Płakałem, jak grałem – najbardziej wzruszające gry według redaktorów KM

Wzruszające gry

Gry dostarczają nam różnych emocji. Potrafią pobudzać intensywną akcją, przerażać strasznym klimatem czy bawić swoim humorem. Bywa również niekiedy tak, że ich fabuła lub świat wyciskają z nas łzy. Powody tego stanu mogą być różne: ckliwa historia, zaduma nad bezsensem świata albo wprost przeciwnie – obudzenie w nas nadziei, zachwyt nad pięknem produkcji. I właśnie o tych grach dziś piszemy. Przed Wami gry, przy których redaktorzy Kulturalnych Mediów zapłakali. Rzecz jasna, uwaga na spoilery.

Marcin Popielarz – Journey

Jako się rzekło w tytule, płakać możemy nie tylko ze smutku, ale również w geście podziwu czy zachwytu nad pięknem. I właśnie z takim przypadkiem chciałbym teraz do Was wyjść. Istnieje bowiem pewna gra, która doprowadza do takiego stanu, że kiedy ze łzami w oczach wypowiemy w towarzystwie jej tytuł, to siedzący obok towarzysze (do Papers Please jeszcze przejdziemy) nie będą pewni, czy usłyszeli Król Lew, czy może…

… Journey. Gra ta bowiem już od pierwszych chwil wystawia nas przeciw idealnie wykreowanemu i wyreżyserowanemu doświadczeniu. Jak na interaktywną rozgrywkę nie pochłania zbyt dużo czasu. Ukończyć ją można w 2-3 godziny i to dokładnie przeszukując wszystkie zakamarki. Chwile te jednak są warte każdej złotówki. Wcielamy się w wędrowca, który przemierza pustynię. Nie znamy celu swojej podróży, nie wiemy, kim jesteśmy, gra nie raczy nas żadnym obfitym wstępem czy potokiem słów. Ba! W produkcji stworzonej przez thatgamecompany nie pada ani jedno słowo. Po prostu dostajemy do sterowania postać i możemy ruszać.

A to, co napotkamy na swojej drodze, to istny festiwal poruszeń. Gra jest bowiem majstersztykiem, jeśli chodzi o stopniowanie napięcia i doznań duchowych. Przemierzamy w niej pięknie wykreowane lokacje, popisując się zdolnością rozwiązywania zagadek i skakania po platformach. Wspaniałe widoki w połączeniu z idealnie dobraną muzyką i światem wprost z baśni zachwycają od pierwszych chwil. Tajemnicza postać, dźwięki, które wydaje i magia, którą włada, wyciskają łzy z oczu. Kiedy przy dźwiękach symfonicznej muzyki pomykamy gnani magicznym wiatrem przy użyciu swojej szaty, kiedy otaczamy się w wirze magicznych skrawków naszego szala i podlatujemy niczym liść niesiony wiatrem, to chwila trwa i chwila jest piękna, a z oczu lecą pojedyncze łzy, które spoczywają na rozciągniętych w uśmiechu ustach. Bo ta gra musi być uznana za prześwietną. I aż żal, że przemija. Niemniej, do Journey można wracać często, ponieważ to doznanie się nie przejada. Polecam serdecznie.

Piotr Kozioł – Bioshock: Infinite

Bioshock: Infinite to gra kontrastów. Dosłownie i w przenośni. Piękne, kolorowe scenerie zbrukane są tu raz za razem litrami przelanej krwi. Nie jednak kontrasty wizualne wiodą tu prym, a te fabularne, jeżeli brać pod uwagę przede wszystkim “współczynnik wzruszenia”. Rola protagonisty w tym rajdzie przez alternatywne wymiary często zmienia stronę barykady – w końcu jest on nie tylko pro-, ale też antagonistą. Podobnie ikoniczna dla gry Elizabeth przechodzi w grze metamorfozę. Z jednej strony subtelną – zmienia się jej charakter, im bliżej końca przygody. Z drugiej – dosadną, jeżeli wziąć pod uwagę świetne DLC, zabierające nas do Rapture, a bohaterkę zmieniające w istną femme fatale.

Kontrasty. Kontrasty i symbolika. Bo tu mnóstwo symbolicznych scen waży na odbiorze gry – iście filmowa scena z grą na gitarze, umierający mechaniczny ptak, bieg przez plażę czy zakończenie. W skrócie: nie dość, że gra epatuje artyzmem od strony graficznej i projektanckiej, ma wiele poruszających scen pobocznych, to jeszcze daje wycisk graczowi pod kątem fabularnym, naraz go szokując i budząc ciepłe uczucia. Szokując? No tak – bo ja za sprawą ostatnich minut gry długo nie mogłem pozbierać szczęki z podłogi.

Bioshock Infinite wzruszające gry
Kiedy wreszcie można pojąć sens tytułu gry

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here