J.D. Overdrive “Wendigo” – recenzja

Już nie tylko southern metal…

Tak, od premiery czwartego albumu J.D. Overdrive minęło już trochę czasu. Jednak dopiero niedawno krążek z „Wendigo” trafił w moje ręce. Oczekiwania były spore, pierwszy singiel z tej płyty był świetny. Poprzednie wydawnictwa również. Albumem „The Kindest of Deaths” postawili sobie poprzeczkę dość wysoko. Kapela powstała w 2007 roku. Wydaje mi się, że zrobili sobie fajny prezent na dziesięciolecie. Sobie i słuchaczom. Ale czy nagrali płytę lepszą od poprzedniej?

Już pierwszy kawałek, „The Creature Is Alive” pokazuje ewolucję, którą zespół przeszedł. Szybka, metalowa gitara brzmi naprawdę ciężko i potężnie. Dalej jest jeszcze lepiej. Zespół zaczynał jako typowo souther metalowy skład. Z szybkimi, imprezowymi kawałkami zalatującymi twórczością choćby Hellyeah. Ale ile można? Trzecią płytą pokazali, że ta szufladka jest dla nich zdecydowanie za ciasna, nieco później doszedł jeszcze split z Palm Desert. „Rusted Into Oblivion” udowodnili, że nie boją się gatunkowych wycieczek. I w końcu nadeszło „Wendigo”. Tak, ta płyta jest lepsza od poprzedniej. Dlaczego?

Tak powinna wyglądać ewolucja zespołu!

Po pierwsze: album jest najbardziej zróżnicowanym materiałem zespołu. Mamy momenty typowo southerowe, imprezowe, powodujące natychmiastowy uśmiech. Są konkretne metalowe kilery, które ciężarem kruszą kości. Są też przyjemne wałki i chwile spokoju czerpiące ze stonera. Dzięki temu „Wendigo” nie nuży. Nawet po wielokrotnym przesłuchaniu.

Po drugie: spójność. Zrobić album spójny i zróżnicowany zarazem to sztuka, która J.D. Overdrive się udała. Płyta jest bardzo przemyślana. Każdy kawałek znajduje się w odpowiednim miejscu i pomimo słyszalnych różnic czuć, że wszystko się zgadza. Utwory pasują do siebie. Co więcej ciężko powiedzieć który z nich jest najlepszy.

J.D. Overdrive "Wendigo" - recenzja

Po trzecie: album jest niezwykle równy. Nie ma tu podziału na słabsze i lepsze momenty. Od pierwszej do ostatniej minuty poziom jest bardzo wysoki i ani przez chwilę nie spada.

Po czwarte: brzmienie. Jest genialne. Jest inne niż wcześniej. Płyta, jak poprzednik, została nagrana w Satanic Audio u Haldora Grunberga. Jest to człowiek odpowiedzialny za brzmienie takich zespołów jak np. Behemoth, Dopelord czy Belzebong. Główną zmianą w soundzie grupy jest gitara. Brzmi potężnie, brudno i ciemno. Ale przy tym jest przyjemnie okrągła. Nie ważne czy są to partie solowe, które nie mają w sobie jazgotu tylko bardziej masują uszy, czy też rytmiczne riffy, bijące w twarz konkretnie, ale miękko. Na pochwałę zasługuje również wokalista, który wzniósł się tu na wyżyny swoich umiejętności. Zaśpiewał najlepiej. I zdecydowanie bardziej śpiewająco niż krzycząco. Nie można również przybić mentalnej piątki sekcji rytmicznej, która zachowuje się jak jeden organizm, żyjący w idealnej symbiozie z resztą grupy.

Po piąte: płyta jest po prostu szczera i naturalna. I to słychać, słychać, że w nagraniu wzięli udział kumple, którzy kochają to co robią. Kochają to, a dzięki temu, że istnieją już kilka lat nabrali doświadczenia i wiedzą jak to wykorzystać. Nie silą się na imprezowych południowców, nie lansują się na poważnych heavymetali. Są autentyczni, rock’n’rollowi i świetni.

J.D. Overdrive “Wendigo” – recenzja – podsumowanie

„Wendigo” jest zdecydowanie najlepszą płytą w dorobku zespołu. Jest to doskonały, metalowy album, który usatysfakcjonuje nawet tych bardziej wymagających odbiorców. Jest to również rewelacyjna płyta rock’n’rollowa. Luźna, nagrana bez ciśnienia. Wydawnictwo polecam wszystkim bez wyjątku. Ja czekam aż będzie okazja zobaczyć ten materiał na żywo. Coś czuję, że skopie tyłki!

Maciej Juraszek