Inga Lewandowska – „Przebudzenie” [recenzja]

Rok 2020 potrafi jednak zaskoczyć czymś pozytywnym. Chociażby ciekawymi premierami muzycznymi – do tego grona dołączyła Inga Lewandowska i jej Przebudzenie.

Podobieństwo tytułów i…

Tak, serio. Przebudzenie od razu skojarzyło mi się z inną wokalistką, Anią Rusowicz i ja uważam, że jest to naprawdę oryginalny komplement w stronę Ingi Lewandowskiej. Ponadto, krążek otwiera piosenka o takim samym tytule co album. Jednak zanim przejdę do konkretów – chciałabym napisać swoją opinię odnośnie książeczki płyty Przebudzenie. Jest po prostu piękna – z jednej strony minimalistyczna, a z drugiej posiada intrygujące zdjęcia wokalistki i prześliczne… obrazy. Uważam to za kapitalny pomysł, ponieważ nie dość, iż łączą się one z sesją fotograficzną to jeszcze z tekstami poszczególnych utworów. W tym wszystkim odczułam swego rodzaju magię.
Dobrze, czas na konkrety. Utwór tytułowy już na samym początku może sprawić, że słuchacz poczuje się zaskoczony i zdumiony. Spokojny komplet wielu, trochę niespodziewanych, instrumentów wraz z nietypową barwą głosu piosenkarki. Przebudzenie to prawie siedmiominutowy wstęp – w moim odczuciu – do wprowadzenia świata Ingi. Najbardziej ucieszyły mnie jej wokalizy, ponieważ skojarzyły mi się z wokalistkami, które śpiewają muzykę reggae. Serio.

Uwierzyć w nią

Drugi utwór – Uwierz w nas – z tracklisty jest lepszym od pierwszego, ponieważ idzie od razu się zakochać w pięknie zagranych klawiszach fortepianu. Tutaj już wokalizy Ingi Lewandowskiej uważam za niepotrzebne, lecz późniejszy śpiew już uratował całą sytuację. Warstwa tekstowa również jest o wiele, wiele lepsza. Co ciekawe, gdyby cała piosenka potrwała o trzy sekundy dłużej – mielibyśmy siedmiominutowy kawałek. Dopiero po skończeniu Uwierz w nas zorientowałam się, że cały album jest naprawdę długi. Niby  „tylko”, albo „aż”, jedenaście propozycji dla słuchacza, ale za to jakie długie!

Jej nie może nie być

No, nie może. Trzecia piosenka czyli Ciebie nie może nie być… dopiero tutaj usłyszałam solidny jazz. A ja bardzo rzadko słucham tego gatunku i to jest mój błąd, moja wina. Powinnam była częściej odpalać jazzowe utwory, gdyż działają na mnie całkiem uspokajająco. Chyba muszę tak zacząć robić. I jeszcze, bo bym zapomniała… te przyjemne instrumenty dęte, ach! Miód dla moich uszu i chyba nie tylko dla moich.

Podsumowanie

Płyta Przebudzenie Ingi Lewandowskiej może być dla jakiejś części ludzi trudna – może nie trafić w czyjeś gusta, może nie spodobać się linia melodyczna, może nie być przyzwyczajona do takiego głosu. Inni mogą ją pokochać od razu, wszystko może spotkać się wielkim uznaniem i entuzjazmem. Ale znajdzie się na pewno kolejna grupa, której może podobać się to, to i to – a nie podobać się to, to i to. Gdzie ja się znajduję? Raczej w tej trzeciej społeczności. Tak jak napisałam w przedostatnim akapicie – powinnam częściej słuchać jazzu i myślę, iż wielokrotnie powrócę do albumu Lewandowskiej. Bo jest do czego wracać! Kompozycje są obłędne, a nawet perfekcyjne. One uzależniają. Odnoszę jednak wrażenie, że niektóre utwory są przesadnie długie, można było również odjąć pewne partie wokaliz. Sam głos Ingi jest ciekawy, interesujący oraz zachęcający do posłuchania, do tego, co ma nam… nie do powiedzenia, a do wyśpiewania.

Polecam. Po prostu polecam sięgnąć po album Przebudzenie Ingi Lewandowskiej. Jest warto, a jeśli ktoś uważa inaczej – niech zagospodaruje sobie dużo czasu na to. Nie zawiedzie się. Wierzę też, że to dopiero początek i artystka zaskoczy nas wielokrotnie!