Relacja Red Smoke Festival 2017

Relacja Red Smoke Festival 2017

Red Smoke Festival

Siema! Nie było mnie tu przez chwilę i mam nadzieję, że stęskniliście się za Stonowaną stroną KM. Wiecie, wakacje, wyjazdy i te sprawy. Ale czas wrócić i opowiedzieć Wam o tym, jak ten czas sobie rozpocząłem. Otóż drugi raz wylądowałem na Red Smoke Festival. I jeśli ktoś również uczestniczył w tej imprezie, to pewnie uśmiechnie się pod nosem. Tak, Pleszew staje się, hmm, być może już nawet jest, stonerową stolicą Polski. W dniach 14-16 lipca do pleszewskiego amfiteatru zjechała światowa śmietanka zadymionego grania. I były to trzy doskonale spędzone dni.

Jak wspomniałem, był to mój drugi pobyt na RSF i mam nadzieję, że nie ostatni. W zeszłym roku było wspaniale, ale ta edycja zmiażdżyła mi mózg. Aż boję się pomyśleć co ekipa organizatorów wykombinuje w 2018. Widać, że stać ich na bardzo wiele dobrego. Więc tym bardziej nie mogę się doczekać!

Po przydługim wstępie przystępuję do krótkiego i węzłowatego sprawozdania z festiwalu, który zaczął się już właściwie w drodze z Beskidów. Pamiętajcie, że jak zawsze jest to moja subiektywna opinia i wcale nie musicie się z nią zgadzać. Droga do Pleszewa upłynęła na muzycznej rozgrzewce z głośników samochodu i kupie śmiechu. Było fajnie

Dzień pierwszy

Po dojechaniu na miejsce i rozbiciu obozu nadszedł czas na relaks i odpoczynek po podróży i zarazem przygotowanie się na to, co niebawem miało nadejść. I nie trzeba było czekać długo, bo niemal punktualnie na scenie stanęli pleszewscy indianie z Red Scalp, którzy tradycyjnie otwarli festiwal. I standardowo dla nich zagrali doskonały secik, czym doskonale rozgrzali publikę. Chłopaki z Red Scalp poszerzyli skład o saksofonistę, bębniarza i wokalistę w jednym oraz dorzucili kilka elektronicznych gadżetów. Zagrali materiał z nadchodzącej płyty i coś mi się wydaje, że będzie to jeden z najlepszych albumów tego roku. Oczywiście nie zabrakło Jędrka w pióropuszu odśpiewującego wspólnie ze zgromadzonymi „Tatankę”. Pierwszy koncert, momentalny cios.

Kolejnym zespołem było moskiewskie trio Re-Stoned. Od dłuższego czasu jestem fanem ich twórczości, a ten koncert spowodował, że oczy wyleciały mi z orbit. Doskonałe, klimatyczne granie. Pełne energii oraz polotu. Nie będę zanudzał szczegółami. Zaznaczę, że ich występ zaliczam do pierwszej piątki spośród wszystkich. Kosmos!

“Nic się nie stalo”

I nagle… stała się ciemność. Ale czym dla organizatorów jest chwilowy brak prądu (ok, byli zestresowani)? Niczym! Minęło kilka dłuższych minut, i stało się światło. I w tym świetle przed nami stanął izraelski twór zwany Ouzo Bazooka. Słuchając ich nagrań studyjnych zastanawiałem się jak wpasują się ze swoim rock’n’rollem podszytym nieco cięższymi brzmieniami w konwencję RSF. Teraz zastanawiam się, po co nad tym myślałem. Świetny koncert, bardzo zaskakujący. W sumie to trudno mi to przyporządkować jakiejkolwiek szufladce. Trochę gitar, trochę klawiszy, mnóstwo lekkości i improwizacji. Orientalne motywy i fajne wokale. Szkoda, że nie było czasu na dłuższego seta.

Przedostatnim zespołem był amerykański Sasquatch. I tak jak się spodziewałem, zagrali po amerykańsku. Głośno, ostro, szybko i ciężko. Typowy stonerowy rozpierdziel. Gęba sama się cieszyła. W roli piątkowego headlinera wystąpił Kadavar. Niemieccy siewcy retro rocka również zrobili muzyczną zadymę, ale w nieco innym stylu. Planowana projekcja koncertu Pink Floyd nie odbyła się z przyczyn technicznych. Jednak spragnieni dalszej zabawy mogli udać się do tipi znajdującego się na polu namiotowym, gdzie imprezę do białego rana kręcił Dj Heszu.

Dzień drugi

W przeciwieństwie do zeszłego roku i nauczony doświadczeniem, że ciepłe ubranie to podstawa, obudziłem się rześki i prawie wyspany. Kac na tej imprezie nie dotyczy nikogo z oczywistych względów, o których pisać nie trzeba (nie powinno się). Dzień powitał obozowiczów słonecznie, więc od samego rana czuć było dobry nastrój i wszędzie było pełno uśmiechniętych twarzy. Doskonała rzecz. Miałem nawet chwilę na zwiedzanie miasteczka. Jest ładne. Ale, ale nie nie jesteśmy tu by podziwiać ryneczek.

Dzień numer dwa rozpoczął się występami na małej scenie, w pobliżu wejścia głównego na teren imprezy. Dwie godzinki, dwa zespoły. Bantha Rider oraz Andromeda Space Ritual. Ledwo człowiek oczy otworzy i zdąży się obudzić a tu z miejsca dostaje porcję konkretnych spejsowych dźwięków. Serce rośnie jak słychać tak dobre rzeczy na polskiej scenie. Drodzy Panowie, kłaniam się, posłuchać Was było niezwykle przyjemnie. Po małej scenie chwila przerwy na obiad, piwko i ploteczki.

Konkretny młyn na początek

Duża scena została otwarta przez polskich mistrzów rozpierdolu, zespół Mentor. Miałem okazję widzieć ich wcześniej, o czym pisałem. Nie będę lizać dupy i powtarzać kolejny raz, że są świetni. Fajnie wkomponowali się w klimat, ale chyba mieli trochę za jasno, jak na taką muzykę. Drugi dzień, niestety, nie obył się bez problemów. Tym razem nie dojechał zespół Bone Man. Samochody lubią się psuć w nieodpowiednich chwilach. Trudno, nie zaburzyło to porządku reszty dnia i na scenie stawili się amerykańcy z King Buffalo. Dla mnie pierwsza piątka. Doskonały koncert, doskonała muzyka. Czego chcieć więcej? Może dziewczyn na scenie? Proszę bardzo, Maida Vale. Żeński kolektyw ze Szwecji pokazał, że kobiety też umieją w stonery, retro itp. W mojej opinii, największe zaskoczenie całej imprezy.

Mammoth Weed Wizard Bastard z Wielkiej Brytanii zmietli całe dotychczasowe towarzystwo pod dywan. Miażdżąco ciężka muzyka, która rozpruwając bębenki w uszach wprawiała głowę w ruch. Włoska Giobia również dała popalić. Dziwne, psychodeliczne i ujmujące. Swoją drogą to jak na jeden dzień całkiem sporo pań pojawiło się na scenie. Główna scena w dniu dwa zamknięta została przez Elder. I nie będę ściemniał, czekałem na ten koncert, śliniłem się jak małe dziecko i byłem zachwycony. Co z tego, że wokal trochę za głośno. I tak dla mnie to najlepszy koncert całego festiwalu. Udając się w stronę namiotu zahaczyłem o tipi wiedziony ciekawością hasła „Secret Gig”. I nagle znalazłem się w innej krainie otoczony dźwiękami dzwonków, gongów, klimatycznych synthów i magicznej aury stworzonej przez duet Gnoza. Ponad godzinny występ spowodował, że przeniosłem się w gwiazdy. Coś wspaniałego. Tym skończyłem swój dzień, nie chciałem niszczyć prawie medytacyjnego klimatu kolejnym dj setem.

Dzień trzeci

Nie lubię ostatniego dnia RSF. Wiem, że to już ostatni. Więc zamiast iść zwiedzać zasiadłem na pomoście przy jeziorku znajdującym się rzut beretem od pola namiotowego i dałem sobie kilka chwil na kontemplację piękna otaczającej mnie przyrody i wspaniałości klimatu tego miejsca. Ale czas na podsumowania i wspominki nadejdzie za kilka chwil. Zacznijmy od oczywistych pokłonów i oklasków należących się kolejnej parze polskich, młodych zespołów rozgrzewających ludzi przy małej scenie. Tortuga i Ignu, wielkie brawa. Nie lubię faworyzowania, ale mimo że Tortuga zagrała świetny set, to Ignu rozłożył mnie na łopatki i nie pozwolił wstać podczas całego występu. Seeeriooo, było zajebiście.

I tak trzymać

Finałowy dzień upłynął bez technicznych i niefajnych niespodzianek. Co prawda zmieniła się kolejność zespołów, ale czy to ważne? Dla mnie absolutnie bez znaczenia. Pierwszym zespołem, który stanął na scenie był niemiecki Stonehenge. I spasowali na to miejsce idealnie z ich hammondowym retro graniem. Nie ma to jak pozytywna energia płynąca z klawiszy. Operators, również z Niemiec, również polecieli retro. Tylko troszkę ciężej. Bardzo sympatycznie. Trzeci w kolejności zespół zabrał słuchaczy swoim doomowo spejsowym statkiem kosmicznym w zupełnie inne rejony zadymionej krainy dźwięków.

Drugą połowę stawki otwarła grupa Child, która delikatnie zawróciła na nieco spokojniejsze tory i swoim klimatycznym retro stonerem, sprowadzała noc. I tak zbliżaliśmy się do finału. Jeszcze tylko dwa zespoły. Egypt, grający jako przedostatni zespół zagrał tak wspaniały koncert, że niemal posikałem się z wrażenia. Nie ukrywam, że na nich również czekałem i jarałem się jak joint na myśl, że zobaczę ich na żywo. Moje oczekiwania zostały spełnione. Soczyste, klimatyczne i doskonałe granie. Genialny koncert, ciarki na plecach. Zamknięciem imprezy zajął się legendarny band Acid King. I zagrali fajną sztukę, ale moje myśli dalej krążyły wokół występu Egypt. Co Pan zrobisz? No nic.

Podsumowanie

Tak to jest, jak za zrobienie imprezy dla fanów zabierają się przede wszystkim fani, a potem dopiero biznesmeni. Genialny event. Wspaniały klimat, piękni ludzie, dobra pogoda. Ciekawe, że festiwal z takimi zespołami przewidziany jest na tak niewiele osób. Myślę, że każdy uczestnik może czuć się zaszczycony, że brał w tym udział. Wielu nie miało takiego szczęścia, bilety i karnety rozeszły się w tempie ekspresowym. I wcale się nie dziwię.

O czym jeszcze warto wspomnieć? Gastro, dla każdego coś miłego. Wege stoisko, burgery Pod Nosem, każdy miał nazwę zespołu, od raz lepiej wchodziły, do tego jeszcze grill. Piwo, Dr Brew w kilku odmianach. Spróbowałem wszystkich. Po kilka razy, żeby pamiętać, że dobre. Zimna yerba w różnych smakach. Dodatkowe atrakcje? Stoisko z efektami gitarowymi. Ale oprócz muzyki, klimat stworzyli ludzie. Bo co zrobili jak brakło prądu? Wywoływali go brawami, a nie buczeniem. Pewnie jacyś malkontenci się trafili. Na szczęście ja nie miałem z nimi styczności. Kurde, niech rok już zleci. Czerwony dymie otoczony zielonymi chmurami i fuzzem, PRZYBYWAJ!!!

Maciej Juraszek