3×5, czyli subiektywny top najlepszych płyt roku 2018

top najlepszych płyt roku 2018

Piętnaście albumów z pogranicza metalu i alternatywy przedstawiamy z perspektywy trzech redaktorów, których gusta choć podobne, to jednak całkiem różne. Oto subiektywny top najlepszych płyt roku 2018, a w nim: szalone riffy, kosmiczne jazdy, gospel, djent, smacznie odgrzany kotlet i saksofony.

Ghost – Prequelle

Mateusz: Z Ghostem pierwszy raz spotkałem się w 2014 roku, gdy kapela Tobiasa Forge’a (jeszcze jako mało znany band) supportowała Iron Maiden podczas koncertu w Poznaniu. I przyznać muszę, że na 4 lata zapomniałem kompletnie o ich istnieniu. O projekcie przypomniała mi dopiero tegoroczna płyta kapeli, na której zespół Tobiasa idealnie wymieszał metal z lżejszymi gatunkami. I chyba nie tylko mi Prequelle przypomniał o Ghoscie, bo kapelę coraz częściej słychać w przeróżnych radiostacjach, a sam zespół przeniósł się z koncertów klubowych na wielkie show arenowe.

Piotr: Tak, Ghost ma się chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Mimo dram powiązanych ze zmianami składu i stylistyki, zespół przynajmniej nie jest jeszcze taki wypalony, jak mogłoby się wydawać przed Prequelle. Ich muzyka pozostaje, jak na mój gust, mało odkrywcza, ale przyjemnie jest posłuchać ich kawałków tak cudnie wpisujących się w całą tę gorączkę eighties. Dla mnie Ghost to takie naturalne uzupełnienie do playlisty z Carpenter Brutem – ma być przerysowany i filmowy, i pod tym kątem Prequelle zdaje egzamin. Rats! Ouuoooouuoooh!

Maciek: Śledzę ich poczynania od dłuższego czasu i naprawdę byłem ciekawy, co pokażą czwartym longplayem. Zwłaszcza, że poprzednia płyta nie do końca mi weszła. Do tej złapałem nieco więcej dystansu i to było to. Mieszanie gatunków wychodzi im bardzo dobrze, mam jednak wrażenie, że na Prequelle nieco za bardzo pojechali i część utworów jest najzwyczajniej w świecie miałka w niefajny, radiowy sposób. Na szczęście Miasma czy Faith podnoszą wartość albumu dość wysoko.

Rivers of Nihil – Where Owls Know My Name

Piotr: Mój album roku, i basta. Twórczość Rivers of Nihil poznałem w okolicach zeszłorocznej zimy za sprawą świetnego Monarchy. Kapela ta gra techniczny death metal – taki z atmosferą i saksofonami. Brzmi dziko? Cóż, tak właśnie jest. Na najnowszym krążku RoN rozwijają skrzydła. Na przestrzeni niespełna godziny usłyszeć można naprawdę zróżnicowany materiał. Raz soniczna rzeź, raz melodyjne, wolniejsze fragmenty – wszystko w idealnej proporcji. Eksplorowany na płycie motyw starości i straty podkreśla świetna okładka. Motyw ten wylewa się wręcz z kompozycji, bo płyta jest tak ułożona, że nawet przy trzydziestym odsłuchu czuć w niej ciągłe napięcie i desperację. Kawał sztuki. Najlepsze kawałki do zapoznania się z nią? The Silent Life, Hollow i Subtle Change.

Mateusz: Przyznać się muszę, że gdy pierwszy raz usłyszałem o połączeniu death metalu z saksofonami, byłem dość sceptycznie nastawiony. Jednak po przesłuchaniu kilku kawałków połączenie to całkowicie mnie zdobyło. A całość płyty tak mnie wciągnęła, że nawet nie zauważyłem, kiedy minęły te 57 minuty. Polecam także zapoznać się z koncertowym wydaniem Rivers of Nihil, frontman grupy robi na żywo zajebiste wrażenie. Zarówno w kwestii wokalnej, jak i charyzmatycznej.

Maciek: Miałem zabierać się za przesłuchanie całości kilka razy i zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. W końcu się za niego zabrałem i… I przesłuchałem. Wokale ciekawe, instrumentarium również. Saksofon robi fają robotę. Nawet gdzieś pojawia się przestrzeń i melodia. Ale ten rodzaj spójności płyt nie leży mi w stu procentach. Może zbyt krótko się w to wgryzałem, ale pewne momenty najzwyczajniej mnie nużą.

Sunnata – Outlands

Maciek: Jeśli ktoś czytał moją recenzję tego albumu, to zna moje zdanie. Absolutna czołówka na polskiej scenie. Outlands to fenomenalna płyta. Nie ma słabych punktów (oprócz tego, że jest zbyt krótka). Potężny ciężar podany w wyjątkowo lekkim stylu. Dzieje się tam tak wiele dobrych rzeczy, że by to opisać, musiałbym napisać jeszcze raz recenzję, do której z resztą ciekawskich odsyłam.

Mateusz: Outlands przesłuchałem kilka razy, i to co usłyszałem opisać mogę tylko w słowach: solidne granie. Takie mniej więcej 7/10. Ale z ciekawości odpaliłem sobie resztę dyskografii kapeli i materiał z wydanego w 2016 albumu Zorya zmiótł mnie z powierzchni ziemi! Zespół z całą pewnością wart polecenia każdemu, kto lubi dobre stonerowe granie.

Piotr: Raz dane było mi słyszeć Sunnatę na żywo – Outlands wtedy majaczyło dopiero gdzieś na horyzoncie, a panowie miażdżyli każdą sekundę swojego występu znakomitym materiałem z Zoryi. Zaskoczyli mnie wtedy poziomem swojego grania – trudno wywołać podobne uczucia, gdy próbuje się zaskoczyć kolejnym krążkiem osobę już zaznajomioną z ich twórczością, a jednak Sunnacie się udało. Na najnowszym wydawnictwie najbardziej oczarowała mnie niepokojąca progresja akordów, a zaraz za nią świetnie dawkowane napięcie i fenomenalna okładka.

Frontside – Zmartwychwstanie

Mateusz: Najnowsza płyta Frontside jest w mojej opinii jednym z większych zaskoczeń na polskiej scenie muzyki metalowej. Po ostatnich płytach kapeli (Sprawa jest osobista i Prawie Martwy) myślałem, że zespół całkowicie odszedł już od metalcore’u na rzecz bardziej mainstreamowej muzyki rockowej. Na całe szczęście, na najnowszym krążku grupa powraca do swoich korzeni. W głośnikach znowu łupie potężne instrumentalne brzmienie, a Marcin Rdest w partiach wokalnych ponownie skupia się bardziej na krzyku, aniżeli na czystym i melodyjnym śpiewie. Lepszego tytułu płyty Frontside nie mogło wybrać, ponieważ rzeczywiście jest to ich zmartwychwstanie.

Piotr: Rezurekcja zakończona powodzeniem? W dużej mierze tak. Zmartwychwstanie powraca do korzeni, ale kosztem melodyjności dawnych albumów. Kawałki skupiają się na skutecznym zwalcowaniu słuchacza swoim ciężarem: promujące krążek Bez Przebaczenia nie boi się romansować z deathcore’m i efekt tego jest przyjemny (niekoniecznie dla sąsiadów). Zabrakło mi jednak w tej smakowitej młócce emocji, jakie wnosili panowie z Frontside na starych krążkach. Może to teksty, agresywne, pozbawione refleksji charakterystycznej dla utworów typu Wspomnienia jak relikwie, Katharsis, czy Dopóki moje serce bije? W każdym razie, i dla mnie jest to dobre zaskoczenie tego roku.

Maciek: Powrót do szczenięcych lat I dzikich koncertów. Mentalny. Widziałem chłopaków na Summer Dying Loud, było wesoło. Ale sam album absolutnie nic mi nie urwał. Niby zgadza się tam wszystko, ale jednak po przesłuchaniu nie porwał mnie ani nie zaskoczył niczym szczególnym. Przyznam, że nigdy nie byłem ich fanem, być może to wpływa na moją ocenę krążka. Więc nie odbierzcie tego jako przytyk, ale zaskoczenie albumem jest chyba spowodowane sentymentem do tej kapeli.

Behemoth – I Loved You At Your Darkest

Piotr: Najwyraźniej muzyka Behemotha dojrzała na tyle, by zadowolić nawet takiego paskudnego muzycznego snoba jak ja. I Loved You At Your Darkest jest takim Satanist 2.0. Czuć w niej większe przywiązanie do szczegółów i pomysł na całokształt, a nie tylko pojedyncze utwory. Nergal i spółka musieli nieźle się bawić przy dopieszczaniu kolejnych tekstur dźwięków. Jest klimat, świetna otoczka, lotność i naprawdę mało momentów, by się jakkolwiek nudzić. Więcej moich peanów i narzekań w recenzji. 

Mateusz: Do najnowszej płyty ekipy Nergala zabierałem się trochę jak pies do jeża. Z jednej strony ciekawiło mnie co tam ciekawego chłopaki wymyśliły, z drugiej zniechęcały mnie wszelakie negatywne recenzje głoszone przez ludzi z mojego otoczenia. W końcu, dzięki temu zestawieniu zasiadłem do I Loved You At Your Darkest i… nie rozczarowałem się. Płyta rzeczywiście trzyma naprawdę dobry poziom!

Maciek: Behemoth to marka nie do podrobienia. Dzieli środowisko metali, łączy “kato komando” (oczywiście w nienawiści do Nergala). Nergal to dobry biznesmen i doskonale wie jak się sprzedać. Na szczęście nie zapomniał, że jest również świetnym gitarzystą i ma fajne pomysły na piosenki. Wszedł mi ten album. Brzmienie ma świetne, wiem, dla niektórych zbyt sterylne. Całość jest zróżnicowana i eklektyczna, ale trzyma się kupy. Wygląda na to, że Adaś chce stworzyć nowy gatunek, do czego mu jeszcze daleko. Tak czy inaczej, płyta naprawdę warta uwagi, zwłaszcza dla kogoś, kto nie lubi zimnego i surowego grania. Byłbym zapomniał, denerwuje mnie (w niektórych momentach) za duża ilość patosu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here