Dragon Quest XI: Echoes of an Elusive Age – niekończąca się historia [Recenzja]

Dragon Quest XI: Echoes of an Elusive Age jest dowodem na to, że pozory rzeczywiście bywają mylące. Pod płaszczem infantylnej oprawy i archaicznej rozgrywki kryje się fantastyczny erpeg, zachwycający bogatym baśniowym światem, wielowątkową historią, zapadającymi w pamięci postaciami oraz niesamowitą grywalnością, która sprawia, że trudno oderwać się od konsoli.

Gra wyprodukowana i wydana przez Square Enix zadebiutowała 4 września 2018 roku na PC i PlayStation 4. W zeszłym roku, 27 września ukazała się również edycja na Nintendo Switch.

Klasyka gatunku

Seria Dragon Quest nigdy nie była szczególnie popularna poza Japonią. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest konserwatywność marki. Podczas gdy inni przedstawiciele gatunku jak np. Final Fantasy eksperymentują i rozwijają się, Dragon Quest od ponad trzech dekad pozostaje wierny pierwotnym założeniom gier jRPG. Jedenasta odsłona również uparcie trzyma się utartych schematów. To gra, w której tylko śliczna oprawa audiowizualna przypomina nam, że mamy do czynienia ze współczesną produkcją, a nie z tytułem sprzed kilkudziesięciu lat.

Dragon Quest XI

Odpalając nowego Dragon Questa szykujcie się więc na liniowy baśniowy świat, który przemierzycie pieszo lub z konnego grzbietu, aby ostatecznie stawić czoło potężnemu złu. Po drodze zwerbujecie kolejnych towarzyszy broni, by stoczyć za ich pomocą liczne pojedynki w łatwym do opanowania turowym systemie walki. Za zdobyte doświadczenie rozwiniecie drużynę odblokowując nowe czary i ataki specjalne. Jak pisałem – klasyka do kwadratu.

To właśnie ta zachowawczość nowego Dragon Questa zachęciła mnie do sięgnięcia po tę produkcję. Oglądając gameplaye i recenzje łezka mi się zakręciła w oku na wspomnienie dziesiątek godzin, jakie niegdyś spędziłem przy konwersji Final Fantasy VI na Game Boya Advance. Nie zastanawiając się długo popędziłem do sklepu, uruchomiłem grę i… przepadłem na ponad 100 godzin.

Baśniowa historia

Początkowo fakt, że będzie to moja pierwsza styczność z serią trochę mnie przerażał. Obawiałem się zagmatwanej, nieprzystępnej nowicjuszom historii w stylu tej z serii Kingdom Hearts, w której nawet sami scenarzyści już dawno zapomnieli, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście fabuła w Dragon Quest XI jest zupełnie autonomiczna, więc do jej poznania nie trzeba znać poprzednich odsłon (choć weterani wyłapią zapewne całą masę nawiązań i easter-eggów).

Wcielamy się w młodego chłopaka zamieszkałego w niewielkiej wiosce Cobblestone. Pewnego dnia bohater w dramatycznych okolicznościach dowiaduje się, że jest w rzeczywistości Luminary, czyli reinkarnacją herosa, który przed wiekami ocalił świat przed panem ciemności. Według przepowiedni zadaniem „nowego” bohatera jest ponownie przywrócenie ładu w krainie Erdea. Chłopak wyrusza więc w długą podróż ku swojemu przeznaczeniu.

Dragon Quest
W dzieciństwie chciałem mieć prawdziwy miecz. Teraz moje marzenie się ziściło.

Choć historia rozpoczyna się sztampowo warto dać jej szansę. Próżno tu co prawda szukać wielowymiarowych antagonistów i dylematów moralnych rodem z serii Mass Effect, ale fantastyczny baśniowy klimat i mnogość ciekawych wątków nie pozwalają się odeń oderwać. Jest to jedna z tych opowieści, w których ważniejsza od celu jest droga do niego prowadząca. Podczas długiej wędrówki nasza drużyna wikła się w coraz bardziej niezwykłe i szalone historie, które same w sobie stanowią zamknięte mikro-opowieści. Począwszy od wątku tchórzliwego syna sułtana, który wstydząc się swej słabości przed ojcem nieustannie wyręcza się naszym bohaterem, poprzez tragiczną historię syreny nieszczęśliwie zakochanej w śmiertelniku, czy starciu z pewnym demonem więżącym mieszkańców wioski w skalnym malowidle. Podobnych historii jest mnóstwo, a każda kolejna ciekawsza od poprzedniej.

Ostrzegam jednak osoby uczulone na typowo japoński humor, bo trochę go tu znajdziecie. Weźmy choćby podniosłą, pełną patosu i śmiertelnej powagi scenę, w trakcie której niespodziewanie z plecaka towarzyszącego nam staruszka wysuwa się pisemko z roznegliżowanymi paniami, powodując ogólną konsternację. Ten gag nawraca zresztą kilkakrotnie w toku całej historii.

Drużyna marzeń

Siłą fabuły są też świetnie napisane postacie. Każdy z siedmiu towarzyszy naszego bohatera posiada złożoną osobowość, za którą czai się niejednokrotnie chwytająca za serce historia (sam Luminary jest niemową). Taki na przykład Erik pod powierzchownością sarkastycznego złodziejaszka kryje w sobie rycerską wręcz szlachetność i oddanie przyjaciołom. Siostry – czarodziejki Serena i Veronica różnią się nie tylko magicznymi zdolnościami lecz również charakterem – ta pierwsza jest dobrotliwa i nieśmiała, podczas gdy druga ma temperament równie gorący jak płomienie, którymi spopiela swoich wrogów. Moim ulubieńcem stał się jednak Sylvando. Ten niepoprawny błazen i wieczny wesołek kradnie każdą scenę ze swoim udziałem zarażając towarzyszy niegasnącym optymizmem i poczuciem humoru bez względu na sytuację.

Dragon Quest XI

Piękny, liniowy świat

Jak wspominałem wcześniej, Dragon Quest XI jest całkowicie liniowym doświadczeniem. Gracz jak po sznurku prowadzony jest od jednego miasta do drugiego, w międzyczasie przemierzając różnorodne dzikie tereny. Od strony czysto wizualnej prezentują się one zjawiskowo. Niemal każde miejsce jest niczym wyciągnięte wprost z najpiękniejszych baśni i legend. Zwiedzimy m.in skąpane w deszczu lasy, tropikalne wybrzeża ze spiczastymi klifami, śnieżne doliny, orientalne królestwo na pustyni oraz niezwykłe podwodne miasto zamieszkałe przez syreny. Jedynie forteca głównego złego rozczarowuje monotonnymi, bliźniaczymi komnatami. Cała reszta lokacji to pierwsza liga.

Szkoda tylko, że – pomimo pozornej ich otwartości – eksploracja terenów jest mocno ograniczona. Niemal każdy loch, jaskinia czy inne potencjalnie interesujące miejsce, które napotykamy po drodze powiązane są z głównym wątkiem. Jeżeli więc zajrzycie do nich wcześniej, niż przewidziała to fabuła napotkacie jedynie kilka potworów oraz zamknięte na głucho drzwi. W dalszej części rozgrywki (czyli po jakichś 40 godzinach) twórcy dają nam nieco więcej swobody, ale i tak opcjonalnych lokacji jest jak na lekarstwo. Pewnym urozmaiceniem są questy poboczne, te jednak zaprojektowano w kiepski sposób – ogromna większość z nich to zadania typu „przynieś, podaj, pozabijaj”. Warto jednak wykonywać niektóre z nich dla cennych nagród.

Dragon Quest XI
Nie dajcie się zwieść rozległym terenom i odległym widokom. Dragon Quest XI jest liniową przygodą.

Archaicznie, ale przyjemnie

Walka i rozwój postaci w Dragon Quest XI niczym nie zaskoczą weteranów gatunku – wiele starszych tytułów, takich jak np. Golden Sun czy nawet stareńki Final Fantasy VI oferowały bardziej rozbudowane systemy niż ten, z którym mamy tu do czynienia. Ma to swoje dobre i złe strony. Prostota systemu czyni go przystępnym dla nowicjuszy i przyjemnym w praktyce, jednak ci, którzy szukają rozbudowanych opcji taktycznych i wielowarstwowych mechanik srogo się zawiodą.

W turowych starciach bierze udział maksymalnie czterech bohaterów (pozostali czekają na “ławce rezerwowej”), którym z osobna wydajemy komendy np. ataku, użycia czaru czy leczenia. Gracze, którzy nie lubią się przemęczać mogą ustawić postaciom funkcję “autopilota”. Wówczas to sztuczna inteligencja dobierze za nas określone akcje np. skupiając się na leczeniu lub agresywnych atakach. Choć w praniu sprawdza się to całkiem nieźle, szczerze odradzam Wam to rozwiązanie – jaki jest sens grania w drużynowego erpega, w którym algorytmy wygrywają za nas walkę?

Pewnym urozmaiceniem starć jest system Pep. W trakcie walki istnieje losowa szansa na to, że poszczególni bohaterowie wejdą w tryb czasowego wzmocnienia. Otacza ich wówczas niebieska poświata towarzysząca zwiększeniu obrażeń i statystyk. Co więcej, wzmocnieni bohaterowie mogą wykonać łączone ataki specjalne, które zadają obszarowe obrażenia lub zapewniają solidne premie dla całej drużyny. Akcje te są bardzo spektakularne – długie sekwencje przypominają najbardziej szalone sceny walk rodem z takich anime jak Dragon Ball czy Bleach. Pep jest miłym dodatkiem, choć ja korzystałem z niego rzadko – w większości starć podstawowe zdolności i czary mojej drużyny w zupełności wystarczyły do zwycięstwa.

Dragon Quest XI

Raz włócznią, raz czarem

Na pochwałę zasługuje elastyczny system progresji bohaterów. Początkowo każdy z nich posiada docelową profesję, która nie jest jednak zobowiązująca. Dla przykładu Serena jako kapłanka korzysta z różnorodnych czarów leczniczo-wzmacniających. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by wyszkolić ją w sprawnym posługiwaniu się włócznią. Główny bohater natomiast może stać się zarówno potężnym wojownikiem dzierżącym dwuręczny miecz, jak i zabójczym magiem zsyłającym na wrogów deszcz błyskawic. Samo kształtowanie postaci jest bardzo przejrzyste. Za zdobyte punkty doświadczenia odblokowujemy panele kryjące nowe czary, umiejętności lub bonusy do statystyk. W niemal każdej chwili za drobną opłatą możemy dokonać resetu umiejętności, co zachęca do eksperymentowania.

W przeciwieństwie do większości konkurencyjnych gier, ekwipunku dla naszej drużyny nie zdobywamy pokonując przeciwników i bossów. Zbroje, bronie i akcesoria kupujemy za to w sklepach lub wykonujemy własnoręcznie korzystając z przystępnego systemu craftingu, w którym uderzeniami młota wykuwamy określony przedmiot. Przepisy na nowe sprzęty zdobywamy eksplorując świat i wykonując zadania poboczne.

Dragon Quest XI
Panel rozwoju postaci jest wygodny i przejrzysty.

Łatwo do przesady

Wielka szkoda, że w parze z prostą mechaniką idzie również niski poziom trudności. W ciągu całej przygody (przypominam, 100 godzin) zginąłem zaledwie pięć razy. Ogromna większość walk wymaga minimum taktyki do zwycięstwa, ponieważ ataki wrogów rzadko kiedy wyrządzają nam poważną szkodę. Nawet bossowie, którzy w teorii powinni stanowić prawdziwy test naszych umiejętności padają po kilku – kilkunastu turach.

Dopiero w trakcie rozbudowanego end game’u natrafiamy na silnych wrogów, do których pokonania konieczny jest ostry grind oraz zgromadzenie najlepszego ekwipunku. Mówimy tu jednak o aktywnościach dla najbardziej zdeterminowanych – nie każdy znajdzie w sobie tyle samozaparcia, by po ujrzeniu napisów końcowych poświęcić dalsze kilkadziesiąt godzin na mozolnym wbijaniu poziomów.

Dragon Quest XI
Design bossów jest rewelacyjny. Szkoda tylko, że walki z nimi są takie łatwe.

Bajkowy styl

Za oprawę artystyczną odpowiada legendarny artysta Akira Toriyama, którego charakterystyczną kreskę pozna każdy fan mangi Dragon Ball. Ten styl nie każdemu przypadnie do gustu, mnie urzekł jednak od samego początku, głównie za sprawą niezwykle bogatego i pomysłowego bestiariusza. Roztańczone diabełki, ludzie-kaktusy, kruki niosące w szponach ludzkie czaszki, ożywione lalki, chimery, potężne smoki i węże morskie – pomysłowość twórców zdaje się nie mieć końca. O różnorodności wrogów niech świadczy fakt, że aż do ostatniej spędzonej z grą godziny napotykałem zupełnie nowe gatunki potworów. Oprawa graficzna napędzana silnikiem Unreal Engine 4 prezentuje się świetnie – tekstury może nie są tak ostre czy szczegółowe jak w np. Horizon: Zero Dawn, ale piękny cell-shadingowy styl i bogata kolorystyka skutecznie to maskują.

Dragon Quest XI
Projekt świata i przeciwników to pierwsza liga

Wady? To zależy

Dragon Quest XI jest jednym z tych specyficznych tytułów, który jednych graczy zachwyci, innych odrzuci niemal od razu. Faktem jest, że hardkorowcy raczej nie mają tu czego szukać – jak wspominałem wcześniej przez jakieś 80% czasu wyzwanie praktycznie nie istnieje. Jeżeli więc nie porwie Was klimat klasycznych baśni zmieszanych z filmami w stylu Spirited Away, to prawdopodobnie się od tej produkcji odbijecie. Zwłaszcza że fabuła początkowo rozkręca się w ślimaczym tempie, pokazując pazur dopiero po jakichś 30 godzinach. Późniejsze wydarzenia z nawiązką nagradzają cierpliwość, lecz nie każdemu może jej wystarczyć.

Jeżeli postanowicie dać nowemu Dragon Questowi szansę, zostaniecie nagrodzeni niezwykłą podróżą pełną poruszających wątków, niespodziewanych zwrotów akcji i epickich momentów godnych najlepszych produkcji high fantasy. Ze względu na przystępną mechanikę i niski poziom trudności tytuł jest też idealnym wyborem dla wszystkich tych, którzy chcą spróbować swoich sił z japońską gałęzią erpegów. Ja zaryzykowałem i nie żałuję ani minuty czasu spędzonego przed konsolą. Nie mogę się też doczekać chwili, kiedy znowu powrócę do tego fantastycznego świata.

Rodzeństwo ponad wszystko – A Plague Tale: Innocence [recenzja]

Rodzeństwo ponad wszystko – A Plague Tale: Innocence [recenzja]