“Mam wrażenie, że wolność jest niestety od czegoś…” | Rozmowa z Jagodą Szelc

Jagoda Szelc to reżyserka, której filmy sprawiają, że wychodzimy z sal kinowych z głową pełną pytań. Podczas 12. Mastercard OFF CAMERA mieliśmy przyjemność porozmawiać z nią o Monumencie, wolności oraz planach na przyszłość.

Aleksandra Góra: W swoich filmach przede wszystkim dajesz nam wolność. Jak sama ją definiujesz?

Jagoda Szelc: Mi się to często odmienia, bo wydaje mi się to być czymś naturalnym, że  definicje słów się zmieniają. Na ten moment mam wrażenie, że wolność jest niestety od czegoś…

Obejrzałam Monument pierwszy raz i jestem przepełniona emocjami. Muszę przyznać, że w mojej interpretacji zostaliśmy zamknięci we własnym umyśle. Czy to jest największa pułapka obecnych czasów?

Zawsze, jak się pojawia władza, to oczywiście mamy do czynienia z relacją pochyłą – czyli z przemocą. Kontynuując twoją myśl, zgadzam się. Ja bym powiedziała, że tą pułapką, tym więzieniem jest bardzo często język. I że to język determinuje stan naszego umysłu. Używając pewnych słów, tworzymy świat i w wielu przypadkach właśnie tam pojawia się opresja; że my trochę sami powołujemy do życia tę relację pochyłą. Dlatego mówię, że wolność jest od czegoś, bo musimy zdecydować, czy chcemy być wolni: od menedżerki, od pewnego systemu, od swoich własnych wyobrażeń i od cudzych opinii, interpretacji. I to jest taki pierwszy krok, na który ciężko się zdobyć.

Twoi bohaterowie właśnie zakończyli początkowy etap swojego życia i przechodzą w dorosłość. Zderzają się jednak z rzeczywistością w tak brutalny sposób, że nie potrafią się w niej odnaleźć.

Transgresja, wychodzenie ze strefy komfortu, zawsze jest trudne. Ale wydaje mi się, że ono jest okay, jeśli ma jakiś punkt zamknięcia. Najciężej jest, jeżeli nie jesteśmy w stanie zakończyć jakiegoś etapu, bo wtedy wszystko straciłoby swój sens. Tutaj jest tak samo z aktorami, z bohaterami tego filmu.

A czy podczas tworzenia filmu udało ci się zrealizować wszystkie założenia?

Robienia, nie lubię tego słowa tworzenia… Trochę boję się używać tego słowa, nie przepadam za nim, bo ja nie wiem, co to znaczy. Często myślę o tym, że ja bardziej praktykuję robienie filmów niż nawet je rzeczywiście robię.

Pewnie w 100% nie zrealizowałam wszystkiego, ale większość ważniejszych założeń – tak. Scenariusz przełożył się bardzo precyzyjnie. Działam na takim poziomie, że ja wiem, jaki jest korzeń sceny, a sposoby dojścia do niej mogą być naprawdę różne. Ten film w 70% został stworzony w storyboardach przez Martę Koh, która nam pomagała. I został zmontowany w 10 dni. To by nie było możliwe, nawet przy tak wybitnej montażystce jak Ania Garncarczyk, gdyby właściwie nie realizował tego, co na początku sobie ustaliliśmy. My się dobrze przygotowujemy do filmu, nawet – bardzo dobrze. Ja, Przemek i Natalia Giza.

Jak natomiast wyglądało budowanie relacji na planie z aktorami?

Te relacje właśnie buduje się przed planem, bo w trakcie byłoby to niemożliwe, ponieważ wszystko nabiera zbyt dużego pośpiechu. Głównie to polegało na tym, że ja im cały czas pokazywałam, że jestem bezpieczna, a to była dla nich nowość. Dawałam do zrozumienia, że ja im bardzo ufam; że oni mogą proponować i też otwarcie mówić, co im się wydaje dobre, a co nie. I to jest najważniejsze, bo aktor musi mieć poczucie bezpieczeństwa.

Jest jeden z mitów reżyserskich polegający na tym, że my reżyserujemy aktorów. A to nie jest prawda – my reżyserujemy film. Do pewnego stopnia aktorzy sami się reżyserują, dlatego, że to oni najlepiej znają swoich bohaterów. To oni te postacie kochają, nawet jak grają doszczętnych bandytów. I przede wszystkim, oni w nie wierzą – to znaczy każdy bandyta myśli, że jest niewinny. Dlatego bardziej zwracam się do nich z pytaniem, co ten bohater by zrobił, niż de facto sama im mówię. Myślę, że to było ważne dla mnie i dla nich. Dla mnie, bo udowodniłam sobie, że jestem dobrym technikiem i że poradzę sobie z ludźmi, z którymi łączy mnie większa lub mniejsza chemia. My się nie musimy kochać, żeby nasze relacje na planie były bardzo w porządku, poprawne, demokratyczne. Myślę i mam nadzieję, że wyznaczyłam aktorom pewne standardy, w których będą w przyszłości pracować. Chciałabym, żeby oni rozumieli, jak powinni być traktowani. Z szacunkiem.

Oglądając Monument oraz pamiętając również Wieżę, Jasny dzień, nurtowała mnie jedna myśl: jak to by było znaleźć się w głowie Jagody? Mam wrażenie, że tam jest tyle rzeczy, a wyobraźnia dosłownie nie zna granic. Skąd czerpiesz pomysły?

To jest bardzo trudne pytanie, bo pochodzi z zakresu jak zbudować statek?. Wydaje mi się, że każda głowa jest bardzo ciekawa, tylko chyba ja po prostu nauczyłam się operować odpowiednimi narzędziami, by móc wszystko ucieleśniać. Nie romantyzowałabym tego, ale to też jest dla mnie zagadka. Spotykam się z taką dużą ilością osób, która reaguje na ten świat, co pokazuje mi, że każdego przepełniają barwne i ciekawe myśli. Mam takie marzenie, by na 10 minut znaleźć się w innym systemie.  Innej głowie. Żeby mieć porównanie. Myślę, że wszyscy ulegamy takiemu złudzeniu, że inni ludzie myślą podobnie. A wystarczy tylko powiedzieć komuś: idź szybciej. I wszyscy pójdą w innym tempie, co dowodzi temu, że każdy z nas różnie definiuje poszczególne pojęcia. Dlatego uważam, że komunikowanie się z drugim człowiekiem jest najtrudniejszą dyscypliną na świecie.

W Monumencie każda z twoich postaci posiada wątek, z którego można by było zrobić osobny film. Jakby to były puzzle i każdy na swój sposób może je poukładać.

Myślę, że to też jest dobra zabawa, żeby sobie wyobrażać skąd te puzzle pochodzą. Przed robieniem filmu pisze się archeologię postaci. Albo ją tworzysz, albo pytasz aktorów, jaka jest archeologia ich postaci. To znaczy: kim oni są, skąd pochodzą, jak wyglądały ich rodziny, co robili jako dzieci. Mówię oczywiście o samych bohaterach, nie o aktorach. I czasami też pytasz o przyszłość, więc w ten sposób trochę konstytuujesz tę osobowość filmową.

Masz w planach kolejny film. Jak idzie realizacja?

Jest nam bardzo ciężko znaleźć pieniądze. Nie jest prawdą, że po zrobieniu dwóch filmów, którym… powiedzmy, że się udało, które się spodobały, jest łatwo znaleźć pieniądze na trzeci. Oczywiście wszyscy mówią :tak, tak, jest super! Ale koniec końców ludzie lubią pewnie wsadzać pieniądz w produkcje, które wydają im się bardziej kapitalistycznie rentowne.

Natomiast jesteśmy gotowi, żeby zaczynać – ja i mój zespół. To jest film, który nazywa się Delikatny balans terroru i opowiada, w jaki sposób tworzymy systemy, dopasowując je do kryzysu, a nie odpowiadając bezpośrednio na niego. Wydaje mi się, że w tym sensie jest on bardzo aktualny. Chodzi o to, że my repetujemy pewien rodzaj zachowań, nie podając go w wątpliwość, w związku z czym z pokolenia na pokolenie popełniamy te same błędy. Bardziej powtarzamy opinie po ludziach niż tworzymy własne. Ale powiedzmy szczerze, kto ma na to przestrzeń? I to jest takie trudne.

Ten film dotyczy oczywiście spraw ekologicznych, które są najważniejsze i przy których wypadamy bardzo słabo… Jesteśmy w takim totalnym wyparciu, że nic się nie dzieje. Rozmawiamy teraz w Krakowie, a to miasto ma potężne problemy z powietrzem, jak i cała Polska. Nasze państwo jest najbardziej suchym krajem w Europie, co jest ciekawe. Mamy większe problemy z wodą niż Hiszpania. I myślę, że bardzo mało ludzi ma tę wiedzę. W związku z ekologią mają przeświadczenie, że ich działanie i tak nic nie da, więc nie robią nic. Na zasadzie: albo wszystko, albo nic. A wystarczy zrobić mały krok i to już wiele zmienia. Jak mówi nasza koleżanka Anna Pięta – nie zero waste, bo to trochę przeraża, ale może na początek less waste.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o