Diuna – “The very best of the Golden Hits” [recenzja]

The very best of the Golden Hits
fot: oficjalny FB zespołu

Kto powiedział, że w stonery nie da się po Polsku? Da się i to jak! Wystarczy posłuchać debiutanckiego krążka toruńskiej Diuny. Nie dość, że brzmią jakby wyszli z najsuchszej wydmy, to w dodatku krzyczą o tym w języku ojczystym. I to mi się podoba, bardzo.

Diuna to kwartet, który powstał w 2013 roku w Toruniu. Od tego czasu przemierzają świat głosząc zieloną nowinę. Do czasu wydania pełnego albumu, chłopaki mieli na koncie dwie, świetne epki. Debiutancki longplay The very best of the Golden Hits ujrzał światło dzienne w październiku 2017. Wówczas wydany został w formie cyfrowej. Na fizyczny nośnik trzeba było czekać aż do kwietnia. Widziałem koncerty tego składu, słyszałem singiel promujący to wydawnictwo i z premedytacją nie zabierałem się za odsłuch całości. Ale w końcu płyta trafiła w moje łapki i błyskawicznie powędrowała do odtwarzacza.

The very best of the Golden Hits
fot: oficjalny FB zespołu

Z natury jestem cierpliwym człowiekiem, a oczekiwanie zostało wynagrodzone kanonadą dźwięków pokrytych konkretną dawką piasku. Osiem kompozycji, ponad pięćdziesiąt minut materiału w sumie. I ten wspaniały, skromny tytuł. Widać, że album był przemyślany od początku do końca. Płyty z frazą Golden Hits pamiętam z dzieciństwa, czyli początki lat dziewięćdziesiątych. Na okładce albumu Diuny mamy zdjęcie wspaniałej, peerelowskiej meblościanki, która też utkwiła mi w głowie z zamierzchłych czasów. Otwieramy pudełko, wyciągamy wkładkę, która składa się z jednej kartki i mamy na odwrocie grafikę przedstawiającą członków zespołu. To zdjęcie oraz tył wyglądają na grafiki rodem z Atari albo Pegazusów. W środku jest jeszcze urocze zdjęcie róż. Świetny koncept. Widać, że chłopaki mają raczej sporo dystansu, zarówno do siebie jak i otaczającego ich świata.

Pustynna podróż w nieznane

Najważniejsza jest jednak muzyka, która porwała mnie już przy pierwszym odsłuchu. Energia, moc, życie, to wszystko jest na The very best of the Golden Hits w dawkach powalających. Niemal natychmiastowo po włączeniu przycisku play znalazłem się na ich koncercie. Mentalnie. Panowie stworzyli studyjny album, który jest doskonałym odzwierciedleniem tego co prezentują na żywo. Nie ma tu jakichkolwiek technicznych udoskonaleń. Nie ma studyjnych ulepszaczy. Są natomiast konkretne riffy, potężne rozdzieranie gardła i sekcja rytmiczna, bujająca całością.

Już otwierający Śmieć w Czerwcu zaczyna się zadziornym, troszkę bluesującym riffem, który szybko zostaje wciągnięty w wir szalonej sekcji. Najciekawiej jednak robi się jak zaczynają się partie wokalne. Każdy kolejny utwór rozkręca płytę i prezentuje nowe pomysły. Idą coraz głębiej jest coraz ciekawiej. Krótkie i zadziorne wejście basu w Zielonym Synie równa się z nieco transującą gitarą. Filozofia dialogu to szybkie, krótkie punkowe pierdolnięcie idealnie wprowadzające do zamykającego Telmo Sisso. Długi, rozjammowany kawałek genialnie wycisza płytę. I gdy już myślimy, że to koniec dostajemy popierdolone przejścia w metrum, którego nie umiem policzyć, strzelające w uszy niczym karabin Rambo.

The very best of the Golden Hits to świetna, stonerowa płyta, do której dosypano kilka innych składników dzięki czemu zapada ona w pamięć na długo. Jest tu więc noise rock. Są śladowe ilości shoegaze’owej przestrzeni. Jest mnóstwo piachu i potężne pokłady psychodelicznych specyfików.

Kompozycje zawdzięczają rozpęd perkusji, która zasuwa do przodu niczym wielbłąd. Obładowana basem dzielnie brnie przez pustynne dźwięki gitar. A te potrafią fajnie ujarzmić sekcję. Oldskulowe przestery i perfekcyjne pomysły smakują tu bardzo dobrze. I na końcu wokal. Słyszałem opinię, że niby tu nie pasuje. Jednak nie mogłem się doszukać żadnych zgrzytów. Fakt, jest to specyficzna barwa. Fakt nr 2, mimo że teksty są w języku ojczystym, to momentami bywają niezrozumiałe. Jednak jako czwarty instrument, wokal odgrywa tu bardzo ważną rolę. Potrafi delikatnie zaśpiewać, czasem lekko melorecytuje. Nadchodzi jednak też czas na szaleńcze, opętane wrzaski i gardłowy krzyk. Miód dla uszu.

Podsumowanie

Podsumuję krótko. Jeśli słyszałeś tę płytę to albo się zakochałeś, albo już do niej nie wróciłeś. Ja postawiłem na pierwszą opcję. Jeśli jednak zespół Diuna jest Ci obcy, a jesteś osobą otwartą na muzykę i masz w głowie trochę dystansu koniecznie sprawdź The very best of the Golden Hits. To naprawdę najlepsze z najlepszych w wersji deluxe!

Maciej Juraszek