Niepoważny ślad po wodospadach – Sonbird [recenzja]

sonbird
fot. oficjalny FB zespołu

Młodzież z Żywca zwlekała z wydaniem debiutu dość długo. Wszakże pierwsze plotki dotyczące albumu Głodny trafiły do mnie ponad rok temu. Na szczęście płyta wreszcie się ukazała i oczywiście trafiła w moje ręce. Zapraszam na sentymentalną podróż z zespołem Sonbird.

Pamiętam, jak zaczynali w 2015 roku. Ich pierwsze koncerty chwytały za serce. Czwórka nieśmiałych dzieciaków (chyba wszyscy wtedy chodzili do szkoły średniej) wychodząca na scenę. Kilku znajomych, przybijanie piątek. Jednak już wtedy ich muzyka, mimo że nieco nieokrzesana i niekoniecznie spójna, sprawiła, że zacząłem śledzić co ciekawego mają do zaproponowania. Szybko, w 2016 roku, nagrali epkę i zainaugurowali ją absolutnie wspaniałym koncertem w żywieckim parku. I to był cios. Wiedziałem, że jeśli będą mieli choć odrobinę szczęścia, wyrośnie z nich coś więcej niż kolejny, lokalny zespół grający w miejscowych spelunkach.

Małymi krokami do przodu

I miałem rację. Już w kolejnym roku wygrali Festiwal Supportów. Dzięki temu sfinansowali nagranie longplaya. Ale był to też okres, kiedy zaczęli być rozpoznawalni. Zagrali trasę u boku Happpysad, co niewątpliwie pomogło im zdobyć fanów. A ich muzyka stała się dojrzała i przemyślana w stu procentach. Grupa słuchaczy sukcesywnie się powiększała, jednak nie odbiła im palma i malutkimi krokami szli do przodu. Nagrali kolejną epkę, Sonbird EP, cały czas grali koncerty i zaczęli pojawiać się w mediach. Wreszcie nadszedł luty 2019, a na półki Empików trafił Głodny. Album spóźniony, wyczekiwany i ze wszech miar udany. Skoro debiut Sonbird prezentuje się tak fajnie, to ja już w tej chwili nie mogę się doczekać jego następcy.

Ciekawe, że album wchodzi z każdym przesłuchaniem coraz lepiej. Gdy odpaliłem Głodnego pierwszy raz, zaświeciła mi się lampka ostrzegawcza w głowie. Chyba coś za lekko, gitar jakby mniej, zbyt grzecznie? No nic, płyta na półkę, poczekamy chwilkę, może nie mam nastroju na delikatne pitu pitu. Nie minęło wiele czasu i krążek znów wylądował w odtwarzaczu. Zwróciłem sam sobie uwagę, że w sumie Sonbird nigdy nie zmierzał w stronę typowo gitarowego rocka. Chłopaki starali się połączyć delikatne przestery z interesującym klimatem, który nie musi wybijać szyb w oknach. Ich najmocniejszą stroną i właściwie tym, co spowodowało, że zainteresowałem się nimi, są po prostu piosenki. Mające fajne melodie, przyjemną atmosferę i pomysły. Sprawdzające się i na koncertach i w samochodzie.

Trafiają w sedno

I już przy drugim odsłuchu Głodny wszedł. Te gitary jednak gdzieś się pojawiają, nie są specjalnie natarczywe, jednak słychać je doskonale. Elektroniczne dodatki świetnie uzupełniają warstwę muzyczną, która perfekcyjnie koresponduje z tekstami. Z reguły nie zwracam większej uwagi na słowa. Słyszę je, kiedy są dramatycznie słabe, zahaczające o grafomanię lub są napisane naprawdę dobrze. W przypadku Sonbird, mamy do czynienia z drugą opcją. Nie ma tu silenia się na spektakularne metafory, chociaż takie się również pojawiają. Doskonałymi przykładami niech będą Wodospady lub Hel. Większość to jednak proste kawałki. O miłości, przyjaźniach, tęsknocie i innych rzeczach, które dotykają dwudziestolatków wchodzących dopiero na ścieżkę dorosłości. Napisane w prosty, obrazowy wręcz sposób i błyskawicznie trafiające w sedno. Oraz w serducha ich rówieśników i w jakiś dziwny sposób moje. Choć przyznaję, utożsamiam się z tym ze sporym dystansem i zwróceniem pamięci ku mojemu szczenięcemu okresowi.

To nie wszystko, bo nawet najlepszy tekst będzie gówno wart, gdy zostanie zaśpiewany kiepsko. Tu dochodzimy do kolejnego po gitarach, elementu charakterystycznego dla Sonbird. Otóż Dawid, wokalista, to absolutny mistrz pierwszego planu. Jego wokalizy oraz rozpoznawalna momentalnie barwa są piękne. Słychać, że cały album zaśpiewany jest w bezpieczny sposób i jeszcze nie koniecznie chce rzucać się na głęboką wodę. Jednak umiejętne dopasowanie się do atmosfery danego utworu ma w genach. Przejmujący Kuloodporny fajnie kontrastuje z rozmarzonym Helem lub wspomnianymi wyżej Wodospadami. Do tego wysoka barwa i fajne wykorzystywanie wibrato sprawiają, że trudno go pomylić z innymi. I oczywiście specyficzny sposób wymawiania poszczególnych słów.

Muzyką i słowem

Wracamy do gitar, których tak mi brakowało podczas pierwszego podejścia do materiału. Są, jest ich sporo i robią naprawdę dobrą robotę. Założę się, że niebawem styl i brzmienie Kamila będzie rozpoznawalne w taki sam sposób, jak wokale. Głodny stroni od szybkich solówek, ciężkich riffów i niskiego strojenia. Jest natomiast orędownikiem delikatnego, przyjemnego i melodyjnego klimatu. Partie solowe, jeśli już się pojawiają, to nie po to by pokazać szokujące umiejętności gitarzysty, które są oczywiste. Zdecydowanie są dopełnieniem całości i zawsze pojawiają się w idealnym momencie. O riffach raczej możemy zapomnieć, jest tu za to ogrom fajnych akordów i pląsów, które nie tylko tworzą odpowiednią atmosferę, ale również rytmizują w ciekawy sposób kompozycje.

Sercem zespołu jest oczywiście sprawna sekcja rytmiczna, która nadaje odpowiedni puls całości. Tak jest i tutaj. Sekcja Sonbird to niezawodna maszyna, która pompuje życie do piosenek i sprawia, że natychmiast chce się tańczyć. Ok, ja niekoniecznie to robię, przyjmijmy jednak, że moje bujanie głową to taniec. A przy basowym rytmie w Tyle Pytań trudno stać spokojnie. Zarówno bas Tomka, jak i perkusyjne partie Maćka wychodzą bezbłędnie. Idealnie się uzupełniają i wyraźnie wskazują drogę, którą zmierzają utwory.

Cztery składowe Sonbird

Cztery wyżej wymienione elementy to główne składowe Sonbird. Jednak Głodny pełen jest świetnych pomysłów aranżacyjnych, kompozycyjnych i brzmieniowych. To, co na początku lekko mnie odrzuciło, sprawia że nie sposób się od niego oderwać. Pełno tu fajnych syntezatorów wypełniających wolną przestrzeń. Cudowne partie pianina, gitary akustyczne, rhodes a nawet kwartet smyczkowy wplecione w poszczególne piosenki pięknie sklejają całokształt. Do tego całkiem ciekawe konstrukcje, których nie sposób przewidzieć. Chociażby końcówka Tyle Pytań, czyli rewelacyjnego otwieracza. Ale również single Głodny czy Niepoważny mogą pochwalić się fajnymi zabiegami produkcyjnymi. Kuloodporny, to w ogóle majstersztyk. Przejmujący tekst i atmosfera tej piosenki wydaje się być zupełnie odklejona od całego albumu. Wydaje się, bo siedzi świetnie. I nie mogę zapomnieć o kawałku Ląd. To jest koncept! Na samym początku jest dźwięk przypominający sonar łodzi podwodnej. Zajebisty pomysł!

Podsumowanie

Przechodzę do podsumowania. Czym jest ta płyta? Dla chłopaków zapewne kamieniem milowym na ścieżce ich kariery. Nie wątpię w to, że otworzy im kolejne drzwi do podboju świata. Dla mnie dowodem, że są świetni.

Maciek Juraszek