyty.

Więcej analogii nie jest tu potrzebnych. Muzyka Diuny, to po prostu kozak na pełnej. Tony świetnych riffów w wykonaniu Patryka, który poprowadził pamiętną lekcję gitary podczas Red Smoke. Fenomenalne partie sekcji rytmicznej złożonej z Maliesa i Jakuba. I wokal. Wokal. No właśnie. Teksty w języku polskim, to wciąż temat, może nie tabu, ale zapewne nie jest to oczywiste rozwiązanie. I o ile na debiucie był dość spory problem ze zrozumieniem poszczególnych słów, o tyle tu treść jest czytelna prawie idealnie. Oczywiście charakter, maniery i zabawa głosem, to wciąż potężny atut Konstantego. A i teksty ciekawe, choć pewnie nie wszystkie zinterpretowałem odpowiednio. Nie sposób pominąć również gości, którzy talentem i umiejętnościami sprawili, że płyta brzmi tak a nie inaczej. Jacek, Wojtek i Michał wprowadzili tu te wszystkie przeszkadzajki w formie syntezatorów, dodatkowych gitar czy djembe.

Podsumowanie

Podsumowaniem niech będzie odpowiedź na pierwsze zadane w artykule pytanie. Tak, Diuna przeskoczyła poprzeczkę zawieszoną przez The Very Best… Wysoko, z polotem i w świetnym, charakterystycznym dla nich stylu. No i przy okazji się podpisali z nową wytwórnią – Piranha Music. To ja już czekam na kolejne wydawnictwa. I te od Piranii i te od Diuny!

Maciek Juraszek