O ciemiężeniu młodzieży polskiej, czyli lektury szkolne na nowy rok

lektury szkolne

Mało co w życiu tak dręczy umysł młodego człowieka, jak świadomość, że już zaraz trzeba będzie pozbierać flamastry, spakować tornister i odejść w stronę wschodzącego co tylko nad szkolnym budynkiem słońca. Aby przypomnieć sobie smak tego przykrego (lub niekoniecznie) doznania, wygi równie stare co autorka poniższego wpisu, postanawiają sprawdzić, jak się prezentują lektury szkolne na przyszły rok.

A prezentują się jak zwykle, czyli bez większego sensu, szału i zaskoczeń. Lista lektur od kilkunastu lat pozostaje w zasadzie taka sama, a zmian związanych z reformą edukacji można się spodziewać dopiero w przyszłym roku. Nie nastawiajmy się jednak od razu tak wrogo do poobgryzanych tomiszczy. Wszak i w wyświechtanym i na dziesiątą stronę wywróconym kanonie szkolnym można znaleźć jeszcze coś dobrego. To jak te lektury szkolne się mają?

Lektury szkolne w podstawówce

Szczerze powiedziawszy, o ile widok listy lektur dla szkoły średniej przyprawia mnie o lekkie dreszcze, o tyle książki dla szkoły podstawowej są jak miód na serce. To opinia oczywiście absolutnie niemiarodajna, zważywszy na perspektywę, z której ją wygłaszam, a jednak swoim zdziecinniałym okiem patrzę i chcąc nie chcąc się uśmiecham. No bo jak tu nie kochać Karolci, małych mieszkańców Bullerbyn czy psa-fanatyka kolei? Aż ma się ochotę sięgnąć po wiersze Brzechwy czy jasną stronę twórczości Tuwimowskiej i zapomnieć jaki ten świat zły. Zwłaszcza, że dla starszych klas zaproponowano również HobbitaOpowieści z Narni oraz komiksy o Kajko i Kokoszu Janusza Christy jako pozycje obowiązkowe.

Licealne lektury

Cierniowa droga literacka młodzieży licealnej od lat prowadzi tym samym szlakiem. Najpierw wymęczą BiblięAntygonę, potem Bogurodzicę, a następnie Kochanowskiego. Dorzucą im jeszcze Sępa Szarzyńskiego, tak żeby młode pokolenie raz na zawsze nabrało do czytania wstrętu i żeby miał nam kto dumnie te biedne wyniki czytelnictwa zaniżać z każdym rokiem coraz bardziej.

Mówię to ja, absolwentka najbardziej szanowanej polonistyki w tym kraju, która przez klasykę przebrnęła z bijącym sercem. Ale ja też kiedyś chodziłam do liceum (naprawdę!). Strasznie mi przykro, że przez tysiąc godzin katuje się młode głowy Mickiewiczem i Norwidem, z którego nic nie rozumieją, podczas gdy dzieła literatury współczesnej, które po pierwsze o niebo łatwiej przyswajalne, po drugie przystępniejsze, traktuje się po macoszemu. Upchnięte pod sam koniec roku szkolnego, z reguły nawet nie bywają wspomniane, kiedy trzeba przygotowywać się do matury i po raz setny powtórzyć Kordiana.

Kto wielkim poetą był?

Literatura naszego wieku ma do zaoferowania mnóstwo wartościowych pozycji, które mogłyby zaowocować miłością do literatury większą niż obecnie panujący wstręt. Bo przecież czytanie książek nie boli! Ani wieszczom, ani uczniom nic dobrego nie przyniesie interpretowanie po raz setny tych samych wzniosłych, patriotycznych uczuć tęsknoty za ojczyzną.

Co jednak pewne i co podkreślić warto – Sienkiewicza, Schulza czy Gombrowicza docenia się dopiero po latach. Kiedy się nie czyta kleconych naprędce streszczeń podejrzanego pochodzenia, ale docenia tekst sam w sobie. Kiedy się nie martwi o to, że zapytają kogo oblazły mrówki czy kogo wywieźli na gnój. Kiedy się czyta, bo się lubi i chce – to właśnie jest miłość do literatury, którą jednak trzeba najpierw zaszczepić.


Krótka historia o tym, jak pan prezydent “Przedwiośnie” chciał napisać po naszemu

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o