Ignu – odważna zabawa na dzikiej plaży!

Ignu
fot. oficjalny FB zespołu

Druga płyta, to zawsze wyzwanie dla zespołu. Jeśli pierwszy album nie przyjął się dobrze, istnieje duża szansa na niskie morale, co nie wpływa zbyt dobrze na swobodę twórczą. Z drugiej zaś strony, jeśli debiut okazuje się bardzo dobry, pojawia się presja, która również może blokować. Na tym etapie znalazł się zespół Ignu z drugim krążkiem, Auriga.

Jaki więc był album Lightingflash Flintspark? Co zrobiła warszawska ekipa przy tworzeniu materiału na drugą płytę? (spoiler alert!) Czy eklektyczne podejście sprawdza się na longplayach? Dlaczego, mimo że płyta pojawiła się w czerwcu, dopiero teraz o niej piszę? I jaką muzykę w ogóle serwuje nam zespół Ignu? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w dalszej części tekstu.

Grupa pochodzi z Warszawy, jak już wspomniałem wyżej, a powstała w 2015 roku. Nazwa została zainspirowana życiem bitników, których to uosobieniem jest właśnie Ignu. Fikcyjna postać wymyślona przez Allena Ginsberga rozdarta jest między dwiema osobowościami zarazem będąca jednością. Według słów zespołu: Budda i menel, święty i szaleniec, codziennie śpiący w innym łóżku, szukający zbawienia i oświecenia. Mamy więc chwytliwą i prostą nazwę, która jest łatwa do zapamiętania, nawet przez ignorantów. Do tego ciekawie zbudowana historia postaci, która twórczo oddziałuje na zespół.

Lightinflash Flintspark – start

Na Ignu trafiłem pierwszy raz przy okazji jednej z edycji Red Smoke Festival. Występowali wtedy na małej scenie rozpoczynając atrakcje ostatniego dnia imprezy. I pamiętam jak dziś osłupienie, w które mnie wprawili. Oczywiście przed festiwalem robiłem krótki wpis o kapelach występujących przed odpalaniem głównych koncertów, miałem więc styczność z próbką ich możliwości. Czymże jednak jest niewielka próbka w postaci jednego czy dwóch kawałków? No właśnie, nie zawsze dobrze obrazuje to, co zespół ma do powiedzenia na pełnym wydawnictwie. Choć przyznam, że już w momencie pisania tamtego materiału polubiłem ich muzykę.

Niby klasyczne rozwiązania instrumentalne, bez specjalnych fajerwerków, acz wokal już wtedy robił wrażenie. Dość wysoki i agresywny, jednak bez silenia się na metalowe krzyki, za to z dużym naciskiem na fajne melodie. Tylko te klasyczne rozwiązania w warstwie muzycznej, jak okazało się podczas odsłuchu Lightinflash Flintspark, nie są do końca takie oczywiste. Bo owszem, nawiązania do początków hard rocka są wyraźne. Inspiracje złotą erą muzyki jak zwykli mawiać niektórzy (lata 60. i 70. dla tych, co nie czają), również doskonale słychać. Ale ciekawe jest to, że ciężko nazwać Ignu kapelą retro.

Klasa, niczym Merceds!

Wiem, że to nie jest portal motoryzacyjny, ale tylko takie porównanie przychodzi mi do głowy. Mercedes na początku tej dekady (2010) wypuścił sportowy samochód. SLS AMG sprawił, że wszyscy petrolheadzi skierowali głowy na nowy produkt niemieckiego producenta. Stało się to dzięki połączeniu super nowoczesnej konstrukcji z bezpośrednimi nawiązaniami do innej legendy, Mercedesa 300SL Gulwing z lat pięćdziesiątych. Drzwi otwierające się jak skrzydła, w górę, z zawiasami w dachu. Klasyczna linia eleganckiego i sportowego zarazem nadwozia. Dwa miejsca w środku. Z tym, że było to piękne opakowanie dla współczesnej techniki, która sprawiała, iż mimo retro stylizacji auto prowadziło się jak inne, dzisiejsze supercary, a nawet lepiej.

Tak właśnie miałem z Ignu w momencie zapoznawania się z debiutem. Inspiracje dawnymi latami w muzyce, klimat utworów, budowanie napięcia czy oddawanie emocji świetnie zabudowane zostały przez obecne nowinki studyjne, które sprawiły, że płyta brzmi w dzisiejszy, okrągły sposób, a nawet lepiej niż sporo innej, nieraz dużo popularniejszej muzyki. Wystarczy posłuchać Checkered Room, czyli utwór otwierający całość. Już w pierwszych, dwóch minutach dzieje się tam naprawdę dużo fajnych rzeczy. Motoryczny, jednostajny bas rozpędza utwór i wraz z gitarami tworzą ciekawe, blues rockowe intro, które szybko eksploduje, uderzając stonerową mocą wygaszaną delikatnie w zwrotkach i stopniowo przywracaną w refrenach. Snow z kolei ciśnie energicznie od samego początku i prawdopodobnie jest najbardziej hardrockowym kawałkiem na tym krążku. Oczywiście nie został on pozbawiony pokręconych zmian tempa czy psychodelicznych smaczków.

Coraz lepiej!

I w ten sposób można rozpisywać się na temat każdego z siedmiu numerów na debiucie. Ale chyba nie tędy droga. Wierzcie lub nie, ale te piosenki są zaskakujące. Kipią dzikością, psychodelicznym polotem i konkretną dawką luzu. Co więcej, pojawia się nawet jeden utwór z tekstem w języku ojczystym, Kwiat Paproci. Najlepszym obrazem całości albumu niech będzie Endless Rift, który zamyka Lightinflash Flintspark. Rozkręca się niespiesznie, nie atakuje słuchacza, daje czas. Na zapoznanie się z nim, na wkręcenie się w klimat. W połowie zaczyna robić się głośniej i szybciej, by zaskoczyć miękko lądującym finałem. Piękna sprawa, a przypominam, że to pierwszy długograj Ignu. Lepszej wizytówki nie mogli sobie zrobić. Zgadza się tam wszystko. Brzmienie jest świetne, kompozycje są dopracowane, a album jest niezwykle równy i spójny.

Ale w karierze każdego zespołu, który działa dobrze i nie zamierza się zawieszać po roku czy dwóch, przychodzi moment, gdy materiał jest ograny na koncertach i próbach, a publiczność powoli daje do zrozumienia, że najwyższy czas na świeże mięsko. Lub po prostu ekipa jest bardzo twórcza i nie lubi stać w miejscu. Zaczynają więc ogarniać materiał na kolejną epkę, singla lub (najlepiej) na cały album. Jak podkreśliłem we wstępie, różnie to bywa. W przypadku Ignu pierwszy album okazał się sukcesem. Nie tylko w mojej opinii. Czy chłopaki poczuli presję pisząc nowe rzeczy? Trudno powiedzieć, nie kontaktowałem się, aby pytać o takie szczegóły, w końcu to ich prywatna sprawa. Jednak z każdym przesłuchaniem drugiej płyty warszawiaków, mam wrażenie, że słowa presja, ciśnienie, oczekiwania publiki i inne, podobne określenia dla nich nie istnieją.

Auriga – dobry plan

Dlaczego tak myślę? Otóż Auriga jest albumem zupełnie innym od poprzednika. Pierwszą rzeczą wpadającą w oko jest zupełnie inny charakter okładki. Nie jest już tak hippisowsko kolorowa, a bardziej stonowana. Ciemny granat z ładną grafiką góry na tle gwieździstego nieba. Ale niech Was nie zmyli kolorystyka, bo w muzyce prezentowanej na Auridze barw jest ogrom. Ta płyta jest wybitnym dowodem na bitnikowskie inspiracje zespołu, zwłaszcza na swobodę twórczą. Bo wydaje mi się, że przy tym wydawnictwie, Ignu zdecydowali się na maksymalne uwolnienie pomysłów, które siedziały im w głowach. Nie oglądając się na nikogo poszli do studia i nagrali płytę niezwykle eklektyczną, która aż kipi od ilości różnorakich wpływów muzycznych. I mimo zachowanej spójności, która przy pierwszym odbiorze może nie być zauważona, każdy z dziewięciu utworów jest inny. A żeby nagrać taki album, trzeba mieć odwagę i dużą dozę luzu.

Płytę Auriga rozpoczyna dźwięk didgeridoo i fletu. Kolejno dochodzą blachy oraz lajtowe gitary, a gdzieś w oddali czai się syntetyczna mgiełka. Świetne intro, które jest fragmentem utworu Czarnolas wzbogaca się o gardłowe chórki i wreszcie wjeżdża znany wokal, który melorecytuje pierwsze wersy piosenki. Bang! Pauza! Fenomenalne przejście na perkusji i jedziemy do przodu. Z taktu na takt otrzymujemy potężny ładunek energii przerywany psychodelicznymi bridge’ami stworzonymi nie tylko z ciekawych, solowych partii gitar, które towarzyszą nam na całości, ale również z instrumentów, których raczej nie spodziewalibyśmy się na rockowym albumie.

Szaleństwo

I tu pojawia się kolejna różnica, mianowicie środki wyrazu użyte w tym materiale. Klasyczny kwartet składający się z wokalisty, gitarzysty, bassmana i bębniarza został zachowany, jednak czy to zerkając na listę gości, czy najzwyczajniej w świecie słuchając tych utworów, dostajemy kilka wzbogacających elementów, o których wspomnę dalej. Więcej jest również tekstów w ojczystym języku, więcej jest chórków. Chyba jest tu więcej Ignu. Zarówno Ignu jako zespołu, jak i Ignu w znaczeniu wykreowanej prawie 70 lat temu postaci.

Szalona kanonada zaczynająca się w otwieraczu kontynuowana jest na kolejnych ścieżkach. I może Mystery Man nie ma aż tak wielu pomysłowych sztuczek, to wciąż kipi. Myślę, że jest to jeden z tych momentów na Auriga, które nawiązują do debiutu. Ale już choćby z Bongo-Doggo wylewa się kompletny brak schematów i sztywnych ram gatunkowych. Bo mamy tutaj i blues/hard rock, który w jakiś sposób budzi we mnie skojarzenia z Taste, ale mamy również puzon, który brzmi jak wyjęty z jakiegoś knajpiano – jazzowego bandu. Tytułowy kawałek, to jawny pstryczek w nos. Bardzo spokojny, walczykowaty początek zostaje psychodelicznie rozszarpany w okolicach połowy. Do gitar dochodzi flet, piękny, kobiecy chórek, jakiś dęciak i rewelacyjne wolty.

Spokój

Ale jak ustaliliśmy, Ignu to dwie osobowości. Skoro mamy szaleństwo, powinniśmy mieć również spokój. Na jego brak również nie mogę narzekać. Choć nie jest to balladowe męczenie buły, tylko nieco mniej przesteru a więcej przestrzeni. Dobrze pokazuje to Lullaby For Travis. Łagodnie startujący utwór, w którym cudownie uzupełniają się dźwięki fletu z delikatnymi pasażami gitary. Night Of Summer Stars to także spokój, szczególnie w akustycznej, rozemocjonowanej wersji, którą usłyszą tylko cierpliwi, gdyż jest to tzw. hidden track, którego nie ma nawet na liście utworów. Tak, po wybrzmieniu ostatnich nut Ulysses słyszymy kilkuminutowy szum morza, po którym pojawia się niespodzianka. Najłagodniejszym jednak utworem jest Goldswan. Zagrany z gitarami akustycznymi, bardzo lekką perkusją i skrzypcami kawałek jest piękny, choć i w nim nie zabrakło tej magicznej, niecodziennej energii.

Odpowiadając więc na ostatnie pytanie, tak eklektyczne podejście do tworzenia rewelacyjnie sprawdza się na longplayach. Bo Auriga jest właśnie taka, eklektyczna, szalona i zaskakująca. Każdy z dziewięciu kawałków na płycie jest doskonałym oddaniem muzycznych inspiracji chłopaków. I nie chodzi o to, że w jednym kawałku będzie country, stoner i jazz. Ale to wszystko jest w albumie. A nawet dużo więcej. I zastanawiałem się dość długo, z jakimi zespołami można by porównać ich twórczość. W końcu dzieje się tam dość dużo. Są partie gitarowe, których nie powstydziłby się Derek Trucks, czy nawet Clapton. Ale nie brak tam również rozjammowanych tematów, które zbliżają się w stronę choćby Grateful Dead bądź The Allman Brothers Band. Z drugiej znów strony nie odcinają się od współczesnych kombinacji, od Graveyard czy The Answer zaczynając, na Queens Of The Stone Age czy The Entrance Band kończąc. Jednak jeśli miałbym ograniczyć się do jednej tylko grupy, to zdecydowanie przypominają mi oni Gov’t Mule. Bo podobnie jak starsi koledzy z USA, Ignu nie patrzy na obowiązujące mody, tylko robi swoje.

Podsumowanie

Mam nadzieję, że wyczerpująco odpowiedziałem na zadane we wstępie pytania. Czas na krótkie podsumowanie. Jest dobrze, zajebiście wręcz. Nie wiem jaka może być kolejna płyta i nawet nie chcę się domyślać. Auriga podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, ale Ignu to nie jest zespół, który boi się wyzwań.

Maciek Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o