Soulstone Gathering Warm Up Party 2018 [relacja]

Warm Up Party
fot: oficjalny FB Soulstone Gathering

Jesienny tryptyk Soulstone Gathering rozpoczęty! W sobotę, 13 października, w krakowskiej Alchemii odbyła się oficjalna impreza rozgrzewkowa przed festiwalem. Pięć kapel, ponad pięć godzin muzyki na żywo i wspaniały klimat.

Wieczór zaczął się od tego, że niemal spóźniłem się na ten gig, mimo że wyjechałem z ogromnym zapasem czasu. Sobota, cudowna pogoda i popołudniowe korki. Na szczęście pełne auto zainteresowanych koncertem wynagrodziło trudy podróży, a i Kraków przywitał mnie wyjątkowo łagodnie. Samochód na parkingu, grupa zebrana, kierunek Alchemia.

Wiedziałem, że na Warm Up Party przygotowane są specjalne wizualizacje. W zeszłym roku były nieziemskie, jednak podczas edycji 2018 Vortex Visual Division wysoko zawieszono poprzeczkę. Niewysoki sufit klubu przystrojony w jakąś dziwną tkaninę na pierwszy rzut oka sprawiał nieco klaustrofobiczne wrażenie, jednak przy odpalonych efektach świetlnych przeobraził się w psychodeliczną przestrzeń kosmiczną. Ci ludzie wiedzą co robią. Ciekawe co pokażą w ZetPeTe podczas festiwalu.

Spokojny start

Schodząc do dolnej sali, gdzie odbywały się koncerty słyszałem pierwszy zespół, który zdążył rozpocząć swój set. Moontoy z Warszawy był idealną formacją na dobry początek. Leniwe dźwięki spokojnie spowijały salę powoli wypełniającą się słuchaczami. Rozjammowany występ został bardzo dobrze odebrany przez zgromadzonych. Zresztą wcale się nie zdziwiłem. Przyjemnie falujące patenty na gitarze oraz bujająca sekcja, to coś co bywalcy podobnych koncertów bardzo lubią.

Szczeciński PowerPlant tchnął w rozleniwioną publikę nieco życia. Połączenie stonerowego luzu z grunge’ową zadziornością spisało się wyjątkowo dobrze. Nie spodziewałem się muzycznych fajerwerków, wszakże nikt tu nie odkrywał niezbadanych rejonów. Jednak energia, która biła ze sceny wprowadziła niemałe zamieszanie na parkiecie. Konkretny skład, konkretne uderzenie. Trochę pustyni, szczypta posępnej atmosfery. Mocny i ciekawy wokal fajnie wbijał się w partie grane przez dwóch gitarzystów. I oczywiście energetycznie zasuwająca sekcja.

Rock’n’roll!

Jesteśmy w Krakowie, nie mogło więc zabraknąć przedstawiciela lokalnej sceny. A wybór tegoż przez organizatorów, to był strzał w dziesiątkę. Idealnie w środku stawki na scenie zameldował się zespół Only Sons. Skład niby podobny do poprzedników, dwie gitary, bas, gary i wokal. Ameryki raczej nie odkrywają. A jednak w ich twórczości jest coś, co mnie urzekło. Grupa nie ma na koncie spektakularnych sukcesów czy powalającego longplaya. W końcu zadebiutowali w zeszłym roku. Jednak ich zgranie oraz umiejętności mogą zawstydzić nie jeden skład ze zdecydowanie dłuższym stażem na scenie. No ale Panowie nie są przypadkową grupą z łapanki. Z delikatnym puszczeniem oczka, można powiedzieć, że to taka lokalna supergrupa. Ale serio, są świetni. Ten występ to była pokaźna dawka rock’n’rolla.

Chwila oczekiwania, kilka porządnych wdechów świeżego, krakowskiego powietrza przed knajpą, ploteczki i lecimy dalej. Na scenie zainstalowali się przedstawiciele Górnego Śląska. Zespół, który lubię, nawet bardzo. Southern metal z mocno stonerowym zacięciem doskonale sprawdza się na żywo. Nie inaczej było podczas Warm Up Party 2018. Już kiedyś, podczas jednej z moich relacji wspominałem, że byli najbardziej rock’n’rollowym zespołem jednej z imprez. Tak było również w sobotę. Totalny armagedon, kipiąca energia i dzika zabawa zarówno na, jak i pod sceną. Wojtek, frontman (niektórzy powinni się od niego uczyć tego fachu) jest szaleńcem, który przy okazji wygląda na obłąkanego, zwłaszcza gdy patrzy na gitarową solówkę. Gitarowy nie jest lepszy, a i umiejętności ma spore. Do tego sekcja rytmiczna, szybka i ciężka. Czy można sobie życzyć czegoś więcej? Aha, to był dopiero czwarty zespół!

Wspaniały finał

Nadszedł czas na finał, na najbardziej oczekiwany zespół Warm Up Party. Na skład, który miał odwiedzić Kraków już w kwietniu. Ukraińskie power trio, to dla mnie jedna z najciekawszych kapel. Nie, nie tylko na scenie stonerowej – nie tylko w Europie. Somali Yacht Club są geniuszami. Miałem przyjemność widzieć ich w akcji już dwa razy. Jednak na koncerty SYC mógłbym chodzić co weekend. To nie są rock’n’rollowi szaleńcy, chociaż nie można powiedzieć, że brakuje im energii. Nie grają jednak specjalnie powoli, nie są przytłaczający czy zbyt ciężcy. Ich muzyka jest idealnie wyważona. To doskonała kombinacja przestrzeni, ciężaru, energii, improwizacji oraz atmosfery. A wystarczy do tego pomysł i trzech ludzi, którzy muzycznie są prawdopodobnie połączeni astralnie. Wystarczył pierwszy dźwięk gitary i uderzenie perkusji bym dał się porwać. Od samego początku do samego końca byłem w muzycznej ekstazie.

Przed gigiem zastanawiałem się jak zabrzmi na żywo płyta, którą wydali początkiem roku. Po głowie chodziła mi również możliwa setlista. Nie zawiodłem się. Nowy materiał brzmi rewelacyjnie, a przekrój kawałków zaprezentowanych w Alchemii był doskonały. Koncert trwał ponad półtorej godziny i działy się tam cuda. Psychodeliczny stoner, to już za mała szufladka dla SYC. Ze sceny wylewała się shoegaze’owa przestrzeń, która delikatnie potrafiła przeobrazić się w ambientowe wręcz tematy. Do tego kosmiczna energia i rozjammowane formy kawałków otulały Alchemię i skłaniały do rytmicznego bujania głową. Jakby tego było mało, to i elementów doomowych nie zabrakło. Kapela wynagrodziła kwietniową wpadkę z nawiązką.

Podsumowanie

Soulstone Gathering Warm Up Party 2018 dobiegł końca. Genialna impreza, która jest zaproszeniem do dalszej zabawy w listopadzie, okazała się lepsza niż się spodziewałem. Ludzie, muzyka, kolorki, atmosfera. Do tego świetna organizacja i minimalne obsuwy. Kurcze, już tyle razy byłem na imprezach organizowanych przez tę ekipę i za każdym razem wracam z nich z szerokim uśmiechem na twarzy. Soulstone Gathering – było cudownie! Do zobaczenia w listopadzie!