Jak pycha i chęć sławy zniszczyła nowy album Joynera Lucasa

Tydzień temu wyszedł nowy album Joynera Lucasa o niejednoznacznym tytule ADHD. Właściwie to jego pierwszy legalny album (nie licząc mixtape’ów). Oczekiwania były duże, fani czekali na nowego Mesjasza. Coś jednak nie poszło…

Joyner jest ciekawą personą (więcej o nim w innym artykule). W ciągu zaledwie roku osiągnął tyle, o czym niektórzy mogą tylko pomarzyć. Nie można jednak zapominać, że dość długo błąkał się na scenie rapowej, szukając swojego miejsca w mainstreamie. Dopiero jednak piosenka I’m Not Racist pozwoliła mu stać się popularnym. Co przełożyło się na odzew wielkiego Eminema, który zaprosił go na swoją płytę Kamikaze. W wywiadach Marshall nie mógł przestać chwalić Joynera, którego nieoficjalnie namaścił na swojego następcę. To jednak nie koniec pasma sukcesów. W międzyczasie wypuścił kilka piosenek z Chrisem Brownem, co mimo kontrowersji z nim związanych, pozwoliło mu na powiększenie grona swoich fanów. Po drodze była jeszcze spina z Torym Lanezem (o jakieś głupoty). Potwierdziła ona jednak liryczne umiejętność Joynera. Niespodziewanie dostał dwie nominacje do Grammy za wyżej wspominaną piosenkę i kawałek z Eminemem. To całkiem niezły wynik na rapera, który dopiero co się rozkręcał na poważnie.

Sam nie będę ukrywał, że byłem bardzo napalony na jego album. Tym bardziej, że miał to być album koncepcyjny. Tytułowe ADHD miało być stwierdzone u Joynera, kiedy był jeszcze dzieckiem. Raper miał pokazać wszystkim, że nie pozwoli przykładać krzywdzących jego łatek. Coś niestety od wypuszczenia jego singla, aż do wyjścia płyty się popsuło…

Bardzo dziwna promocja płyty

Joyner mimo to nie miał łatwo. W związku z tym, że odszedł z dużej wytwórni Atlantic Records (wydającej kiedyś płyty Abby czy Bee Gees), musiał sobie radzić sam. Wynikało to zapewne z wzrostu jego poczucia własnej wartości. Tutaj przypomina mi się obraz artystów wydających na własną rękę, co pozwala im zdobyć ogromną sławę. To właśnie zapewne przesądziło o zmianie. Któż nie chciałby być takim self-made manem? Brzmi to kusząco, ale moim zdaniem bardzo naiwnie. Nie można zapominać, że promocja jest ważną częścią show-biznesu. W przypadku naszego rapera była ona bardzo mała. W sumie do wyjścia płyty wypuścił 9 singli (!).

Taka strategia jest dosyć nowa. Kiedyś artyści wydawali z reguły jeden singiel, tak żeby wprowadzić słuchaczy w klimat nowej płyty i przy okazji nie odkryć wszystkich kart. Coraz częściej jednak wrzuca się o wiele więcej piosenek. Wynika to choćby z potrzeby wyczucia rynku albo utrzymania pewnego rodzaju płynności w muzyce. To zapewne tę drugą strategię przyjął Lucas. Single miały dobre odsłuchy, mimo stosunkowo słabej promocji. Dwa kawałki ISIS i I Love na serwisach streamingowych przekroczyły nawet granicę 100 milionów odsłuchów. Natomiast kawałek Will, spodobał się nawet Willowi Smithowi, którego piosenka dotyczyła. Przejdźmy jednak do jakości płyty, gdyż jest to ostatnia linia obrony artystów.

No to co tą płytą?

Niestety jest bardzo średnio. Album jest tak strasznie nieskładny, jakby był wypuszczony jak najszybciej, by nikt przypadkiem nie zapomniał o Lucasie. To właściwie kompilacja piosenek, które się nawet pojedynczo nie bronią. Przypominają one trapowe ballady z bardzo źle dobranymi bitami, w stylu: Kiedyś nic nie miałem, a teraz mam. Tym bardziej jest to śmieszne, że Eminem i jemu podobni się pod tym podpisują. To właśnie była zgubna rzecz. Przez pochwalne peany Joyner chyba uznał, że jest genialnym raperem, który cokolwiek zrobi i tak dostanie oklaski. W taki sposób wchodził w to błędne koło, wydając słabe i niczym się wyróżniające piosenki. W gruncie rzeczy trochę go rozumiem. Nie każdy dostaje pochwały od żywej legendy. Wielu by na pewno skończyło gorzej. No ale chyba spełnił swoje marzenie. Wydał w końcu swoją płytę. Szkoda, że odbyło się to kosztem jakości.

Joyner Lucas – ADHD