Zgnilizna jest wśród nas – Próchno

fot. oficjalny FB zespołu

Są płyty, które od samego początku chwytają za serducho. Są takie, do których przekonujemy się po kilku przesłuchaniach. Bywają również perełki, które są tak abstrakcyjne, że z jednej strony nie wiemy, o co tam chodzi, a z drugiej jednak wchodzą do głowy fenomenalnie. Tak jest z debiutanckim krążkiem zespołu Próchno. Dlaczego? Przekonacie się w dalszej części!

Grupa Próchno to świeży projekt. Kapela pojawiła się właściwie znikąd i szturmem zdobyła uznanie publiki gustującej w niezależnych produkcjach. Jako, że sam należę do słuchaczy muzyki raczej mniej popularnej, to musiałem sprawdzić skąd ta (niezbyt wielka na szerszą skalę, niestety) popularność się wzięła. Po wymianie kilku wiadomości, stałem się szczęśliwym posiadaczem Próchna. Uśmiech na twarzy pojawił się już w momencie odpakowania koperty z przesyłką, kiedy to na biurku pojawiła się karteczka z pozdrowieniami od zespołu brzmiąca: Niech Próchno Będzie Z Tobą!. I takie budowanie wizerunku to ja rozumiem. Próchno jest ze mną i sądzę, że zostanie na dłużej.

Jeśli jednak myślicie, że muzycy uczestniczący w tej trudnej, ponurej i niewygodnej strukturze to świeżaki, srogo się mylicie. Basista, wokalista i klawiszowiec grali w grupie Ugory, która w zeszłym roku pochwaliła się naprawdę ciekawym wydawnictwem. Mistrz, którego słyszymy na gitarze i za mikrofonem, udzielał się w Artykułach Rolnych, zespole, na którego koncerty, mimo wielu prób, finalnie nigdy nie dotarłem. Bębniarz siedział za garami w Drah, projekcie ciekawym, choć do niedawna mi nieznanym. Mamy więc muzyków z niemałym doświadczeniem. A to, że trzy wspomniane kapele, pochodzą z różnych kręgów stylistycznych, jest tylko ich atutem.

Co się tutaj dzieje?

We wstępie napisałem, że są płyty, w których nie wiadomo o co chodzi, mimo to są niezwykle wciągające. Dlaczego nie wiadomo o co chodzi? Już otwierający utwór, Na Stacjach I Torach, powoduje niemały mętlik w mózgownicy. Pierwsze 20 sekund to fajny, drone’owy dźwięk, który zostaje pokryty pokaźną warstwą wrednego, brudnego przesteru. Ten sound jest wszędzie, na gitarach (wiadomo), na basie i syntach (no przecież), na wokalu (dokąd to zmierza?) oraz na perkusji (o kurwa!). I przez chwilę będziecie błagać, żeby to już się skończyło. Przecież mamy XXI wiek, nie można nagrywać płyt w ten sposób. Dlaczego to jest takie brudne, nieczytelne.

I gdy wydawać by się mogło, że to koniec męki, wchodzi 1908. Istna drone’owa rozpierducha. Zabawa szumem, trzaskami i ekstremalnymi eksperymentami dopiero się zaczyna. Te dwie minuty są decydujące. Później drogi są dwie i nie ma innych opcji. Albo wyłączasz Próchno i idziesz odpocząć gdzieś, gdzie nic cię nie zaskoczy. Albo brniesz w to dalej zahipnotyzowany mantrycznym pulsem, który podskórnie wywołuje uczucie dziwnego podniecenia. Czekasz na to co nadejdzie w kolejnych numerach odrzucając zdrowy rozsądek i zasłuchujesz się w dźwiękach, które stają się czytelne coraz bardziej.

Bądź dzielny!

Myślę, że gdzieś w okolicy Z Kosą Przez Las zaczyna się proces przesiąkania klimatem tego krążka. Oczywiście jeżeli nie wyłączyłeś go wcześniej. Dziwna, lekko przesterowana perkusja nadaje tętno tej muzyce. Myślę, że to właśnie atmosfera budowana przez plemienne rytmy wydobywające się z garów powoduje, że wkręcasz się bez reszty w ten zgniły i obskurny klimat. Jednak to nie jest ten poziom zgnilizny, który prezentują kapele sludge, black czy gore. To zgoła odmienne podejście do rozkładu i trupizmów. Próchno to nieprzypadkowa nazwa. Oni prowadzą nas do lasu. Przerażającego, ciemnego, pełnego rozkładających się drzew, pachnącego mokrą ściółką. Do lasu tak strasznego, że zaglądają tam tylko borsuki, nietoperze i psychopatyczni miłośnicy obumierającej przyrody (ewentualnie mordercy i gwałciciele).

Oczywiście reszta zespołu dumnie wtóruje perkusiście i z uśmiechem na ustach kroczą wspólnie w mrok. Bas pulsuje w piękny sposób. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to klimaty post punkowe, gdzie jest on dość istotny. Motoryczne zagrywki, tajemniczy klimat. Gitary są mieszaniną wpływów noise rocka, black metalowych szaleństw, drone’owych eksperymentów oraz minimalistycznego podejścia. Potrafią zabić intensywnością, doskonale wprowadzają w trans i ciekawie budują atmosferę. Ambientową przestrzeń nadają groźne syntezatory, które również jeżą włosy na karku.

Próchno
fot. oficjalny FB zespołu

Gdzieś pośród całego tego chaosu (jakby nie było, dość zorganizowanego) pojawia się śpiew. A raczej krzyki i melorecytacje. Część z wokaliz jest tak przetworzona, że nie rozumiem ich do teraz, jednak napięcie, które wprowadzają, jest doskonałe. Niespodzianka jest w zamykającym Chodź, No Chodź. Tutaj głos jest czytelny i zrozumiały bez najmniejszych problemów. Brzmienie całości, jak pewnie się domyślacie, sterylne nie jest. Pełno tu brudu, hałasu, agresji, przerażenia. Jest jednak na tyle dynamicznie, że głowa znajduje sposób, by się pobujać, a przestrzeń jest niezaprzeczalna.

Podsumowanie

Próchno to album ciężki w odbiorze. Nie każdemu przypadnie do gustu, jednak miłośnicy eksperymentów poczują się jak w domu. Zespół podszedł do tematu bezkompromisowo i wydał jedną z najciekawszych płyt 2019 roku. Bez silenia się na piękne melodie, chwytliwe refreny, onanistyczne solówki i patetyczną formę. Tu jest ciężko, zimno, nieprzyjemnie i odstręczająco. Ale całość wciąga. Jak bagno.

Maciej Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o