Przebojowo i nostalgicznie – Mona Polaski “Folklor”

Mona Polaski
fot. oficjalny FB Mona Polaski

Retromania jest w modzie. Zespoły chętnie czerpią inspirację, a czasem nawet kalkują muzykę sprzed lat. Niektórzy zjadają swój ogon i tworzą muzykę nudną, miałką i wtórną. Są jednak muzycy, którym nostalgiczne powroty wychodzą zaskakująco dobrze. Jedną z takich grup jest Mona Polaski, która jakiś czas temu wydała debiutancki album Folklor.

Pamiętacie, jak w styczniu prezentowałem Nad Życie? Wspomniałem, że ten kawałek jest świetną radiówką z ogromnym potencjałem na bardzo dobry utwór, który nie zestarzeje się po kilku tygodniach. W momencie, gdy pojawił się drugi singiel zwiastujący wspominane dziś wydawnictwo, wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Robinson Crusoe udowodnił, że w muzyce Mona Polaski jest jeszcze więcej świeżej przebojowości. Z niecierpliwością czekałem więc na pełny album.

Daj się porwać

Gdy Folklor do mnie dotarł, błyskawicznie znalazł się w odtwarzaczu. I przez dłuższy czas z niego nie wychodził. Właściwie od pierwszych dźwięków płyta mnie kupiła. Ale również w jakiś dziwny sposób wydawała mi się znajoma. Zwłaszcza wokal, a może tylko on. Na trop naprowadził mnie kolega, pokazując mi zespół, z którego pochodzą członkowie Mona Polaski. Otóż tworzyli oni łódzki kolektyw Bruno Schulz. Ekipę znaną i szanowaną w alternatywnym środowisku. Mi natomiast znaną jedynie fragmentarycznie. Trudno, dyskografię starszej grupy pewnie będę miał czas nadrobić w bliżej nieokreślonej przyszłości, w tej chwili moja uwaga skupiona jest na obecnej twórczości duetu z Łodzi.

Muzyka, którą prezentuje ta dwójka, jest zgoła odmienna od tego, co tworzyli wcześniej. Nie jest to już klasyczny indie rock, pełen gitar, odwołujący się do klasyki z Wysp. Nie są to również nieco uspokojone, alternatywne brzmienia z ostatnich wydawnictw Bruno Schulz. Ta płyta jest alternatywna w zupełnie inny sposób. Pełna odwołań do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a zarazem niezwykle współczesna. Owszem, gitar nie brakuje, jest ich sporo, jednak tym razem to zimne, pokręcone syntezatory są na pierwszym planie. To przede wszystkim elektroniczne dźwięki cudownie wspomagają fenomenalną rytmikę albumu i nadają całości tego retro klimatu, o którym powiedziałem na początku.

Syntetyczna zabawa z przeszłości

A ten wciąga. Bardzo szybko i bardzo głęboko. Jak głodna ośmiornica w otchłań oceanu. I mimo, że atmosfera dawnych lat wyczuwalna jest tutaj już w pierwszych dźwiękach, to nie dominuje materiału w zbyt sadystyczny, nachalny sposób. Brak tu bezpośredniego kopiowania ówczesnych patentów. To raczej hołd złożony szaleństwu i prostocie. Folklor nie jest wehikułem czasu przenoszącym nas w przeszłość. Nie, my jesteśmy w XXI wieku, to przeszłość zostaje przywołana do nas i prezentuje się nad wyraz świeżo. To album pełen świetnych piosenek, czerpiących pełnymi garściami z tego, co kiedyś było najciekawsze i nowatorskie, a później zostało zepchnięte na boczny tor.

Co więc było tak dobrego wtedy, a dziś jest już tylko echem wczorajszego dnia? Post punk, shoegaze, new romantic, zimna fala, a nawet disco głęboko zanurzone w oparach funku. To wszystko zostało sprawnie przemycone na ten krążek. Jednak wyczuwalne wpływy indie rocka są oczywiste i to między innymi one powodują, że całość chwyta za serducho i powoduje, że nie możesz przestać tego słuchać.

Folklor absorbuje uwagę w niesamowity sposób. Włączasz play, słyszysz świetny, nieco post punkowy rytm w Bermudach i zaczynasz w jego takt tupać stopą. Po kilku uderzeniach syntetycznych bębnów wjeżdża charakterystyczny, niski i melodyjny wokal i zaczyna robić się coraz lepiej. A to dopiero pierwszy kawałek, najlepsze jeszcze nadejdzie. Chociaż trudno znaleźć tutaj największego faworyta. Każdy z kawałków jest świetny i nie wiem, czy zespół umyślnie wybrał wspomniane już utwory na single, czy po prostu zrobili losowanie. Ten album równie dobrze wypromowałby się dzięki Szkoda Jazzmanów z refrenem, który pewnie będzie chóralnie śpiewany na koncertach. Lejce to również fajna radiówka momentalnie wpadająca w ucho i zostająca w głowie na długo.

Tu i teraz

Post punk słychać nie tylko w Bermudach. To przede wszystkim genialne, basowe riffy w tym właśnie klimacie, oraz sposób śpiewania. Wystarczy posłuchać zwrotki w utworze Nurt. Może Republika nie jest dobrym porównaniem, jednak Klaus Mittfoch już pasuje. New romantic i disco wjeżdżają w partiach i brzmieniu perkusji, która właściwie jest automatem. Tę estetykę najbardziej reprezentuje Roje Roje. Jednak nie będę rozbierał płyty na części pierwsze. To prawdziwie wybuchowa mieszanka tanecznej energii i z jednej strony wesołych, z drugiej jednak nieco ponurych (zimna fala, post punk) nastrojów. Do tego potężna, shoegaze’owa przestrzeń, która uwypukliła się najmocniej w Robinson Crusoe, jedynym momencie, gdzie słychać żywego bębniarza. Pomaga w tym również rozmyta, jakby trochę schowana gitara.

Miejska poezja śpiewana

Teksty również odgrywają tu istotną rolę. Przyjemność interpretacji oczywiście pozostawiam wam. Tak, to kolejna płyta, która urzekła mnie warstwą liryczną, którą, jak kiedyś napisałem, nie zawracam sobie głowy. Jak nie trafiają, trudno. Tu jednak trafiły. Zwłaszcza Robinson Crusoe, Huragan i Bar Anna. Przy pierwszym wróciłem do dzieciństwa. Dwa kolejne są po prostu świetne.

Zanim przejdę do podsumowania, zatrzymam się przy tytule płyty. Długo zastanawiałem się, skąd wzięli nazwę Folklor. Przecież to kojarzy się obecnie z kulturą ludową konkretnych krain w Polsce. Z góralszczyzną, kresami, a w ekstremalnych przypadkach z cepeliadą. Jednak na dobrą sprawę folklor obecny jest wszędzie. Wydaje mi się, że chłopaki na ten album przenieśli folklor łódzki. Jasne, nie jestem z Łodzi i zapewne daleko mi od znawcy tamtejszych zwyczajów, zachowań, czy legend. Jednak Bar Anna istnieje i to właśnie tam odbyła się premiera debiutu Mona Polaski. Na okładce, swoją drogą bardzo ciekawej i pasującej wybitnie do całości, mamy obrazy Magdy Moskwy, łódzkiej artystki. A książeczkę zdobią fotografie imprez i muru, które pewnie również tam powstały. I wszystko zaczyna być jasne.

Podsumowanie

Dochodzimy do końca. Jak mogę podsumować Folklor? To świetna i piękna płyta, pełna zaskakujących pomysłów. Taneczna, słodko – gorzka, brzmiąca doskonale (zasługa Kamila Łazikowskiego – wiecie CKOD, Soyuz Studio). Spójna i kończąca się zdecydowanie za szybko. Zostawiająca jednak ogromny uśmiech na twarzy. Ja zapętlam ją raz jeszcze do czego zachęcam i was!

Maciej Juraszek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here