Nowe, ale stare Lamb of God? [recenzja]

Stare, ale nowe Lamb of God?

Kapela rozpoczęła swoją działalność w 1994 roku i pierwotnie występowała pod nazwą Burn The Priest. Od ich debiutu – płyty New American Gospel minęło 20 lat. Przez lata grupa wytworzyła swój własny styl, inspirowany takimi formacjami, jak Slayer, Pantera czy Metallica. Dzisiaj zespół wydaje swój 8. album – Lamb of God.

O słowie pisanym

Zespół w swoich tekstach wielokrotnie odnosił się do takich tematów, jak religia, wojna, polityka czy amerykańska historia. Na Lamb of God nie jest inaczej. Przykładem jest singiel Checkmate. Mimo negatywnego stosunku Randy’ego do Donalda Trumpa wokalista zapewnia, że w piosenkach nie wskazuje konkretnych osób, a jedynie wadliwy system. W Checkmate natomiast chodzi o to, że obydwie partie w USA są „dwiema stronami tej samej monety”, a system to oszustwo. Natomiast Memento Mori mówi o tym, żeby nie dać się zniewolić technologiom (telefonom komórkowym, Internetowi, itd). Żeby korzystać z nich, ale nadal być częścią rzeczywistego świata.

Gościnnie u Lamb of God wystąpili

Z kolei Routes nawiązuje do protestu urządzonego przez rdzennych Amerykanów w Północnej Dakocie, w którym Randy wziął udział. Protestowano przeciwko budowie rurociągu dostępowego w pobliżu ich dostępu do wody. Blythe, słysząc doniesienia o przemocy wobec rdzennych mieszkańców, poszedł tam protestować razem z nimi. Gościnny udział Chucka Billy’ego (Testament) nie jest przypadkowy – Chuck jest Indianinem z plemienia Pomo z północnej Kalifornii i jest z tego dumny.

Poza Chuckiem gościnnie na płycie wystąpił również Jamey Jasta. Wokalista Hatebreed pojawił się w Poison Dream.

Płyta Lamb of God jest wszystkim, co zespół ma najlepszego do zaoferowania. Poczynając od Memento Mori, a skończywszy na On The Hook grupa pokazuje, że nadal ma tę moc i tego pazura, co na początku. To jest to samo LOG, co przed laty – tutaj nie ma żadnych niespodzianek (chyba, że kogoś zaskoczyła zmiana perkusisty).

Jest głośno, brutalnie i mocno w stylu Lamb of God. Po rozczarowaniach w przypadku innych dużych zespołów, które odchodzą od ciężkiego grania w stronę lżejszego bądź bardziej monotonnego (Asking Alexandria, Bullet For My Valentine, Three Days Grace i inni), nowa płyta Amerykanów była tym, czego potrzebowałam!

Ode mnie – 9/10!