Valley Of The Sun w Warsztacie [relacja]

valley of the sun
fot. One Man Foto, oficjalny FB wydarzenia

Zakończenie września było naprawdę słoneczne. Zwłaszcza w krakowskim Warsztacie, gdzie w ostatni piątek miesiąca miał miejsce koncert Valley Of The Sun. Oczywiście na scenie nie zabrakło reprezentantów z Polski. Jesteście ciekawi, jak było? Zapraszam dalej!

Jesień jaka jest, każdy widzi. Z jednej strony pięknie, kolorowo i klimatycznie. Z drugiej jednak ponure i zimne dni powodują drastyczny spadek nastroju. A nic nie poprawia go lepiej niż konkretna dawka gitarowych riffów, które błyskawicznie transportują nas na upalne pustkowia kalifornijskich pustyń. Tak, Valley Of The Sun to zespół, który nie szuka na siłę innowacji w muzyce. Grają prawdziwie pustynny stoner i wychodzi im to naprawdę dobrze. Ale do tego jeszcze dojedziemy.

Valley Of The Sun w Warsztacie – zaczynamy!

Zacznę nietypowo, bo od krótkiego przedstawienia organizatorów. Southern Discomfort to niewielka ekipa, która, podobnie jak Soulstone Gathering, ogarnia koncerty w różnych, krakowskich miejscówkach. Tych koncertów nie jest mało i są naprawdę ciekawe jednak nigdy nie miałem możliwości, by to sprawdzić. Nareszcie się udało i myślę, a raczej mam nadzieję, że nie był to ostatni raz. Bo to, że kapele występujące w Warsztacie były dobre, wiedziałem od początku. Ale odpowiedni klimat wieczoru, to również zasługa wszystkich, którzy maczają palce przy organizacji. SD z zadania wywiązali się wzorowo. Znaleźli fajne miejsce (nie sądziłem, że będzie aż tak dobrze), obsuwy były akceptowalne, a atmosfera sielankowa. Oczywiście droga do Miasta Królów Polski była przeprawą przez piekło, ale bądźmy poważni, wiedziałem, że nie będzie kolorowo.

Diuna

Wieczór rozpoczęła toruńska Diuna. Trzymają poziom. Wysoki. Widziałem ich już tyle razy, a jeszcze mi się nie znudziło. Poczucie humoru tej ekipy, Perła w butelkach na scenie i przede wszystkim świetna muzyka. Wiem, że pewnie większość z Was wie, co siedzi w ich piosenkach. Ale dla nowych gości przypomnę, że Diuna to kwartet nie stroniący od zasypanych piaskiem riffów, niemałej dawki psychodelicznych klimatów oraz polskiego języka w tekstach. Charyzmatyczny wokalista, mimo że nie dostał obiecanego delaya, brzmiał dobrze i szybko złapał kontakt z publiką. Co zresztą nie było trudne, bo to był początek imprezy, a miejsce pod sceną dopiero zaczynało się zapełniać.

Only Sons

Po krótkiej technicznej pauzie i błyskawicznej przepince na scenie stanął krakowski kolektyw Only Sons. I co tu dużo mówić, rozjebali. Panowie umieją w rock’n’roll. Widziałem ten zespół jakiś czas temu, jakoś zaraz po wydaniu debiutanckiej epki i pamiętam, że zrobił całkiem dobre wrażenie zarówno na mnie, jak i na współimprezowiczach. Tym koncertem potwierdziłem swoje zdanie na ich temat. I już nie mogę się doczekać longplaya, który ma ukazać się jeszcze w tym roku. Ich muzyka trafia w uszy z dużą energią i dzięki przebojowości zostaje tam na dłużej. Only Sons składają hołd latom dziewięćdziesiątym i nie próbują udawać, że jest inaczej. Jednak są przy tym niezwykle… autentyczni? Ale nie zdradzajmy zbyt dużo szczegółów. Poczekajcie na recenzję krążka.

Valley Of The Sun

I wreszcie nadszedł czas na to, po co właściwie przyjechałem do Krakowa. Na deskach Warsztatu, po nieco dłuższej przerwie, stanął kwartet Valley Of The Sun. I słońce spłynęło na dawną stolicę Polski. Na wypełniony niemal po brzegi klub zaczęły się sypać riffy pełne suchego piachu i gorącego słońca wprost z pustyń na zachodzie USA. Chociaż poczekajcie chwilę, przecież oni nie są z Kalifornii. No, ale jak widać, a raczej słychać, nie trzeba pochodzić z tamtych rejonów by grać muzykę, która niesie żar. I VOTS potrafią zagrać prawdziwy, pustynny stoner. Bez psychodelicznych pierdoletów, bez silenia się na nowatorstwo. Prosto z mostu. Średnie tempa, sroga dawka fuzza, zapierdalająca sekcja i fantastyczny wokal.

Ekipa wydała w tym roku płytę Old Gods i to właśnie z tym materiałem przemierza Europę. Dla mnie to jeden z najlepszych albumów 2019. I owszem, wiem, że nie jest to muzyka, która pokazuje niesamowite umiejętności wykonawców. Oni nie stawiają na odkrywanie nowych lądów. Na szczęście nie oszukują słuchacza twierdząc, że to cios z kosmosu, po którym wszystkim opadnie szczęka. To jest generyczny, pustynny stoner, jednak zagrany solidnie i z serduszkiem. Na koncercie riff gonił riff a solóweczki w absolutnie doskonałym klimacie dopełniały to wszystko. Frontman umiał złapać kontakt z gawiedzią, dzięki czemu banda przywieszonych miłośników muzyki ruszyła do zabawy.

Podsumowanie

To był jeden z tych wieczorów, które kończą się tak szybko jak się zaczynają. Ledwie zagrał support, a tu już po bisach głównej gwiazdy. Zdarza się, zwłaszcza jak zespoły wypruwają flaki na scenie, a organizacja gig stoi na fajnym poziomie. Southern Discomfort, dzięki za możliwość uczestniczenia, było zacnie. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy!

Maciek Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o