Darksiders Genesis: ramię w ramię w piekielnej otchłani [recenzja]

Darksiders Genesis

Seria Darksiders po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 2010 roku. W ciągu niecałej dekady doczekała się dwóch kontynuacji, a niedawno także i prequela. Darksiders Genesis, bo to o nim mowa, zgodnie ze swoją nazwą zabiera nas do czasów, kiedy wydarzenia z pierwszej części cyklu były tylko niepewną przyszłością. W grze od Airship Syndicate nowe motywy ścierają się ze starymi, tworząc unikatową, choć niepozbawioną wad odsłonę serii. Czy warto zstąpić w piekielne otchłanie razem z bohaterami? O tym przekonacie się już za chwilę.

Genesis w kilku słowach

Darksiders Genesis to izometryczna gra akcji z licznymi elementami platformowymi i RPG, w której wcielamy się w dwóch Jeźdźców Apokalipsy. Jednym z nich jest Wojna, czyli nasz stary znajomy z pierwszej części, a drugi to jego do tej pory nieznany brat – Waśń. Gra została wydana 5 grudnia 2019 roku na komputery osobiste, a 14 lutego 2020 roku zadebiutowała na konsolach Xbox One, PlayStation 4 i Nintendo Switch.

Produkcja pod względem fabularnym jest prequelem całej serii Darksiders, natomiast jeśli chodzi o mechanikę, możemy nazwać ją spin-offem, gdyż prezentuje się zupełnie inaczej niż poprzednie części widziane z perspektywy trzeciej osoby. Izometryczny widok w Genesis przywodzi na myśl przede wszystkim hack’n’slashowe Diablo. Nowością jest także możliwość gry w dwie osoby na podzielonym ekranie. Mamy do wyboru trzy poziomy trudności, które można zmieniać w dowolnym momencie.

Genesis
Możemy grać ramię w ramię!

Darksiders Genesis zostało stworzone przez studio Airship Syndicate, skupiające w swoich szeregach byłych pracowników firmy Vigil Games, która opracowała pierwszą i drugą odsłonę serii. Wydawcą tytułu jest THQ Nordic.

W moje ręce trafiła wersja gry na PS4, którą w całości przeszłam w trybie multiplayer na podzielonym ekranie.

Szczypta sentymentu

Produkcja już od pierwszych minut stawia przed nami jasny fabularny cel. Waśń i Wojna trafiają przed oblicze Rady strzegącej równowagi wszechrzeczy i otrzymują niezwykle ważne, choć raczej niezbyt skomplikowane zadanie – mają powstrzymać Lucyfera przed zachwianiem odwiecznego porządku świata. Aby tego dokonać, muszą wyeliminować potężne demony, z których pomocą władca piekieł zbudował swoją nadmierną potęgę.

Od tego momentu nasi bohaterowie schodzą do Podziemia, gdzie rozpoczynają prawdziwy festiwal siekania mniejszych lub większych potworków dysponujących nieczystymi mocami. Szesnaście zróżnicowanych poziomów zabierze nas w różne zakątki piekła, gdzie zobaczymy m.in. piaszczystą pustynię, skaliste wzgórza, surowe lochy i śnieżną dolinę. Na szczególne wyróżnienie pod względem oryginalności zasługuje lokacja obfitująca w rzeki pełne żrącej trucizny wydzielającej fosforyzujące, zielone światło. Świetnie prezentuje się także zniszczony, choć wciąż wspaniały Eden, który dla Waśni i Wojny jest powrotem do pewnych bolesnych wspomnień.

Darksiders Genesis
Niektóre lokacje naprawdę robią wrażenie.

Fabuła gry sygnalizuje nam ciekawe wydarzenia z przeszłości, ale nie myślcie, że dowiecie się o nich zbyt wiele. Jeźdźcy co prawda prowadzą rozmowę niekiedy zahaczającą nawet o egzystencjalne przemyślenia, ale każdy ciekawszy wątek jest ucinany słowami „kiedyś ci o tym opowiem, bracie”, po czym powracamy do rozczłonkowywania hord nieustępliwych demonów. Nie mamy co liczyć na choćby skrawek angażującej i wzruszającej historii.

Fabularna prostota

Trzon fabuły nie wykracza właściwie poza kolejne walki z pomniejszymi przeciwnikami i sporadyczne starcia z bossami. Przedstawiona opowieść jest bardzo prosta i płaska – nie spodziewajcie się zatem nagłych zwrotów akcji czy emocjonujących konfliktów. Nie ma w niej właściwie momentów, w których moglibyśmy uronić łzę czy wybuchnąć śmiechem. Bohaterowie dysponują jednak odmiennymi osobowościami mającymi nadawać dynamiki ich relacji – Wojna jest posępnym, surowym żołnierzem, a Waśń to nieco irytujący żartowniś o sposobie bycia przypominającym marvelowskiego Deadpoola.

waśń
Waśń to niezły śmieszek, ale walczyć też potrafi.

Odmienne charaktery to niestety za mało, żeby ubarwić całą historię. Dialogi między Jeźdzcami nie są złe, ale nie ma w nich nic, co zapadałoby w pamięć na dłużej niż dwie minuty. Nieco ciekawiej wypadają rozmowy z demonem Samaelem, z którym podobnie jak w innych częściach Darksiders łączy Jeźdźców kruchy sojusz opierający się na wspólnych interesach. Jeśli już o starych znajomych mowa – w grze spotkamy również handlarza Vulgrima i anioła Abaddona.

Darksiders Genesis zdecydowanie nie stoi fabułą, ale to nie tak wielka wada, jak mogłoby się wydawać. Gra nie jest wyciskaczem łez na miarę Wiedźmina czy The Last of Us i nawet nie próbuje nim być. Jej założeniem jest raczej dostarczanie prostej i niewymuszonej rozrywki. Czy się z tego wywiązuje? Tak, ale tylko pod pewnymi warunkami.

Do broni!

Nasi Jeźdźcy Apokalipsy różnią się nie tylko charakterami, ale także sposobem walki. Wojna jest typowym tankiem, który przyjmuje na siebie większość obrażeń i atakuje bezpośrednio z użyciem miecza. Waśń to natomiast DPS wyspecjalizowany w walce dystansowej za pomocą broni palnej. W trakcie rozgrywki obydwaj zdobywają nowe umiejętności, które pozwalają na wykonywanie efektownych kombosów i stosowanie coraz silniejszej i bardziej zróżnicowanej amunicji.

Starcia z demonami pod względem wizualnym wypadają bardzo dobrze – sekwencje morderczych, ognistych piruetów Wojny czy też potężne błyskawice stosowane przez Waśń efektownie sieją zniszczenie w szeregach wroga. Specjalne rdzenie wypadające z potworków pozwalają też na zwiększanie zdolności pasywnych, czyli siły, zdrowia i gniewu, który umożliwia wyprowadzanie szczególnie silnych ataków. Ciekawą opcją dla obu bohaterów jest czasowa możliwość przemiany w demona dysponującego wyjątkowo mocnymi i niszczycielskimi ciosami. Przydatne zwłaszcza na bossów!

Wojna ataki
Wojna i jego najlepsze oblicze.

Skoro już o bossach mowa… O ile pomniejsi przeciwnicy w grze są dość zróżnicowani, tak nasi główni antagoniści niestety pod tym względem kuleją. W pamięć nie zapadają ich linie dialogowe, design czy ataki. Każdy z nich walczy dosyć podobnie i nie trzeba być taktycznym mistrzem, żeby odnieść zwycięstwo. Na wyróżnienie zasługuje jedynie boss czekający na nas w Edenie – widać, że do niego twórcy przyłożyli się trochę bardziej niż do reszty. Ten antagonista posiada spójną motywację dla swoich działań i prezentuje się interesująco pod względem wizualnym, agresywnie szarżując na ognistym rumaku. Samo starcie jest bardzo dynamiczne i rozgrywa się w niezwykle klimatycznej, burzowej scenerii.

Wymagająca zręcznościówka

W czeluściach piekła czekają na nas nie tylko potworki, ale i masa tajemnic do odkrycia. Szukanie znajdziek w Darksiders Genesis to frajda porównywalna do samej walki. W rozległych lokacjach z wieloma zakamarkami, platformami i wysepkami odnajdziemy skrzynie z bonusami, kamienie zwiększające zdrowie, monety przewoźnika pozwalające wykupować u Vulgrima nowe umiejętności oraz klucze, dzięki którym otworzymy komnaty z najcenniejszymi łupami.

Na początku zdobywanie przedmiotów jest dość łatwe, ale już na dalszych poziomach zaczynają się schody. Dokładne przeczesanie każdego etapu wymaga niekiedy sporych zdolności zręcznościowych, gdyż sekwencje oparte na przeskakiwaniu, huśtaniu się i chwytaniu potrafią być naprawdę skomplikowane. Dodatkowym utrudnieniem jest denerwująca ociężałość bohaterów, którym daleko do płynności i gracji. Ich ruchy są niezgrabne i niedokładne, przez co elementy platformowe nie wypadają tak dynamicznie, jak powinny.

Darksiders Genesis
Zapowiada się niezła przeprawa…

Zaletą elementów zręcznościowych jest za to możliwość równorzędnej współpracy graczy. W Genesis nie tylko razem walczymy, ale musimy też sobie pomagać. Obaj bohaterowie są tak samo ważni i równie niezbędni do jednoczesnego uruchamiania ramp, wspólnego przekładania dźwigni czy otwierania zablokowanych drzwi.

Trzeba pochwalić twórców także za pomysł umieszczenia w produkcji minigierki, dzięki której Jeźdźcy mogą odkrywać zablokowane obszary lokacji. Zawarte niej zadanie pozornie jest proste – mamy przeprowadzić szybującą kulę przez labirynt. Niby nic pasjonującego, ale to jeden z tych momentów, który naprawdę potrafi wciągnąć. Kulka jest bezwładna i podczas pokonywania trasy stopniowo przyspiesza, a przy tym przestrzeń między ściankami labiryntu sukcesywnie się kurczy. Trzeba mocno się skupić, żeby dotrzeć do celu, a osiągnięcie go podczas pierwszej próby jest niemal niemożliwe. Wielbicielom zręcznościowych wyzwań minigierka z pewnością przypadnie do gustu.

Produkcja wyróżnia się na plus także prostym interfejsem i przejrzystym drzewkiem umiejętności. Samo sterowanie ma swoje bolączki, ale dobrze sprawdza się na przykład przy kombosach Wojny, które robią wrażenie, ale samo ich wywołanie nie jest nawet w połowie tak zawiłe, jak choćby w Devil May Cry.

Drzewko umiejętności
Z czasem Wojna i Waśń stają się coraz lepsi.

Graficzne niuanse

Darksiders Genesis graficzne prezentuje się przyzwoicie, zarówno pod względem designu lokacji jak i bohaterów. Największym problemem jest praca kamery, która w wielu momentach szwankuje. Niekiedy zamiast naszych postaci podziwiamy więc ściany, drzewa lub inne elementy otoczenia. Produkcja nie jest też wolna od błędów – Wojna i Waśń często się zacinają i grzęzną pomiędzy rozmaitymi przeszkodami. W takiej sytuacji nic nie możemy zrobić – pozostaje tylko czekać na bolesne spłonięcie w piekielnym ogniu i rozpoczęcie rozgrywki od ostatniego punktu zapisu.

Genesis
Ktoś tutaj nam się zawiesił…

Przerywnikowe scenki pojawiają się w formie statycznych, komiksowych obrazków. Nietrudno się domyślić, że jest to zabieg służący oszczędności, jednak nie można mieć mu nic do zarzucenia. Kreska jest spójna ze stylistyką całej gry, a rysunkowe postacie wyglądają przekonująco. Dodatkowo rozgrywkę urozmaica epicka i monumentalna muzyka przygrywająca w tle.

Darksiders Genesis
Przerywniki to niewątpliwie jeden z plusów gry.

Grać czy nie grać?

Prequel serii Darksiders ma swoje gorsze i lepsze strony, ale ogólnie rzecz biorąc bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Przejście całej gry z wyszukiwaniem większości znajdziek zajęło mi około 25 godzin. Nie byłabym jednak tak łagodna, gdyby nie fakt grania z drugą osobą na podzielonym ekranie. Możliwość walki ramię w ramię naprawdę dużo zmienia i czyni tę produkcję o wiele atrakcyjniejszą. Gdybym miała przechodzić ją samodzielnie, myślę, że szybko bym się znudziła. Nie ma w tej grze zbyt wielu elementów, które są w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej. Brak tutaj wielkiej przygody, dramatycznych zwrotów akcji czy wyjątkowych postaci, które zapadłyby w pamięć na długi czas. Genesis można ograć samemu, chociaż uważam, że nie ma to większego sensu. Jest cała masa tytułów, przy których będziecie bawić się znacznie lepiej.

Produkcję studia Airship Syndicate przechodziłam razem z innym redaktorem – miłośnikiem serii Darksiders. Poniżej kilka (gorzkich) słów opisujących jego wrażenia z rozgrywki:

Moja opinia o Darksiders Genesis właściwie pokrywa się ze zdaniem Marzeny, choć bardzo bym chciał, by było inaczej. Jestem fanem serii i uważam, że zasługuje ona na coś lepszego niż zaledwie poprawny spin-off. Genesis jest właśnie takim tytułem: żaden z jego elementów nie wybija się ponad górne stany średnie. Przeciwnicy to typowe mięso armatnie wyciągnięte z dowolnego generycznego hack’n’slasha. Nawet bossowie, którzy powinni przecież zapadać w pamięć, zostali zaprojektowani zupełnie bez polotu. To boli tym bardziej, że przecież walki z szefami od zawsze były mocnym punktem serii – pamiętacie epicki pojedynek z gigantycznym czerwiem z pierwszego Darksiders? W Genesis możecie pomarzyć o takich atrakcjach.

Do tego dodajmy ociężałe sterowanie, masę błędów oraz koszmarnie irytujące sekwencje zręcznościowe. Grę ratuje przyzwoita walka oferująca zróżnicowane kombosy i umiejętności oraz – przede wszystkim – tryb współpracy. Wspólne sieczenie potworów naprawdę daje radę i sprawia, że można przymknąć oko na liczne niedoróbki. Nie na tyle jednak, bym mógł ocenić Darksiders Genesis wysoko – to zaledwie przyzwoity średniak, dzięki któremu można spędzić kilka miłych wieczorów, a potem zapomnieć o jego istnieniu. Pozostaje mieć nadzieję, że Darksiders 4, o ile w ogóle powstanie, będzie stanowić powrót do świetności serii. Mimo wszystko wciąż w to wierzę.

Grać więc, czy nie grać – oto jest pytanie! Odpowiem wam: grać, ale tylko jeśli macie u boku kogoś, kto będzie gotów śledzić razem z wami losy Wojny i Waśni od samego początku aż do końca.

Wymarła trójca – przegląd zapomnianych gatunków gier wideo

Wymarła trójca – przegląd zapomnianych gatunków gier wideo