Weedstock Temple 420 [relacja]

Weedstock Temple 420

Zadymione Święto

Tak, to było prawdziwe święto. Święto miłośników zielonego dymu, zadymionych, warczących, powolnych i wystrzelonych w kosmos dźwięków. Święto miłośników dobrej muzyki i jeszcze lepszej atmosfery.

Weedstock Temple 420

Chorzowski klub Red&Black w niedzielę 22 kwietnia zmienił się w oazę dla astralnych wędrowców. Już spacerując w stronę knajpy, w powietrzu wyczuwalna była ciekawa, uspokajająca aura. Dodatkowo pogoda była przednia, więc przed rozpoczęciem koncertów większość towarzystwa siedziała na zewnątrz i delektowała się kwietniowym słońcem, które jeszcze nie zamierzało zachodzić za horyzont. Ja przyszedłem dosłownie kilka minut przed startem pierwszej rakiety. Wiadomo, przybicie piątek, odebranie wejściówki, szybki kurs do baru po odpowiednie napoje orzeźwiające. Możemy zaczynać imprezę.

Weedcraft

Start przewidziany na 17.30 obył się punktualnie i na scenie zameldowała się puławska formacja Weedcraft. Wiedziałem do czego zdolny jest ten kwartet, widziałem ich już ze dwa razy. No i przyznaję, są w formie. Kosmiczny walec wjechał w tłum zaczynając od sprzęgnięć rozrywających bębenki. Po krótkim intro wjechały potężne riffy, które miażdżyły zebraną publiczność. Połączenie dwóch gitar grających na ogromnych paczkach i przesterowanego basu zawsze zdaje egzamin. Do tego odpowiednio dudniące bębny i nie przeszkadza nawet brak wokalu. Konkretne przyłożenie na początku gigu zawsze jest wróżbą czegoś dobrego w dalszej części.

Weedruid

I bardzo przyjemnie się zrobiło jak po chwili przerwy zabrzmiały pierwsze dźwięki pewnego, niemieckiego tria. No w sumie na ten zespół już od pewnego czasu miałem apetyt. Niezmiernie się ucieszyłem, że zagrają na tak zacnej imprezie, w tak zacnym towarzystwie. I przyznaję, koncert był odpowiednio zacny. Weedruid był drugim i ostatnim zespołem instrumentalnym. I moje oczekiwania wobec tej grupy sprawdziły się w dwustu procentach. Zabrzmieli kolosalnie. I to w trójkę! Mocno zadoomiony klimat oblany smołą z najgłębszych otchłani zielonych piekieł. Mocarna gitara i monumentalny bas, a to wszystko napędzane w jakiś dziwny sposób powolną acz dynamiczną perkusją. To wszystko idealnie współgrało z uśmiechami muzyków na scenie i rozbujanego tłumu pod nią.

Weedpecker

Jesteśmy już na półmetku. Krótka chwila przerwy, wyjście na świeże powietrze (hehe) i szybki kurs na bar. Przed nami Weedpecker. Najlżejszy i zarazem najbardziej kosmiczny występ tego wieczoru. Widziałem ich i jeśli śledzicie moje teksty, to wiecie, że jest to jeden z moich ulubionych zespołów ogólnie. Więc znów się powtórzę. Ten set to była prawdziwa, astralna magia. Pomalowana psychodeliczną, zielono-kwasową chmurą. Pełne przestrzeni brzmienie, pełne energii utwory. Genialna atmosfera. Wibracje, które wytworzyły się podczas ich koncertu rozeszły się po całym klubie i ze wzmocnioną siłą wróciły na scenę. Szaleli chłopaki z Weedpeckera, szalała publiczność. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, koncert zbyt szybko dobiegał końca.

Weedeater

Gdy na zewnątrz zrobiło się już zupełnie ciemno, pod sceną opustoszało i tylko grupka osób uwijała się znosząc i wnosząc sprzęt. Z głośników poleciała jakaś muzyka tła. Powoli nadchodził czas na amerykańską gwiazdę wieczoru. Kilka minut przed 21 zagrzmiało. Na deski w Red&Black wszedł Weedeater. Na pierwsze dźwięki dobiegające moich uszu zdołałem tylko wykrztusić stłumione „O kurwa!” i zostałem zmieciony. Jeśli znacie studyjne nagrania (zwłaszcza „God Luck And Good Speed”, bo materiał z tego krążka zabrzmiał w Chorzowie), to wiecie że oni grają naprawdę ciężko i głośno. Jednak to, co zaprezentowali na żywo… Naprawdę brak słów do opisania tej masochistycznej orgii dźwięków atakujących słuchacza w każdej minucie koncertu. Było głośno, było ciężko, mocarnie, potężnie i rock’n’rollowo. Baaardzo.

Trio z Wilmington zaprezentowało cudownie obskurną mieszankę stoner metalu okraszonego sludge’ową wręcz agresją. Co więcej, gdzieś tam w brzmieniu trzeszczał trochę trash metal, a wszystko to podane było w bezczelnie luźny sposób. Kupa muzycznego ciężaru, który (serio) był bardzo przebojowy. Na scenie trójka uśmiechniętych Panów w średnim wieku. Gitarzysta zasuwa sfuzzowane, proste, ale konkretne riffy co jakiś czas popijając piwko. Bębniarz napierdala w zestaw niczym sadysta w swoje ofiary i tworzy z tego zwariowane rytmy, które zmuszają słuchaczy do ruszenia tyłków. I w końcu postać główna, Dixie, szalony basman i wokalista. Zdarte gardło, z którego jeszcze wydostaje się ochrypnięty krzyk powodujący gęsią skórkę. Mięsisty sound wydobywający się ze styranego „precla” i genialny taniec z butelką whisky. Ten człowiek będzie nieśmiertelny. I dobrze, taką zabawę to ja rozumiem.

Podsumowanie

Nieoczekiwanie Weedstock Temple 420 się skończył. Ok, wszystko ma swój czas. Szkoda, że nie mogło to potrwać jeszcze ze dwa dni. Cztery świetne składy. Wyluzowany klimat. Bardzo przyjemny lokal. Lubię kończyć weekendy w ten sposób. Panowie Wojtek i Jacek, kłaniam się Wam i Waszym ekipom: HappyDying Productions oraz Soulstone Gathering. Wiedziałem, że będzie dobrze! Gratulacje również dla Adama, realizatora, który ogarnął w sposób mistrzowski wszystkie zespoły. Ukręcić na takich malutkich paczkach takie grube i w miarę czytelne brzmienie bez sprzęgnięć to nie lada wyczyn. W drodze do mieszkania towarzyszył mi jeszcze szum w uszach i delikatne dzwonienie, a w głowie latały krzyki Dixie’go. Coś czuję, że będzie kolejna edycja.

Maciej Juraszek