„Jak się czegoś chce – nie ma rzeczy niemożliwych!” Wywiad z Agnieszką Jeż

Agnieszka Jeż

27 lutego 2019 roku wydawnictwo Filia wydało Serce z szuflady – pierwszy tom serii Dom Pod Trzema Lipami. Książka ukazuje losy kobiety, z którą każda z nas mogłaby się utożsamić. Skąd twórczyni czerpie inspiracje i czego jeszcze o niej nie wiemy? Zapraszam na wywiad z utalentowaną polską pisarką – Agnieszką Jeż.

Diana Łętocha: Dlaczego została Pani pisarką, skąd zainteresowanie literaturą?

Agnieszka Jeż: Zainteresowanie literaturą wyniosłam z domu. Najwcześniejsze migawki mojej mamy, jakie przechowuję w pamięci, to z książką na fotelu. Miłość do czytania zawdzięczam właśnie jej: książeczki z serii Poczytaj Mi, Mamo, baśnie, podania, legendy, wiersze i wierszyki – każdy dzień kończył się rytuałem wieczornej lektury. Moja wyobraźnia pracowała i chciała więcej i więcej. Kiedy dorastałam, dostępność książek nie była tak oczywista jak dziś. Odwiedzałyśmy księgarnie, dopytując, czy przyjechała nowa Mary Poppins, czy jest już kolejna książka Niziurskiego lub następny tom przygód Kajka i Kokosza. Targi książki to było prawdziwe święto. Nałogowo korzystałam z osiedlowej biblioteki, a podczas wyjazdów zapisywałam się do lokalnych placówek. Do dziś pamiętam jeżdżenie pekaesem do Suwałk, by tam wyładowywać plecak ze stelażem książkami, wracać kilkanaście kilometrów nad nasze jezioro w głuszy, i tam przepadać w lekturze.

Po latach nałogowego czytania i studiach filologicznych pomyślałam sobie: a gdyby tak przejść na drugą stronę i opowiadać historie? Spróbowałam i… – jestem pisarką.

Z biografii wyczytałam, że w liceum interesowały Panią nauki ścisłe, choć zamiłowanie do literatury również miało wtedy miejsce. Dlaczego zdecydowała się Pani iść w kierunku humanistycznym?

– Och, wybory ścieżki życiowej nigdy nie są proste. Kiedy się ma kilkanaście lat, to człowieka interesuje wszystko – cały świat, a umysł jest chłonny jak gąbka.

W podstawówce bardzo lubiłam biologię i chciałam zostać lekarką. Brałam udział w olimpiadzie biologicznej i ponieważ zostałam jej laureatką, mogłam wybrać dowolną szkołę. Wybór był oczywisty – poszłam do warszawskiego Reytana, gdzie już uczył się mój starszy brat. To było tzw. „ścisłe” liceum, czyli były tu głównie klasy o profilu matematyczno-fizycznym. „Doskonały wybór. Jak rozumiesz, to nie musisz siedzieć nad podręcznikami i masz czas na hobby” – i tym mnie mój brat przekonał. To były fantastyczne cztery lata – rzeczywiście, nauka matematyki to nie wkuwanie na pamięć dat z historii, więc miałam dużo czasu, żeby czytać. Czytałam więc, a równolegle przygotowywałam się do zdawania na medycynę, robiłam testy z fizyki i chemii, pochłaniałam pozycje popularnonaukowe, by w maju, po maturach i po rozmowie z polonistą, zdecydować się na… filologię – i to od razu dwie: polską i bałtycką. Zdałam na obie i od października zaczęłam studia i, jak się śmieję, czytanie na cały etat.

Dlatego z pełnym przekonaniem mówię: jak się czegoś chce – nie ma rzeczy niemożliwych!

Dlaczego powieści dla kobiet, skąd ten wybór?

– Trochę się wzbraniam przed określeniem „powieści dla kobiet” – wolę: literatura obyczajowa. Przecież szufladki „powieści dla mężczyzn” nie mamy. Fakt, w moich książkach głównymi bohaterkami są kobiety, to ich świat przedstawiam, co zresztą oczywiste: kobieca perspektywa jest mi bliższa. Ale – i to zostało sprawdzone! – mężczyźni po przeczytaniu na przykład Serca z szuflady mówili, że dzięki lekturze lepiej rozumieją emocje i reakcje kobiet – jakby im ktoś nagle otworzył drzwi do innego świata. Literatura zbliża…

Co Panią inspiruje do pisania powieści? Własne doświadczenia, obserwacja ludzi czy może wyobraźnia?

– Żeby dobrze pisać, trzeba umieć dobrze słuchać. Ja mam bardzo wyczulony słuch, żeby nie powiedzieć wprost: „podsłuch”. Przyglądam się ludziom, wyłapuję strzępy ich rozmów, chętnie odpowiadam na zagadywanie, sama też nawiązuję kontakt. W ludziach jest duża potrzeba opowiadania, więc kiedy spotkają wdzięcznego słuchacza, to historia zaczyna płynąć. Czasem taka opowieść jest gotowym materiałem na fabułę, a czasem jedno zdanie potrafi zainspirować do wymyślenia historii. Wyobraźnia jest oczywiście nieodzowna – na szczęście trenuję ją od najmłodszych lat. Zawsze lubiłam snuć opowieści, gdybać, wymyślać historie alternatywne. Byłam dzieckiem „z głową w chmurach” – dzięki tej rozbudzonej wyobraźni teraz mogę być pisarką.

Serce z szuflady zawiera wiele wątków, które są bardzo bliskie kobietom – złamane serce, niepewność przed przyszłością, lęk przed zmianami, chwilowe załamania… Czy Pani również się z tym mierzyła?

– A która kobieta się nie zmierzyła? Często jesteśmy spętane różnymi ograniczeniami i wydaje się nam, że znajdujemy się w sytuacji bez wyjścia, a na dodatek jeszcze do niczego się nie nadajemy, więc los, który nas spotyka, jest całkowicie zasłużony. Regularnie to słyszę od znajomych. Tymczasem to guzik prawda! To naturalne, że boimy się zmian, że nowe napawa nas lękiem, bo stare – choć niefajne – to jednak oswojone. Ale wystarczy się odważyć, przestać być swoim najsurowszym sędzią, przyznać sobie prawo do ewentualnych błędów i wykonać ten pierwszy krok do nowego życia. Poczucie, że samej się odpowiada  za swoje losy i codzienności można nadać wymarzony kształt, jest absolutnie fantastyczne! Daje siłę i odwagę do dalszych kroków. Sprawdziłam to!

Czy utożsamia się Pani z Klarą, główną bohaterką Serca z szuflady? Też jest Pani typowym ,,zatrapkiem”?

– No cóż – byłam. Mała Agnieszka wiecznie się czymś trapiła, o coś martwiła, była nieśmiała i pewnie dlatego tak chętnie uciekała w wymyślony świat książek i swojej wyobraźni. To oczywiście było złudne, bo realnych powodów do lęków i zmartwień nie miałam – dorastałam w ciepłym, kochającym domu, pod kloszem rodzicielskiej miłości. Zetknięcie z prawdziwym światem, gdzie są rzeczywiste problemy, nastąpiło w dramatycznych okolicznościach po śmierci moich rodziców. Właśnie zaczynałam studia i nagle świat mi się zawalił. Było kilka czarnych lat, ale potem – z upływem kolejnym miesięcy, poznawaniem dobrych ludzi i dzięki pracy nad sobą – dziś mogę powiedzieć: przeszłam tę drogę i wiem, jak żyć, by czuć spełnienie i szczęście.

Skąd oryginalny pomysł z pamiętnikiem prababci Emilii? To fikcja czy miała Pani styczność z takim znaleziskiem wśród bliskich?

– Pamiętnik prababci Emilii jest fikcją literacką. Doskonale jednak potrafiłam sobie wyobrazić tę młodziutką dziewczynę, przez której życie przetaczają się silne emocje o skrajnych biegunach – raz euforia szczęścia, raz bezdenność rozpaczy. Żeby sobie z nimi poradzić, trzeba je nazwać, wypowiedzieć, ułożyć – zapisać. Taki intymny sposób rozmowy ze sobą jest mi bliski.

Akcja toczy się w dwóch miejscach, w Krakowie i w Warszawie… Z którym miastem czuje się Pani bardziej związana?

– Cóż, wybór przez wiele lat był bardzo trudny. Do tego stopnia nie potrafiłam się zdecydować, że od prawie dwudziestu lat mieszkam w trzecim mieście – Sulejówku.

Urodziłam się w Warszawie – tu skończyłam podstawówkę, liceum i studia. Równocześnie jednak często jeździłam do Krakowa, rodzinnego miasta mojej mamy, i w góry – jak przystało na córkę górala. Warszawę lubię za otwartość, dostępność, rozmach. Bolą mnie wojenne zniszczenia, które tak ją pokancerowały. Kraków kocham za magiczny klimat, tchnienie historii w każdym zaułku. To, jak Klara widzi oba miasta, jak o nich opowiada, jak po nich oprowadza – to płynie wprost ze mnie, z moich doświadczeń i mojego serca.

W książce obserwujemy wiele niepowodzeń bohaterki, jednak z czasem w jej życiu zaczyna się układać i po deszczu wychodzi słońce. Czy Pani także kieruje się tą zasadą? Określiłaby Pani siebie optymistką?

– Winston Churchill powiedział: „Jestem optymistą. Bycie kimkolwiek innym nie zdaje się być do czegokolwiek przydatne”. Nie ma żadnych korzyści z czarnowidztwa – zatruwa duszę, plącze myśli. Jeśli mamy na coś wpływ – działajmy. Podejmijmy decyzję i trzymajmy się jej. Nie uda się? Ma prawo się nie udać, trzeba znowu spróbować. A jeśli nie mamy na coś wpływu, to postarajmy się to zaakceptować.

Zdradzi Pani, czego możemy się spodziewać w kolejnych tomach serii Dom Pod Trzema Lipami?

– Oczywiście, że… nie! Nie będę psuć przyjemności z lektury. Mogę tylko powiedzieć, że Klara już pożegnała tego zatrapka w sobie, co nie znaczy, że od tej pory jej życie będzie płynęło łagodnym nurtem spokojnej rzeki. Jednak dzięki temu, że zaczęła żyć świadomie i odważnie, łatwiej jej będzie się zmierzyć z tym co los – ten z zamierzchłych czasów i ten współczesny – jej przygotował. A przygotował naprawdę dużo!

________________________________________________________

Jeśli jeszcze nie zdążyliście przeczytać książki autorki, to zapraszamy do zapoznania się z recenzją Serce z szuflady.

Serce z szuflady jako historia dająca nadzieję

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o