O starym World of Warcraft słów kilka, część I

Jako typowemu fanboy’owi World of Warcraft można mi zarzucić, że zbytnio wychwalam te grę. Ale mimo wszystko bardzo często zgadzam się z jednym z najczęstszych typów “hejterów” Wow’a, którzy twierdzą że kilkanaście lat temu kiedy gra jeszcze stawiała pierwsze kroki, a dodatek The Burning Crusade dopiero stawał na nogi, gra emanowała niesamowitym klimatem, który teraz Blizzardowcom bardzo ciężko odtworzyć. Postanowiłem zatem odświeżyć trochę pamięć, aby opowiedzieć wam historię, bądź co bądź mojego dzieciństwa.

I nie zrozumcie mnie źle. Pomimo tego że trochę tęsknię za starymi czasami, nie sprawiło to że obecny dodatek, Battle for Azeroth  jest dla mnie odpychający. Wręcz przeciwnie, wbrew temu co sądzi wiele osób o obecnym stanie World of Warcraft, ja bawię się świetnie i raczej w najbliższej przyszłości nie zamierzam z tej przyjemności rezygnować.

Jednak wielkimi krokami zbliża się do nas nowy projekt Blizzarda, jakim jest World of Warcraft: Classic. W wielkim skrócie są to plany wskrzeszenia pierwotnej, bezdodatkowej wersji gry, zwanej inaczej Vanilla. W związku z tym wydarzeniem, coraz częściej nachodzi mnie nostalgia, kiedy przypominam sobie swoje początki, zastanawiając się czy Classic  spełni oczekiwania napalonych weteranów, czy może przypomni im że nie zawsze było dość kolorowo. No ale, dość przewidywań, zaparzcie sobie herbatę, kawę, albo inny wasz ulubiony napój i udajcie się razem ze mną w tę podróż.

Początki wspaniałej historii

World of Warcraft poznałem w okolicach 12 roku życia, czyli jeżeli moje umiejętności matematyczne mnie mnie zwodzą, w roku 2008. Prowodyrem mojej przygody był mój kuzyn, który “wyciągnął” mnie z Metina 2. I w sumie do tej pory mu za to dziękuje, bo dzięki temu poznałem różnice między grą  mmorpg, a MMORPG.

Moje początki już bezpośrednio w grze zaczęły się na prywatnym polskim serwerze z dodatkiem The Burning Crusade, który zwał się Andeeria. Były to czasy, gdy Blizzard przymykał oko na istnienie takich “darmowych reklam”, czego wynikiem było to, że prawie 90% polskich graczy stawiało pierwsze kroki właśnie na tzw. “prywatach”. Jednak w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia, bo jakiekolwiek bugi występujące na serwerach prywatnych nie dały rady zabić przyjemności jaka płynęła z gry.

Pomijając postacie które stworzyłem w ramach testu, w ostateczności moją postacią został Rogue , czyli łotrzyk. Byłem później rozpoznawany wśród community serwera, z racji że jako jeden z nielicznych wybrałem jako swoją rasę orka. Mimo że umiejętności orka dawały mu dobra pozycje wśród innych “rogali” (pozwólcie że tym polskim slangowcem będę określał odtąd klasę łotrzyka) to kanonicznie nie wpasowywał się w cicho stąpającego skrytobójce. No ale wtedy nie było to dla mnie problemem, więc wyciągnąłem z pochwy mój szytylet i ruszyłem na podbój Azeroth.

World of Warcraft
Grafika koncepcyjna prezentująca Łotrzyka, moją ukochaną klasę. ( Wowhead.com)

Nie wszystko kiedyś było tak proste i oczywiste

Czekaj, czekaj? Sztylet? Jeden? Jako rogal? Ano jak najbardziej. Nowych graczy Wow’a może to trochę zaskoczyć, ale tak właśnie zaczynała ta klasa postaci która przecież charakteryzowała się posiadaniem dwóch broni. Takie utrudnienie na starcie nie było tylko bolączką tej klasy. Dla przykładu, Hunter, czyli łowca, startował bez swojego zwierzaka, którego uczył się przywoływać dopiero na 10 lvlu, za pomocą bardzo długiego zadania. Warrior z kolei uczył się (znowu serią zadań) korzystać z bojowych pozycji, czy to bitewnej, obronnej, czy berserkera.  Takich przykładów można wymieniać jeszcze wiele. W skrajnych przypadkach prowadziło to nawet do sytuacji, że niektóre specjalizacje były niegrywalne do pewnego poziomu, ze względu na brak jakiegoś skilla czy talentu. Dobrym przykładem jest tutaj chociażby Elemental Shaman, który bez umiejętności Water Shield, zdobywanej wtedy na 61 (albo 62?) poziomie z 70-ciu, pojęcie many znał tylko w teorii…

Zadania dla zaawansowanych

Kolejną bolączką początku gry, który na szczęście szybko rozwiązałem było questowanie. Otóż jako 12 latek, nie miałem jeszcze aż tak dużego pojęcia o języku angielskim, żeby być w stanie rozumieć treści poszczególnych questów. Może was to zdziwić, ale obecny quest log, oraz quest helper zaznaczający miejsca wykonania zadań, oraz dodający stosowną informacje po zaznaczeniu przeciwnika, został wprowadzony dopiero w dodatku Wrath of the Lich King. Tak więc biedny nowy ja, zrobił to, co zrobić mógł. Zamiast questować, tłukł przeciwników do oporu, zbierając cenne punkty doświadczenia. Zapewniam was, że nie było to ani szybkie, ani pasjonujące zajęcie.

World of Warcraft
Addony potrafiły ( I potafią nadal) kompletnie odmienić interface gry. (Malavida.com)

Tutaj znowu z pomocą przyszedł mi mój kuzyn, podrzucając mi płytkę CD (ekskjuzmi?) z Addonami. Addony, czyli jak sama nazwa mówi- dodatkowa treść, to tworzone przez graczy “mody”, nieingerujące bezpośrednio w grę, a jedynie w jej interface. Od możliwości wygodniejszego rozłożenia sobie całego interface, aż do licznika czasu umiejętności powtarzanych przez bossów, addony po prostu klarowały rozrywkę i czyniły ją bardziej przejrzystą. Jak się pewnie domyślacie znalazł się tam też taki, który podawał nam więcej informacji na temat questów. Zaznaczał miejsca na mapie, przeciwników, albo przedmioty których musieliśmy użyć. Tak wyekwipowany mogłem w końcu rozpocząć prawdziwą grę.

Niby idziesz po szkle, ale jakoś tak nawet przyjemnie…

Rozwiązanie problemów, które pojawiły się w poprzednim rozdziale wcale jednak nie sprawiło że gra stała się łatwiejsza. Za czasów podstawki, oraz pierwszych trzech dwóch dodatków, levelowanie postaci nie było tak szybkie i nudne jak teraz. Przeciwnicy odznaczali się znacznie większą wytrzymałością, zadawanymi obrażeniami, mi w bezstresowym przedzieraniu się przez masę mięsa przeszkadzały chociażby takie statystyki jak hit rating, który zwiększał szanse na trafienie przeciwnika, brak umiejętności obszarowych i w końcu umiejętności posługiwania się danymi typami broni. Otóż za dawnych czasów, gdy jako rogal posługiwałeś się dwoma mieczami, znalezienie broni obuchowej która była lepsza nie zawsze oznaczało natychmiastowy upgrade. Jeżeli miałem pecha i moja rasa nie potrafiła z domysłu posługiwać się na przykład bronią obuchową, musiałem odnaleźć trenera w jednym z kilku miast twojej frakcji, który mnie tego nauczy. A potem, musiałem nadrobić punkty posługiwania się daną bronią, bo bez tego obrażenia robione wykałaczką nagle stawały się zastanawiająco wysokie.

Rogalik z ostrym nadzieniem…

Granie rogalem miało wtedy swoje plusy i minusy. Jako urodzony zabójca, byłem w stanie bez problemu przedrzeć się do obozu wroga, po czym ogłuszyć najbliższych przeciwników nie wszczynając masowego ataku, zlikwidować potrzebną jednostkę i zabrać jej głowę, potrzebną do wykonania zadania. Jednak nawet bycie mistrzem w dziedzinie podchodów nie sprawiało że było się kompletnie niewidzialnym. Wystarczyło przejść  zbyt blisko przeciwnika, by ten po prostu mnie zobaczył. Co więcej, nawet pojedynczy przeciwnik stanowił wyzwanie, bo w wielu przypadkach, na granicy śmierci był w stanie… zwiać. Jeżeli się go nie dogoniło, zastrzeliło z dystansu, czy ogłuszyło pod koniec życia, to mógł on uciec do stojących w pobliżu przeciwników i zwrócić na ciebie ich uwagę. Dopóki mój orczy zabójca nie nauczył się znikania w chmurze dymu, takie akcje, zdarzające się dość często kończyły się z reguły potrzebą szukania własnego ciała, które legło gdzieś w środku tego piekła.

Rzemiosło kluczem do przetrwania

Trudności kumulujące się podczas wbijania maksymalnego poziomu sprawiały, że trzeba było wtedy korzystać z każdego możliwego zasobu aby ułatwić sobie życie. Dzisiaj mało kto zajmuje się profesjami w trakcie levelowania, jednak wtedy, możliwość wytwarzania własnego jedzenia, mikstur, granatów, czy chociażby ekwipunku i broni była na wagę złota. Jako alchemik, niejednokrotnie przeżyłem starcie z silniejszym od siebie przeciwnikiem, ratując się w ostatniej chwili łykniętą miksturką na życie, albo wzmocnieniem statystyk. Grając innymi postaciami, już w późniejszym okresie, zobaczyłem jak bardzo jestem w stanie usprawnić swoją przygodę, szyjąc sobie własnoręcznie pelerynkę wzmacniającą moje uderzenia krytyczne, czy wykuwając sobie nową broń.

Fishing, jedna z profesji pobocznych pozwalała nam złowić rybki, co w połączeniu z umiejętnością pichcenia różnorodnych posiłków, mogło dawać nam niesamowite plusy w trakcie podróży przez Azeroth, a to nie jest jedyna z interesujących kombinacji…

Z ekipą zawsze raźniej?

Osobny akapit należy też poświęcić na odwiedziny w lochach. W trakcie The Burning Crusade było to spore przedsięwzięcie, które nie zawsze kończyło się sukcesem. World of Warcraft nie posiadał wtedy Group Findera, więc każda wyprawa do lochów rozpoczynała się od ręcznego znalezienia drużyny, chociażby łażąc po wsiach i szukając graczy. Potem obowiązkowe było odbycie podróży (nierzadko wspólnej) do miejsca w którym możemy wejść do danego lochu. Dzisiaj cały proces jest tak zautomatyzowany, że prawdopodobnie każdy ze stażem w grze nie większym jak 5-6 lat, nie byłby w stanie wskazać na mapie portalu prowadzącego do danego lochu.

Same lochy też były wtedy znacznie trudniejsze. Jeden z najczęściej uczęszczanych lochów o wdzięcznym skrócie WC (Wailling Caverns), był istnym labiryntem, w którym nawet mapa nie była w stanie naprowadzić cię na prawidłową ścieżkę. Sama trudność przeciwników, oraz bossów też kumulowała w graczach duże pokłady stresu. Bossowie nie posiadali może mega wyrafinowanych mechanik, ale ich ataki spędzały sen z powiek zarówno tankom, jaki i healerom oraz ich manie. Co więcej, jeżeli przypomnicie sobie wzmiankę o uciekających przeciwnikach, to zdacie sobie sprawę że “zwykli” przeciwnicy w lochach mogli być o wiele bardziej groźniejsi od bossów, jeżeli ktokolwiek z drużyny popełnił błąd, chociażby zbyt wolno omijając patrole.

World of Warcraft
Dungeony za czasów TBC i Wrath of the Lich King stanowiły twardy orzech do zgryzienia, przez większość czasu trwania dodatku. (Blizzard.com)

Ekspienie w World of Warcraft  było przygodą samą w sobie.

Mówi się dzisiaj że wbicie maksymalnego levela sprawia że w końcu możesz zacząć prawdziwą rozgrywkę w World of Warcraft. Jednak sądzę że brakuje nam teraz tej radości z wbijania kolejnych leveli. Postęp uczynił World of Warcraft grą typu Endgame, więc wszystko co fajne, trudne i satysfakcjonujące znajduje się właśnie po osiągnięciu maksymalnego poziomu.

Moje nostalgiczne wspominki sięgają oczywiście dziejów mojego orczego rogala po wbiciu levela 70-tego, lecz jeśli miałbym opowiadać o tym w tym artykule, to zasnęlibyście, szybciej niż po dwóch dniach bez snu. Dlatego więc wyczekujcie kolejnych historii, które pojawią się niebawem, a w których mój zielony łotrzyk w końcu stawi czoła poważnym problemom świata Azeroth!

 

Nieoczekiwany zwrot akcji – Bad Dream Fever – Recenzja

Nieoczekiwany zwrot akcji – Bad Dream Fever – Recenzja

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here