Summer Dying Loud 2018 [relacja]

Summer Dying Loud
fot: oficjalny FB festiwalu

Lato umiera głośno! I to jeszcze jak! W pierwszy weekend września, w Aleksandrowie Łódzkim odbył się festiwal Summer Dying Loud. Na koncerty zjechała się pokaźna grupa fanów mocnego uderzenia, by wspólnie pożegnać ostatnie, ciepłe dni tego roku.

Dzień pierwszy – z kosmosu w melanż

Oczywiście sumienie nie pozwoliło mi pominąć tego wydarzenia i z uśmiechem na twarzy ruszyłem w Centralną Polskę. Zwłaszcza, że line-up zapowiadał się naprawdę dobrze. Niestety na festiwal dotarłem ze sporym opóźnieniem i nie zobaczyłem kapeli, która otwierała imprezę. Co prawda Doomster Reich widziałem już w akcji, a i płytkę zdarza mi się katować, jednak miło byłoby sobie przypomnieć, co potrafią. No trudno, jeszcze będzie okazja. Za to udało mi się dotrzeć na Mentor. I na dzień dobry dostałem srogi wpierdol. Ekipa z Sosnowca jeńców nie bierze i tak było również w Aleksandrowie. Ostra gitara, galopująca sekcja i doskonały wokal. Wszystko czego trzeba by dobrze zacząć dzień. Chłopaki są w trakcie nagrywanie drugiego albumu, który wyjdzie w listopadzie. Jednak ze sceny poleciały fragmenty i coś mi się wydaje, że płytka będzie żreć konkretnie.

Kolejnym występującym był warszawski Weedpecker. Pół godzinki przerwy na uzupełnienie płynów i pod scenę. Weedpecker to kapela, którą widziałem już nie jeden raz i doskonale wiedziałem czego się spodziewać. I dostałem to z nawiązką. Piękny, odprężający lot w zieloną przestrzeń. Niestety, po koncercie Dzieńzioła poszedłem na „spacer” i nie udało mi się zobaczyć czterech kolejnych wykonawców. Cały czas (a tekst piszę kilka dni po evencie) noszę w sobie poczucie winy, że dałem się wciągnąć w melanż, który przeszkodził mi wysłuchanie tych zespołów. Szczególnie, że ostrzyłem sobie zęby na Entombed A.D. Na szczęście wróciłem do świata żywych przed startem headlinera dnia pierwszego.

Co za dużo, to nie zdrowo

Sunnata to muzyczny majstersztyk i absolutna czołówka na polskiej scenie. Myślę, że kwestia zdobycia scen światowych to formalność i już niebawem będzie o nich naprawdę głośno. A przynajmniej mam taką nadzieję. Co prawda miałem wrażenie, że jest nieco za cicho, ale zdaję sobie sprawę, że stałem w niefortunnym miejscu. Tak czy inaczej, koncert był wspaniały. Chłopaki wiedzą co robią. Porażająca energia, kolosalne brzmienie, genialna scenografia i światła. Mimo, że widziałem ich już kolejny raz w tym roku, to i tak dostałem gęsiej skórki.

Dzień drugi – wszystko w normie

Dzień drugi przywitał mnie potwornym bólem głowy i wybitnie niewyjściowym samopoczuciem. Jednak odpowiednia dawka motywacji w postaci czarnej kawy pobudziła mnie do działania i razem z ekipą ruszyliśmy w stronę sceny. Tym razem zaznaczyłem, że melanżu unikam jak ognia i miałem dobry powód. W końcu ktoś musiał zwieźć ekipę na południe Polski. Jestem zdeklarowanym wrogiem spóźnialstwa, lecz ze względu na mój stan, nie pojawiłem się na koncercie The Lowest.

Pierwszym zespołem, który dane mi było podziwiać w sobotę była warszawska Black Tundra. I serio, było na co popatrzeć i czego posłuchać. Znałem płytkę, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, jednak tego co pokazali na żywo to raczej się nie spodziewałem. Genialne brzmienie kwartetu rozbujało publiczność pod sceną. Było ciężko, czasem duszno a czasem przestrzennie. Ponury nastrój utworów Black Tundra doskonale wpasował się w ponurą pogodę i ołowiane niebo. A wisielcze poczucie humoru („cieszymy się, że możemy dzielić się z Wami naszą depresją w ten piękny dzień”) dodawało smaczków. Doomowy sludge, podbudowany hardcore’ową agresją nastroił pozytywnie na dalsze szaleństwa Summer Dying Loud.

Depresja – agresja – przestrzeń

Ponury klimat ustąpił miejsca ekstremalnej agresji w wydaniu Symbolical. I znowu niespodzianka. Nie miałem przyjemności przyjrzeć się wcześniej dokonaniom polskiej ekipy. Po sobotnim gigu myślę, że mam sporo do nadrobienia. Grupa składa się z muzyków znanych z występów w Dimmu Borgir, Infernal Death czy Doomsayer. Mamy więc członków wywodzących się z dość ekstremalnej ligi. I wierzcie mi na słowo, było to słychać doskonale. Ciężkie, szybkie partie gitar, sekcja rytmiczna pędząca z prędkością światła i wokal z którego biło smołą wprost z piekielnych otchłani. Do tego dziwnie kształtująca się przestrzeń. To nie był pospolity death metal.

Po sporej dawce agresywnego napierdalania ku czci szatana przenieśliśmy się w depresyjny mrok post rockowej formacji Saule. Ale nie, nie był to ponury doom Czarnej Tundry, raczej przestrzenne, ambientowe tematy, które wprawiały w osłupienie. W muzyce Saule miesza się wszystko co smaczne i niezdrowe. Mamy więc ogromną, shoegaze’ową przestrzeń, mroczną atmosferę black metalowej awangardy i posępne, post rockowe smaczki. Całość podana przez cudowne gitary, sekcję i przerażający, osobliwy wokal.

Kosmiczne ślimaki i wikingowie

Kolejna kapela pozwoliła odetchnąć od mrocznych, depresyjnych, posępnych, jesiennych tematów i zabrała zgromadzonych w powolną wycieczkę kosmicznym ślimakiem. Spaceslug z Wrocławia znam i uwielbiam. A że nie tak dawno temu wydali trzeci album długogrający z premierowym materiałem, to byłem ciekaw jak to gra na żywo. Ciekawość została zaspokojona. Eye The Tide brzmi cudownie. Jednak nie będę się powtarzał na temat zajebistości tej kapeli i kolejny raz pisał jak są genialni. Koncert zaliczony na 5 z plusem. Energia, kosmos i kwas.

Gdy kosmiczny trip się zakończył, na scenie zaczęli instalować się Szwedzi z zespołu Ereb Altor. I przyznaję, udałem się na piwo, a grupę obserwowałem z nieco dalszej odległości. Niestety, nie do końca wpasowali się mój gust. Skandynawski metal z potężnym, momentami wręcz operowym wokalem nie skradł mojego serca. Odłożę więc subiektywne spojrzenie i przyznam, że zrobili na mnie wrażenie pod kątem wykonawczym. Jeśli ktoś lubi klimaty wikingów i masę patetycznych patentów, na pewno polubi Ereb Altor. Są po prostu świetnymi muzykami. Ja jednak odpuszczam wzniosłość melodii na rzecz dobrej zabawy i ciekawego pierdolnięcia.

Wspomnień czar i szaleńcy z Wysp

Na to drugie jeszcze chwilę poczekam, to pierwsze dostałem podczas koncertu Frontside. Oj dawno tak dobrze nie bawiłem się w tak zabawny sposób na metalowym koncercie. Grupa wraca do żywych i niebawem wydaje album Zmartwychwstanie. I gdyby nie to, że ładnych parę lat temu w mocno szczenięcych czasach szalałem na ich koncertach, to pewnie nawet bym nie poszedł pod scenę. Jednak jestem trochę sentymentalnym typem i z przyjemnością pobujałem głowę z metalcore’owcami z Sosnowca. I mimo że ich muzyka już nie przemawia do mnie tak, jak dawniej, to uważam, że zagrali świetny, energetyczny i radosny koncert. Z resztą nie tylko ja tak twierdziłem. Frontside zebrał najliczniejszą publikę pod sceną. Podczas całego Summer Dying Loud.

Chwila technicznej przerwy i na scenie melduje się Orange Goblin, zespół na który czekałem najbardziej. Brytyjscy pionierzy stonera to legenda nie tylko na wyspach. Cóż to był za koncert, do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Dzika energia i świetne brzmienie to wszystko czego trzeba by rozruszać zmęczonych nieco festiwalowiczów. Muzyka podana przez Brytyjczyków to kwintesencja rock’n’rollowej zabawy. Punk zmiksowany ze stoner metalem zawsze wychodzi smacznie, choć czasem potrafi się znudzić. Orange Goblin nie nudzą się nigdy. Motorhead ma godnych następców. Oby OG wytrzymali na scenie równie długo.

Powoli zbliżamy się do finału. Przede mną jeszcze dwa składy. Pierwszy z nich to pionierzy NWOBHM, drugi to kontrowersyjni Polacy z międzynarodowymi sukcesami. Brytyjski skład mnie nie porwał, przy Polskim mnie zamurowało. Anglicy zabrzmieli (nie chciałem tego napisać, ale muszę) średnio, Polacy powalająco.

Angel Witch to jeden z pierwszych zespołów tworzących NWOBHM. Tworzą z przerwami od 1977 roku. Byłem bardzo ciekawy jak zabrzmi żywa legenda z tak ogromnym stażem i troszkę się zawiodłem. Tak naprawdę to bardzo. Po pierwsze, realizator najprawdopodobniej ucinał sobie drzemki. Sprawa druga, riff basu zagłuszał solówki gitarowe, wokal raz był nieczytelny a raz zbyt głośny. Punkt kolejny , wokal nie ma takiego uderzenia jak w latach osiemdziesiątych mógł mieć. Ostatni zarzut, odniosłem dziwne wrażenie, że ich muzyka się nieco zestarzała. Trochę szkoda, bo liczyłem że to będzie bardzo fajny koncert, ale w okolicach połowy ich seta zacząłem się nudzić i denerwować.

Najlepsze na koniec

I wreszcie nadszedł czas na główną gwiazdę Summer Dying Loud, Behemoth. Właśnie zrozumiałem fenomen tego zespołu i wielką popularność na świecie. Grupa to doskonale działająca maszyneria koncertowa, która brzmieniem może zmienić w zgliszcza wszystkie kościoły. Do tej pory na usta cisną się tylko dwa słowa, które zdołałem wykrztusić po ostatnim numerze: O, Kurwa!. Nie byłem fanem twórczości tego zespołu, odstraszało mnie troszkę zbyt surowe brzmienie albumów. Do czasu, gdy usłyszałem The Satanist. Wówczas oczy wyskoczyły mi z orbit, myślałem, że to inny zespół. Polubiłem i zacząłem czekać na możliwość sprawdzenia Nergala z ekipą na żywo.

Długo nie mogłem trafić na ich występy, ale wreszcie się udało. Behemoth to nie jest zwykły, black metalowy zespół, wydaje mi się, że to właśnie oni zaczynają kreować brzmienie gatunku. Ich występ był genialny absolutnie pod każdym kątem. Zaczynając od brzmienia, które było potężne, powalające i wgniatające w ziemię. Słyszysz co tam się dzieje, zaczyna lecieć krew z uszu, kości zaczynają pękać a mózg wypływa przez oczy. Dostajesz mentalnego orgazmu. Do tego dochodzi oprawa sceniczna. Tajemnicze rekwizyty, płomienie, dym, doskonała gra świateł.

I wreszcie sama muzyka. Demoniczna, energiczna, potężna, agresywna i uspokajająca zarazem. Pełna wspaniałych partii instrumentalny z doskonałymi pomysłami i genialnym wokalem. Każdy instrument to indywiduum, a jednak wspólnie brzmią jak jeden organizm. A, no i mamy Pana Nergala. Odsuwając na bok rzeczy, które przyniosły mu rozgłos w Polsce, uważam że jest fenomenalnym frontmanem, wokalistą i gitarzystą. Do tego ma głowę pełną pomysłów. Lepszego zakończenia festiwalu bym sobie nie wyśnił.

Podsumowanie

I tak dotrwałem do końca. Z przygodami, melanżami, rozmowami i ogromną ilością świetnej muzyki. 10. edycja Summer Dying Loud zakończyła się głośno i doniośle. Cudownie było uczestniczyć w tej imprezie, która była dla mnie organizacyjnym majstersztykiem. Nie obyło się bez wpadek, jednak nie były one błędami ekipy SDL. A i tak wszystko wyszło znakomicie. Brak jakichkolwiek opóźnień w rozkładzie koncertów, świetna strefa gastro, pyszne, kraftowe piwa (wypadek w piątek to ich wina!), muzyka i najważniejsze – ludzie! To ludzie tworzą atmosferę, którą pamięta się przez długi czas! No, to mam nadzieję, do zobaczenia za rok.