Church Of Doom Festival vol. I [relacja]

Church of Doom Festival
fot: Marcin Pawłowski/rockmetal.pl/Fleshworld w akcji

Pojawił się nowy, jasny punkt na festiwalowej mapie. Na przełomie listopada i grudnia, w chorzowskim Red&Black odbyła się pierwsza edycja Church Of Doom Festival. Oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć. Zapraszam więc na krótkie, kulturalne sprawozdanie z imprezy.

Od razu zaznaczę, że udało mi się dotrzeć tylko na pierwszy dzień. Niestety, relacja obejmuje jedynie wydarzenia piątkowe. Podejrzewam, że drugiego dnia musiało być jeszcze lepiej, w końcu najlepiej baluje się z soboty na niedzielę.

Ciężki powrót do domu z SG Afterburner absolutnie nie zniechęcił mnie, by już następnego dnia nie wsiąść w samochód i nie ruszyć w drogę. Tym razem był to Chorzów. I wreszcie nie spóźniłem się na koncert! Informację o Church Of Doom Festival przyjąłem bardzo entuzjastycznie, zwłaszcza że na gigach HappyDying Productions udało mi się kilka razy wylądować i zawsze było wesoło.

Gorące rozpoczęcie! I podróż do piekła

A tym razem nie musiałem się spieszyć, bo pierwszy zespół i tak wystartował z delikatnym opóźnieniem. Zaczęło się od Inverted Mind. I już pierwsze dźwięki wydobywające się z klubowych głośników zwiastowały nadchodzący wpierdol. Tak, dzień pierwszy upłynął pod znakiem raczej ciężkiej muzyki. Sludge, doom, post metal. Tematy mniej zabójcze były w sobotę… W piątek chwilę oddechu wpuściły tylko dwie kapele, na pięć występujących. Ale wracamy do krakowskiego tria. Muzyka, którą prezentują to wredny i agresywny sludge. Jednak trudno odmówić im delikatnych inspiracji post metalem. Dokładnie coś takiego zaprezentowali w Chorzowie. Ciężko, brudno i agresywnie, choć w tym hałasie było miejsce na nieco przyjemnej przestrzeni. Chłopaków widziałem już kiedyś, jednak w składzie nastąpiły roszady i zmienił się basista. Oczekiwania więc były spore, ale finalnie wszystko wyszło bardzo dobrze. Co więcej, w nadchodzącym roku szykują nowe wydawnictwo, więc może będzie okazja na jakąś recenzję.

Gdy na scenie instalował się Loathfinder, nie przeczuwałem tego co miało nastąpić. Nie znałem wcześniej twórczości i z ciekawością czekałem co się stanie. I jeśli myślicie, że Inverted Mind zagrał ciężko i obskurnie, to jesteście w błędzie. Przy Loathfinder wszystkie zespoły festiwalu były lekkie i zwiewne niczym białe obłoczki na błękitnym, letnim niebie (no, powiedzmy). Krakowski smog chyba daje się we znaki tamtejszym kapelom. Agresja i hałas to jedna sprawa, ale przeogromny ciężar i mrok twórczości tego zespołu to coś, co każdy szanujący się wielbiciel pojebanej muzyki powinien doświadczyć na żywo. Ich doom pomieszany z black metalem i sludgem był duszny, wredny i przerażający. Ten występ był prawdziwą wycieczką w piekielną otchłań drogą usłaną wrzącą smołą. Świetna sprawa.

Łap oddech!

Zespołem środka był Forge Of Clouds, śląska formacja, jedna z tych dwóch lżejszych, o których wspomniałem wyżej. Takie ustawienie występujących było świetnym pomysłem, bo po takich wrażeniach jak wcześniej należy się mentalny odpoczynek. Zespół wrócił na scenę po kilku latach milczenia i zmianach w składzie. Był to ich pierwszy koncert w nowej konfiguracji, czyli z nowym wokalistą. Tego samego dnia miała miejsce premiera ich najnowszego albumu, którego recenzji możecie się wkrótce spodziewać. Nowym wokalistą zespołu został niejaki Wojtek. Piosenkarz znany z występów z J.D.Overdrive oraz Mentor (recka nowej płyty również wleci za niedługo). Gdzie typ nie zaśpiewa, tam wklei się perfekcyjnie. Tak wbił się również w post metalową zabawę. A koncert wyszedł zawodowo. Mnóstwo przestrzeni, ogrom miejsca w instrumentarium, dobry vibe i świetna atmosfera przywołująca trochę lata dziewięćdziesiąte.

Czwarta kapela, czapki z głów, drodzy państwo. Trzeci krakowski skład pozamiatał dokumentnie. Z całym szacunkiem dla headlinera, Red Scalp, których darzę ogromnym uwielbieniem, Fleshworld zmiażdżył. To był zdecydowanie najlepszy, najciekawszy i najbardziej zaskakujący koncert tego wieczoru. Znałem ich muzykę, nie widziałem ich na żywo, w drodze na Church Of Doom Festival myślałem co chcę zobaczyć i Fleshworld był chyba na pierwszym miejscu. Ale w głowie nie mieściło mi się, że zagrają tak chore rzeczy. Grupa w 2019 roku wydaje nowy album i właśnie ten materiał zaprezentowali w Red&Black. Popierdolony hardcore – sludge – post metal wpierw mnie zamurował, a finalnie rozbroił i poszatkował na kawałki. GENIALNE! Wszystko się zgadzało idealnie. Wspaniały, gitarowy duet, sekcja rytmiczna z piekła rodem i genialny frontman. To właśnie tu była doskonała symbioza przestrzeni i jej absolutnego braku.

Finał i podsumowanie

Zakończeniem imprezy zajął się pleszewski Red Scalp.. Uwielbiam ich indiański stoner przeplatany doomowym ciężarem i psychodeliczno-spejsowym polotem. Uwielbiam ich koncerty. I mimo że to Fleshworld zagrał najlepszą sztukę, to przyznaję, Red Scalp trzyma doskonały poziom, a dodatkowy członek robi kawał dobrej roboty. Na scenie totalny luz, pod sceną dzika zabawa, to było to, czego potrzebowałem na sam koniec. Chłopaki są fenomenalni, a basista (ma wspaniałego Ricka, też takiego chcę) puścił do mikrofonu outro z telefonu komórkowego.

Ależ mi jest przykro, że nie dane mi było pojawić się w Chorzowie w sobotę. Świetna inicjatywa, przytulna i klimatyczna knajpa, ludzie, jak zawsze na podobnych imprezach, cudowni. Organizacja rewelacyjna, no i wreszcie muzyka. Mam nadzieję, że za rok uda się zaliczyć cały festiwal, bo nawet ten jeden dzień był rewelacyjny!

Maciej Juraszek