Kolejny album Pearl Jam – Gigaton

Pearl Jam - Gigaton

Muzyka ma dla mnie charakter religijny, a Pearl Jam przez bardzo długi czas należał do jednej z dwóch największych świętości. Z pewnych względów spadł już z piedestału, ale zawsze będzie miał w sobie ten pierwiastek boskości, przyciągający mnie do niego. Kiedy ogłosi trasę koncertową, bez pytania wydam pół wypłaty na bilet, a gdy wyda nową płytę przesłucham ją, choćby z ciekawości.

Pearl Jam – Gigaton

Po Gigaton nie obiecywałam sobie wiele. Nie liczyłam nawet na to, że płyta będzie średnia. Byłam przygotowana na słaby album, wydany tylko po to żeby zespół miał pretekst do ruszenia w trasę (nie, żeby zespół z takim statusem pretekstów potrzebował). Już dawno pogodziłam się z tym, że “prawdziwy” Pearl Jam skończył się, gdy Gossard przekazał twórczą pałeczkę Vedderowi. Ten z kolei całkowicie pogrzebał go, nie tylko muzycznie ale (co chyba nawet gorsze) ideologicznie, kiedy zaczął pokazywać się na ściankach z modelkami, Oprami i innymi Obamami. Czegóż można się więc spodziewać po trzech bardzo słabych płytach i śmierci dawnych ideałów? Chyba tylko tego, żeby nie było jeszcze gorzej.

A mogło być tak pięknie

Gorzej nie jest. Uspokajam już na wstępie. Czy lepiej? Nie wiem. Dawno nie słyszałam tak nierównej płyty. Jest dobrze, średnio i źle jednocześnie. W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że utrzymali status quo. Płyta nie zachwyca, ale też nie odrzuca. Ona…po prostu jest. A szkoda, bo potencjał był. Widać go zwłaszcza w otwierającym album Who Ever SaidMocna rytmiczna perkusja, aż podrywa z miejsca, a później ten Pearl Jamowy klimat… Na myśl od razu przychodzi Binuaral, trochę może nawet Yeld czy No Code. Rodzi się ekscytacja i nadzieja, bo wbrew oczekiwaniom to prawdziwy Pearl Jam! Ten najlepszy, najukochańszy! Czy to możliwe, że wrócił? Niestety już kolejny utwór Superblood Woolfmoon sprowadza na ziemię. Taki tam trochę Pop-Rock do potupania nóżką. Może zmienię zdanie na jego temat po koncercie, bo tego typu utwory świetnie sprawdzają się na żywo.

Mogło być też gorzej

Single promujące Gigaton zapowiadały totalną katastrofę. Bałam się nawet, że będzie jeszcze gorzej niż na Avocado. Jeśli to w ogóle możliwe. Dance Of The Clairvoyants, wypuszczony jako pierwszy, wywołał spory niepokój. Idą w elektronikę! Tylko nie to! Szczęśliwie okazało się, że to jedynie przysłowiowa śliwka. Całkiem sprytne posunięcie. Zacząć od tego co najgorsze, bo dalej może być tylko lepiej.  A jeszcze sprytniej na albumie umieścić to, zaraz za tym co najlepsze. Wspomniany już Who Ever Said, jest na tyle dobry, że następujące po nim single znane z radia, też wchodzą gładko. To co zapowiadało katastrofę na miarę topniejącego lodowca z okładki, nagle okazuje się całkiem znośne.

Potężny akumulator

Jeden dobry numer, całej płyty nie pociągnie. Watro mieć przynajmniej kilka energetycznych zasilaczy, które wpłyną na pozytywny odbiór całości. Takim akumulatorem, i to potężnym jest Quick Escape. Najlepszy na całej płycie, autentycznie dobry utwór. Nie dlatego, że przypomina coś co już znamy i lubimy. Ten utwór nie jest podobny, do żadnego innego. Chce się go słuchać jeszcze i jeszcze. Nawet po wyłączeniu gra dalej w głowie. To jest muzyka! I to są gitary… Mike, mistrzu! Jedyne co można zarzucić szybkiemu wyjściu,to że jest zbyt dosłowne. Faktycznie szybko wychodzimy z tej ekstazy. Na całym albumie nie ma nic równie dobrego. Szkoda, bo gdyby udało się tak komponować mielibyśmy w końcu album na poziomie Pearl Jam.

To w porządku

W tym miejscu miałam napisać, że po utworze genialnym, wjeżdżają Edkowe smęty i wszystko, ale… Ale wtedy uderzył mnie tekst. Pisząc te słowa słucham Alright, ustawionego na repeat i muszę przyznać, że ręka się trochę trzęsie, a w oczach coś jakby łzy. Jeśli jest na tym albumie utwór poświęcony pamięci Chrisa Cornella, to musi być ten. “Jeśli zmęczyła Cię droga, wyrusz w podróż ku gwiazdom”. Nawet jeśli nie chodziło, o zmarłego muzyka, słowa są po prostu piękne. Muzyka też przestała jawić się jako smęty. Jest delikatna, prywatna, intymna. Ma przy tym ogromną moc. Tak, po kilkunastu przesłuchaniach, stwierdzam że jednak kocham ten utwór.

Być może mam lekką obsesję na punkcie Cornella, bo w kolejnym utworze również bym się go doszukiwała. Seven O’Clock to jakby opowieść o dniu, w którym do Eddiego dotarła wiadomość o śmierci przyjaciela. Tylko względnie radosna muzyka się nie zgadza, ale może to taki zabieg artystyczny.

Pomieszanie z poplątaniem

Pearl Jam nagrywał Gigaton przez kilka lat i to niestety słychać. Całość sprawia wrażenie mozaiki. Przypadkowo poskładane elementy tego, co udało się stworzyć w danym momencie. Never Destination, brzmi jak wyjęty prosto z sesji nagraniowej Backpacer’a.   Take The Long Way też, tylko jest bardziej dopracowany. Tak by mogła brzmieć ich poprzednia płyta, gdyby postarali się trochę bardziej. Szkoda, że tego nie zrobili, bo brzmi to całkiem nieźle. Niestety nie na tyle, by uratować następujący później Buckle Up. Spodziewałam się Vedderowej nudy i niestety ją dostałam. W nowej, trochę bardziej bujającej odsłonie, ale jednak nudy. Z Comes And Goes sytuacja ma się podobnie. To jeden z ty utworów, które po prostu sobie lecą. Nie są na tyle złe, żeby wyłączyć, ani na tyle dobre by zwracać na nie uwagę. Za to Retrograde i River Cross to już zbyt wiele. Takiej kumulacji nudy nie da się znieść.

Jeszcze za wcześnie

Jeden dzień to stanowczo za mało, by jednoznacznie ocenić Gigaton. W miarę pisania i słuchania, zmieniały się moje odczucia. Ogólne wrażenie jest takie, że pyta została zrobiona trochę na siłę, bez konkretnego pomysłu na nią. Damy trochę tego, trochę tamtego i jakoś to będzie. Są trzy bardzo dobre utwory, kilka znośnych i całkiem sporo nijakich. Te nijakie zostały zmasowane w drugiej połowie. Następują jeden po drugim, niszcząc to, co było pozytywnego w pierwszej połowie. Cztery ostatnie nagrania, to ponad dwadzieścia minut totalnej nudy i nijakości. Wystarczająco długo, by po wyłączeniu płyty odnieść wrażenie, że cały album taki jest. Gdyby je usunąć, nowe wydawnictwo Pearl Jam byłoby do przyjęcia. Nie zawsze więcej znaczy lepiej. Najbardziej jednak boli to, czego na tej płycie nie ma, czyli utworów na miarę Quick Escape czy Alright. Nagrywając je, chłopaki udowodnili że wciąż potrafią. Narobili apetytu, ślinka już pociekła, ale niestety głównego dania nie podano.