Samuel Baron – dwa światy, jeden album

Samuel Baron
fot. oficjalny FB zespołu

Istnieje stara prawda, że koncerty to zupełnie inna bajka, niż słuchanie muzyki z płyt. Z tym, że materiał zarejestrowany w studio potrafi brzmieć identycznie w warunkach scenicznych. Oczywiście inna jest energia, a tym samym doznania. Jest jednak sporo kapel, których brzmienie jest zgoła inne w różnych sytuacjach. Dokładnie w taki sposób zadziwił mnie Samuel Baron.

Przyznaję, że do tej pory Samuel Baron był mi całkowicie obcy. Właściwie, to do tegorocznej edycji Spring Break nie miałem pojęcia kim on jest. Na szczęście, takie imprezy służą do poznawania nowej muzyki, co udało mi się wykorzystać. Trafiłem tam właśnie na artystę, którego wziąłem dziś na warsztat.

Niewielka knajpa, sporo ludzi, na zewnątrz upał. Marzenie o klimatyzowanych miejscówkach zniknęło już na jednym z pierwszych koncertów tego eventu. Nieważne, podobno gość, który za kilka chwil wystąpi w Starym Kinie, prezentuje całkiem ciekawą muzykę. Do tego szeregi jego zespołu zasila między innymi Marcin Bors, znany producent, co to przy niejednej popularnej produkcji palce maczał. Rekomendacje dobre, więc dlaczego by nie spróbować. Do tego i ja z zespołem mamy zagrać w tej samej knajpie, z chęcią zobaczę z czym przyjdzie się nam zmierzyć już wkrótce.

Zaraz się zacznie

Wchodzimy. W środku ścisk, ukrop, kilka znajomych twarzy, a na scenie powoli instalują się muzycy. Pot lał się z czoła i niemal skraplał się na suficie. Nareszcie zaczęli. I pierwsze co rzuciło się w uszy, to fenomenalna dzikość płynąca z głośników. Jazgotliwa, momentami płacząca wręcz gitara i miażdżąca sekcja rytmiczna robiły niesamowitą robotę. Drugi plan to wokalizy i syntezatory, które słyszalne były już trochę gorzej. Niestety, nagłośnienie klubu było gówniane. Cóż, realizatorzy robili co mogli, niestety nie zawsze da się coś zrobić, o czym przekonaliśmy się również podczas i po występie naszego zespołu. Jednak to temat na zupełnie inną historię.

Wracamy do głównego bohatera, którego koncert, mimo wspomnianych problemów, do tej pory uważam za jeden z najciekawszych występów Spring Break. Uwiodła mnie właśnie ta dzikość i niezwykła energia. Samuel Baron okazał się muzykiem, który szybko trafił w mój gust.

Zaskoczenie pierwsze – gdzie to jest?

Gdy pierwszy raz wrzuciłem płytę Mod Music Red Label do odtwarzacza zdziwiłem się mniej więcej w takim stopniu, w jakim drogowcy dziwią się, że w zimie jest śnieg, a pługi smacznie śpią w garażach. Pierwszy odsłuch i oniemiałem. Gdzie podziała się ta noise’owa gitara z koncertu? Dlaczego tam jest aż tak dużo elektronicznych zabawek? Nie, to nie może tak być, przecież nastawiłem się na coś zupełnie innego. Z racji tego, że nie mam w zwyczaju porzucać płyt po jednym przesłuchaniu, dałem tej muzyce nieco czasu. Poczekam na lepszy humor, pogodę, trasę.

I zacząłem się powoli wkręcać w ten dziwny sound. Inne brzmienie przekładające się na nieco spokojniejszy klimat spowodowały, że podejście do krążka zmieniało się z każdym wciśnięciem play. Wreszcie Mod Music Red Label weszło w całości. To czego tak brakowało mi na początku, okazało się być sprawnie ukryte gdzieś pomiędzy wierszami. I mimo, że ta koncertowa energia jest nie do podrobienia, to krążek jest czymś w rodzaju świetnego zaproszenia do dalszej zabawy. Z początku wydaje się być spokojny, jednak z każdym dźwiękiem i każdą minutą odkrywasz coraz więcej. Spokój ulatuje a w uszach zostają te poświrowane syntezatory.

Zaskoczenie drugie – to jest to!

Trzonem albumu są właśnie instrumenty elektroniczne, syntezatory, programowana perkusja, samplery. I oczywiście wokal Samuela. Gitary tworzą raczej uzupełnienie koncepcji i nie są zbyt nachalne. Jednak jak już wchodzą, to w najbardziej odpowiednich miejscach. Zresztą wszystko, co dzieje się na tym krążku, jest poukładane naprawdę świetnie. I nie chodzi tylko o kolejność utworów. Jest tu właściwie wszystko, co powinno znajdować się na dobrym albumie. Świetne brzmienie, rewelacyjne kompozycje, dynamika, spójność, świeżość i spora dawka wszelakich inspiracji.

Samuel Baron
fot. oficjalny FB zespołu

Spójność i różne inspiracje? Przecież to nie do końca może zadziałać. Otóż to błędne myślenie. To właśnie patologiczne wręcz czczenie jednego zespołu lub gatunku prowadzi do nudy i nieciekawych zapętleń. Dopiero pozbycie się tego balastu uwalnia prawdziwą sztukę. Łatwo jest być podrobionym AC/DC, Madonną czy innym Green Dayem. Jednym wyjdzie to dobrze i będą chwaleni. Większość jednak będzie najzwyczajniej słaba. Prawdziwym wyzwaniem jest wyciągnięcie tego, co najlepsze w inspirującej muzyce, przetworzenie, dodanie własnego pierwiastka i wreszcie stworzenie z tego jednej, spójnej właśnie całości.

Daj się ponieść!

Samuel Baron osiągnął to na tym albumie. To eklektyczna mikstura złożona z gatunków teoretycznie odległych od siebie, jednak pasujących do siebie jak puzzle. Z jednej strony mamy post punk, który wyraźnie zaznaczony jest zwłaszcza w Self-Destructing. Na drugim końcu skali mamy Delusional, który przywodzi raczej rejony muzyki tanecznej. Przy czym jest to bardziej minimal niż EDM. Jest również absolutnie doskonały I’m Special, który muzycznie może nawet posiada naleciałości rapowych bitów, jednak jest utworem, będącym właściwie wizytówką tej płyty.

Całość albumu to mimo wszystko konkretna dawka współczesnej muzyki alternatywnej. Jednak nie wbijająca się do worka, w którym tworzą na przykład The Dumplings. To bardziej elektroniczny rock okraszony potężną dawką świetnej, popowej chwytliwości. Rytm, w większości generowany z automatów perkusyjnych potrafi doskonale nadać transowej skoczności w kawałkach. Soczyste syntezatory, z których budowane są kompozycje, nie przenoszą nas w przeszłość, przeciwnie, są niezwykle dzisiejsze. Gitar, jak już wspomniałem, jest tu jak na lekarstwo, ale by dopełnić muzyczną przestrzeń Mod Music Red Label, dołożono tu pokaźną ilość samplowanych wtrętów. I one są smaczkami, które również stanowią siłę tego wydawnictwa. Jednak pierwszy plan należy oczywiście do wokalisty. Samuel Baron ma intrygująco plastyczny głos. Ciepła, przyjemna barwa, ogromna siła i umiejętności. To właśnie przyciąga najbardziej.

Podsumowanie

Ten album nie spodoba się wszystkim. Ale też nie takie było zapewne założenie autora. Znajdzie natomiast duże poparcie u słuchaczy, którzy lubują się w muzycznych podróżach między gatunkami. Dla mnie ten trip jest bardzo udany. Samuel Baron z ekipą stworzył płytę naprawdę rewelacyjną. Pełną ukrytych odniesień, smaczków i świetnych pomysłów. Z okładką, która powinna być na tyle duża, by powiesić ją jako plakat. A, sporo pojeździłem z tym krążkiem, nie polecam, prawa noga wciska skrajny pedał w samą podłogę.

Maciek Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o