Doom metal od czarowników z Północy! Mag

mag
fot. Muzykografika/oficjalny FB zespołu

Magia to potęga! Tak przedstawia się ekipa, której album całkiem niedawno wpadł mi w łapy. Pojawia się więc pytanie, czy to prawda? Wystarczy kilka zaklęć i ruchów różdżką, by oczarować słuchacza? I jak potężne jest brzmienie czarodziejskiego doom metalu? Zapraszam na krótką wyprawę z zespołem Mag.

I to jest opis w socjalach kapel, który szanuję. Gdybym trafił na ten skład przypadkowo i przeczytał takie bio, to zdecydowanie zacząłbym kopać głębiej. Oczywiście byłoby mi niezmiernie przykro, gdyby okazało się, że ich muzyka to wysryw pozbawiony jakiejkolwiek wartości, pewnie nie czytalibyście teraz tego tekstu. Jednak album Mag nie znalazł się w moim odtwarzaczu przypadkowo. Otóż jest to drugie wydawnictwo dobrze zapowiadającego się labelu z Torunia – Piranha Music. I przyznam od razu, że Patryk, który kieruje tym przedsięwzięciem, ma pod swoimi skrzydłami bardzo ciekawe projekty. Pierwszym z nich jest Diuna, o której już mogliście u mnie przeczytać. Co będzie następne? Czas pokaże, w tej chwili skupmy się na Magu.

A może lepiej powiedzieć na Magach. Wszakże jest to pełnowymiarowy zespół składający się z pięciu osób. Pochodzą najprawdopodobniej z Torunia i w sumie to tyle o nich, bo zarówno w social mediach, jak i w książeczce, bądź co bądź całkiem ładnej, nie ma ani jednej wzmianki o tym, kim są członkowie Mag. Z pewnych źródeł doszło do mnie, że basista oraz śpiewak są również członkami Diuny. Jeśli chodzi o tego drugiego, to potwierdzam. Wokal Konstantego jest bardzo charakterystyczny i wkleja się fenomenalnie w muzykę grupy, która jest zgoła odmienna od tego, co prezentuje Diuna. I to tyle z porównań tych dwóch toruńskich ansambli. Bo w sumie oprócz członków, labelu oraz pociągu do przesterowanych gitar, podobieństwa się raczej kończą.

Mag jaki jest, każdy widzi!

Mag jest ciężki, powolny i zadymiony. I właśnie przed oczami pojawiła się potężna postać starego, brodatego typa odzianego w znoszony prochowiec z butelką zielonego płynu w ręce i ogromną fajką między żółtymi zębami. Niespiesznie brnie do przodu, wspierając się na drewnianej lasce, która wydaje się świecić. Czasem przystanie na moment, zerknie przez ramię, wypuści kółko gęstego dymu. Czasem przyspieszy kroku, wzniecając za sobą tuman nieistniejącego kurzu i nie zważając na nic delikatnie wzniesie się w powietrze. Z prawej kieszeni jego płaszcza wystaje łeb zębatego żółwia, którego oczy są czerwone jak krew oraz miniaturowa, stalowa skrzynka. Lewą wypełnia susz wymieszanych ze sobą ziół, którymi napełnia swoją fajkę. Wewnętrzna kieszeń owiana jest tajemnicą, jednak wyraźnie zarysowany prostokąt sugeruje kajecik lub niewielką książkę.

mag
fot. Bartosz Filipczyk/oficjalny FB zespołu

Patrząc na jego twarz, lepiej nie wiedzieć, co faktycznie tam schował. Wystarczy, że jego świdrujące spojrzenie, które niezbyt często wychyla się spod czarnego kapelusza, przeszywa na wylot, każdego. Do tego broda, która ma bliżej nieokreśloną barwę wydaje się być zapuszczoną, jednak gdy przyglądasz się z bliska, widzisz perfekcyjnie zadbany zarost, który pachnie jego zielem. Podczas pierwszego spotkania drżysz z przerażenia, nie wiedząc co może się wydarzyć w towarzystwie tajemniczego, nieobliczalnego i spektakularnego jegomościa. Rozmowa z nim jest trudna, bo mówi raczej niewiele, lecz z jego ust płynie mądrość. Jeśli jednak spędzisz z nim więcej czasu, okaże się, że nie jego powinieneś się bać, a rzeczywistości, która Was otacza. I w pewnym momencie okazuje się, że zamiast słuchać, oglądasz. Maga, Magów, Magię. Twoje oczy są zamknięte, ciało sparaliżowane, dłonie się pocą. Ale sprawia Ci to niezwykłą przyjemność. Rzeczywistość znika spowita gęstą mgłą z fajki, a uszy delikatnie masują dźwięki muzyki.

Tylko trzeba dobrze się wsłuchać!

Właściwie, to powyższy opis niemal wyczerpuje, mocno metaforycznie co prawda, zawartość krążka. To jest naprawdę zajebista płyta. Toruńska ekipa postarała się, by dość klasyczną formę doom metalu ubarwić. Oczywiście pierwszy plan to nisko strojone gitary i niezbyt szybka sekcja rytmiczna. Gdzieś w oddali pojawia się wokal, który choć nieco cofnięty w miksie, jest czytelny i jak wspomniałem wcześniej, pasuje tutaj bezbłędnie. Kurwa, ten typ śpiewa naprawdę niesamowicie. I to jest jeden z tych elementów, które dodają kolorów. Kostek śpiewa, a raczej śpiewa i drze mordę jak furiat. Raz masz wrażenie, że totalnie kładzie lachę na to co dzieje się wokół. Śpiewa z przyjemną manierą wskazującą, że nie ma co się spinać. Szybko potrafi przeobrazić to w bardzo sugestywny krzyk, by ostatecznie sprawić, że włos na karku zjeży Ci się z przerażenia. Wtedy z jego gardła wydobywa się prawdziwa bestia pogrążona w szaleńczym obłąkaniu. Ale niesłychana ekspresja nie jest tu na tylko na pokaz. Jego styl po mistrzowsku koresponduje z tekstami.

I to jest następny klocek sprawiający, że Mag jest płytą, która zagościła w moim odtwarzaczu dłużej. Przede wszystkim są w języku polskim co bardzo mi odpowiada. Przyznaję, nie znam twórczości Lovecrafta a wiem, że ta płyta, a na pewno część materiału jest inspirowana właśnie tym legendarnym fantastykiem. Na szczęście niespecjalnie przeszkadza mi to w odbiorze, a można wręcz powiedzieć, że zachęca mnie do sięgnięcia po lekturę. Wydaje mi się jednak, że nie samym Lovecraftem ta płyta jest usiana. Bo choćby Kambion bezpośrednio nawiązuje do średniowiecznych wierzeń i w przepiękny sposób opisuje zrodzenie Kambiona właśnie. Czarci Chwost opowiada o sabacie czarownic? A Samotnik z Providence, to oczywiste nawiązanie do wspomnianego już Lovecrafta. Polecam jednak nie sugerować się moimi interpretacjami, posłuchajcie, przemyślcie i sami wyciągnijcie wnioski.

Nie tylko klasyka doom metalu tu siedzi!

Jednak najważniejszą rzeczą jest tu muzyka. Niby klasycznie zagrany doom, mocno nawiązujący do dokonań Candlemass czy Saint Vitus, po bliższym zapoznaniu jest jakby jeszcze cięższy i taki bardziej doom. Z gitar lecą tony gruzu, a perkusja potrafi przypierdolić naprawdę solidnie. Tylko że przelatuje tu trochę psychodelicznych, lżejszych rzeczy, które pojawiają się choćby w Samotniku… czy Dobieram następną z talii zaklęć. W Kambion i to dość wcześnie znalazłem nawet elementy trash metalu, co wprawiło mnie w niemałe osłupienie. Bo o ile w takiej muzyce dawka psychodelii nie jest niczym niezwykłym, o tyle z trashu korzysta się raczej marginalnie. I za to chwała. Niby niedużo tych smaczków, a udowadniają one, że sprawdzone patenty zawsze można nieco zmodyfikować. Dzięki temu, bardziej niż klasykę gatunku, Mag przypomina mi kapele z nieco krótszym stażem – AHAB, Minsk czy Reverend Bizarre. Niemały wpływ na odbiór ma również świetna produkcja Jacka Stasiaka, który macał paluchy między innymi przy kreowaniu brzmienia Diuny.

Podsumowanie

Magia to potęga! To prawda! Czarodziejski doom w wykonaniu zespołu Mag brzmi potężnie i tajemniczo. Czasem złowieszczo, czasem przyjaźnie, ale zawsze jest grubo. I niby na pierwszy rzut ucha album skierowany jest raczej dla fanów gatunku, to i tak myślę, że miłośnicy dobrego riffu i specyficznych tekstów docenią Maga. Ja czekam na nowe wydawnictwo już teraz!

Maciek Juraszek