Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie [recenzja]

Nad produkcją filmu Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie – niemal od początku ciążyło widmo niepowodzeń. Począwszy od wątpliwości co do obsady, przez zmianę reżyserów, na małej aferze z plakatami skończywszy. Ten film nie miał prawa się udać. Czy aby na pewno?

Film opowiada historię kilka lat przed wydarzeniami zaprezentowanymi w Nowej Nadziei. Han Solo dołącza do gangu Tobiasa Becketta (Woody Harrelson), który przymierza się do spektakularnej kradzieży cennych ogniw paliwowych. Jak na kino gangsterskie przystało, nie zabrakło szeregu trudnych do zrealizowania zobowiązań Do tego pojawiają dwa, jeśli nie trzy, dosyć dramatyczne wątki romantyczne. 

Zamieszanie wokół filmu nie wróżyło mu dobrze

Kiedy władze Lucas Film ogłosiły, że Han Solo traci swoich pierwotnych reżyserów, a na ich miejscu zasiądzie Ron Howard, pomyślałem, że jeżeli taki ruch wyjdzie na dobre filmowi, to może stanie się dobrym przykładem dla innych producentów do odważnych działań w czasie kręcenia filmów. Tak nie jest. Różnice w koncepcji spin-offu widać jak na dłoni. Poszczególne sceny i całe sekwencje wydają się być oderwane od siebie. Nie spodziewajcie się tu napięcia jakie towarzyszyło Łotrowi 1 ani przygody Przebudzenia mocy,  czy magii Ostatniego JediElementy humorystyczne nie bawią ani trochę tak bardzo jak w żadnym filmie ze świata Gwiezdnych Wojen. Całość tak bardzo przewidywalna, że oglądając zwiastun łatwo odgadnąć całą fabułę filmu.

Co się tyczy efektów specjalnych i obrazu – nie ma potrzeby udawać się do kina na pokaz w wersji innej niż 2D. Przedstawiony świat wydaje się realistyczny, ale na pewno nie jest tak efektowny i pociągający, że chcielibyśmy się znaleźć po tamtej stronie. W filmie pojawia się kilka odwołań do oryginalnej trylogii: pewnych elementów stroju, pochodzenie Solo w nazwisku Hana i tym podobne.

Nagła zmiana reżyserów spin-offu o Hanie Solo

 

Alden Ehrenreich, czyli tytułowy Han Solo został poddany tytanicznemu wręcz zadaniu

Miał sprostać wymaganiom fanów, pamiętających Harrisona Forda z oryginalnej trylogii. Niestety. Styl najsłynniejszego cieśli z Hollywood jest nie do podrobienia. Ehrenreich wypada poprawnie, jeżeli nie średnio. Jedynym atutem Emilii Clarke, odtwórczyni roli Qi’ry jest jej uroda, ale nic poza tym. Wydaje się, że gdyby jej postać nie pojawiła się w filmie, w niczym właściwie by nie stracił.  Dwoje bohaterów łączy żarliwe uczucie, jednak nawet na IMAX’owym ekranie wygląda ono zaskakująco płasko. Świetnie sprawdził się za to Donald Glover w roli Lando Calrissiana. Kradnie uwagę widzów, kiedy pojawia się na ekranie. Bardzo dobrze wypadł w duecie z Phoebe Waller-Bridge, która zagrała droida L3-37. Oboje mają kilka swoich naprawdę dobrych momentów. Tu uwagę zasługują zwłaszcza sceny rozgrywające się na Kessel. Paul Bettany, czyli filmowy Dryden Vos, pomimo blizn na twarzy, bynajmniej nie jest najstraszniejszym czarnym charakterem w historii kina. 

Podsumowując, Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie oceniam jako wielki zawód. Opowiedziana w nim historia nie jest szczególnie wyjątkowa, chociaż ma potencjał, żeby być dobrze opowiedzianą. Aktorzy zagrali naprawdę płasko.