Kiedy przychodził na świat, Stany Zjednoczone nie włączyły się jeszcze w II wojnę światową. Gdy debiutował, prezydentem Stanów Zjednoczonych był John Kennedy. Trudno znaleźć równie charyzmatyczną i długowieczną postać na muzycznej scenie jak Tom Jones. Walijska legenda muzyki pop przyjechała do sopockiej Opery Leśnej dać wspaniałe show, które w niecałe dwie godziny było pigułką dorobku 86-letniego wokalisty.
Thomas Woodward, bo tak naprawdę sie się Tom Jones, od małego przejawił wybitny talent muzyczny. Od najmłodszych lat udzielał się w szkolnych chórach, występował w konkursach talentów albo występował na rodzinnych spotkaniach. Jego dzieciństwo było zakłócone przez gruźlicę, na którą zachorował mając 12 lat. Jak sam przyznawał, jedynie śpiew i rysunek pozwalały mu przetrwać ten najgorszy czas w życiu. A trwał on 2 lat, co dla tak młodego chłopca wydawało się być zapewne wiecznością.
Te trudne doświadczenia nie odebrały artyście marzeń. Do 1964 grywał w pubach i lokalach południowej Walii jako lider Tommy Scott and the Senators. Wyszukany przez łowców talentów, Tom Jones podpisał wówczas pierwszy profesjonalny kontrakt. Wtedy jako kariera zaczęła się rozpędzać już po drugim singlu, którym jest niezapomniane It’s Not Unusual. Potem świat zwariował na punkcie m.in She’s a Lady, Delilah i już w latach 90. przy Sexbomb.
Poza dziesiątkami znakomitych albumów i tras koncertowych, w tej materii wpływ Jonesa jest też jest widoczny. Można go śmiało nazwać pierwszym muzykiem grającym rezydencje, który zagrał setki koncertów w Las Vegas. Choć można różnie oceniać to zjawisko, w czasach Toma Jonesa miało ono jeszcze zupełnie inny charakter niż obecnie. I było przełomem w historii przemysłu muzycznego.
I od piosenki, który świadczy o świadomości Walijczyka o upływającym czasie rozpoczął się sopocki koncert. Spokojnie wchodząc na scenę Jones wykonał I’m Growing Old. Pochodzący z ostatniej płyty wokalisty Surrounded by Time utwór mówił o postawie Jonesa wobec życia wszystko. W wieku 86 lat, po zaraz blisko 70 wiosnach na scenie artysta nie musi nic udowadniać. Wie, że jest, jak to śpiewał Frank Sinatra, Blisko Ostatniej z Kurtyn. Ale dalej stoi na scenie i jak potem sam przyznał, jeszcze trochę planów do zrealizowania ma.
Program występu składał się ze znanych i lubianych szlagierów jak It’s Unusual, Sex Bomb (kapitalna, lekko balladowa bluesrockowa wersja,) If I Only Knew (też w spokojniejszej aranżacji niż oryginalna) ale też ostatniego wydawnictwa. Kończący główną wersję setlisty Lazarus Man, puentował charakter koncertu. Wymieszanie klasyków, z odważnymi chwilami psychodelicznymi wariacjami, stworzyło show, które chciało się oglądać od początku do końca.
Najmocniejszym akcentem koncertu był jednak sam Tom Jones. Walijczyk pomimo powolnego poruszania się po scenie, przesiedzenia większości występu na krześle, wokalnie prezentował się znakomicie. W zaprezentowaniu tej znakomitej formy pomogało mu też na pewno zgranie z akompaniującym zespołem. Aranże szybszych, bardziej angażujących wokalnie utworów były dostosowane do dalej poteżnego, ale już nie tak wytrzymałego barytonu gwiazdy. Pod żadnym pozorem nie jest to jednak przytyk, a uznanie klasy brytyjczyka. Mając 86 lat, jego głos dalej oczarowuje na żywo. Aż człowiekowi robi się trochę przykro, że nie miał szansy usłyszeć go w szczycie formy.
Podczas koncertu Jones stwierdził, że miał okazję bawić się ostatnio na 90. urodzinach legendy country Williego Nelsona. Więc skoro Nelson dalej gra, on też śmiało może planować kolejne trasy koncertowe. I szczerze mówiąc, w tym stwierdzeniu nie było ani grosza próźności. W takiej formie, z taką klasą, taki artysta nie jest karykaturą samego siebie. Jest człowiekiem w swoim wieku, pogodzonym z życiem. I chcącym dalej występować. I my również kogoś takiego dalej potrzebujemy.



![Fu Manchu pojawili się w poznańskiej Tamie [fotorelacja]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/08/Fu-Manchu-1000mods-Red-Scalp-fot.-Natalia-Nazar-50-218x150.jpg)