Książę Kapota – Kapo Di Tutti Capi

Książę Kapota - Kapo Di Tutti Capi
fot. materiały prasowe

Książę Kapota to bardzo ciekawa postać. Pojawił się właściwie znikąd, a na jego płycie plejada gości robi piorunujące wrażenie. Kim właściwie jest Kapota? Na to pytanie dostajemy odpowiedź na albumie.

Przed Wami Książę Kapota – Kapo Di Tutti Capi

Mam mały problem z Szefem Wszystkich Szefów. Bynajmniej nie mam na myśli pana Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina, co złego to nie ja. Książę Kapota oddał w ręce słuchaczy album z piętnastoma utworami. Przez płytę wylewa się patologia, narkotyki, przestępstwa, kilka poważnych refleksji, masa przechwałek i kobiet. Często wulgarnie, niemal prostacko i prymitywnie. A mimo to Kapo Di Tutti Capi słucha się… przyjemnie. Raper z Warszawy to nieślubny syn ze stylistycznej orgii między Bonusem RPK, Malikiem Montaną, Gangiem Albanii i disco polo. I jest to bękart, którym rodzice mogą się pochwalić.

Książę Kapota – następca Kękę?

Najnowszy tytuł spod bandery Marathonu to mieszanka stylistyczna. Płytę otwiera oldschoolowe Intro pełne skreczy, by za chwilę uderzyć nas afrotrapowym Casinem lub Fashion Killa. O Dzisiaj tak czy Melo u Kapoty specjalnie nie wspominam. W warsztacie warszawiaka jest wiele niedociągnięć. Ilość momentów, kiedy Książę Kapota sepleni nie zliczymy na palcach jednej ręki. Flow rapera również nie jest wyszukane. Jest w tym jednak jakaś magia. Ta bezpośredniość artysty i chwytliwe wersy działają na podobnej zasadzie jak w wypadku Kękę za czasów Takich Rzeczy.

Nie można jednak powiedzieć, że Książę Kapota wypuścił album, gdzie wszystko broni swoim urokiem osobistym. Warszawiak zadbał o to, by słuchacz się nie nudził, a w dodatku nucił sobie utwory pod nosem. Refreny w Fashion Killa, Melo u Kapoty (genialna klubówka!) czy Liście Gości VIP to energetyczne, chwytliwe wersy.

Samozwańczy Szef Wszystkich Szefów znalazł miejsce na treści mniej imprezowe. Nie wszystko na teraz zaraz po imprezowej bombie, jaką jest Melo u Kapoty czy Streetlife z gościnnym udziałem Peji. Te bardziej klasyczne, poważne wstawki tonują album, choć brzmią one bardziej jak trueschoolowcy w 2008 roku niż 2019, jednak pasuje to do autora Kapo Di Tutti Capi.

Historia tworzy się na naszych oczach

Cokolwiek by nie mówić o Księciu Kapocie, trzeba przyznać mu jedną rzecz. Raper pisze historię. Jak inaczej określić obecność Tedego i Peji na jednym albumie? Beef między warszawiakiem a poznaniakiem trwa już od dekady, więc ich dwie ksywy pojawiające się na tej samej trackliście to spore wydarzenie.

Cała lista nazwisk, które pojawiły się u Kapoty to jedno wielkie, nieme “wow”. Malik Montana w W2P, R.A.U. w Hajsuminati, Tede, Peja, Ten Typ Mes (!) i jeszcze cała zgraja w Liście Gości VIP. Szef Alkopoligamii postawił początek bieżącego roku pod kątem gościnek, ale nikt nie spodziewał się takich odlotów. Co wcale nie znaczy, że występ u Księcia był zły! Mes potrafi odnaleźć się w chyba każdej stylistyce. Należy jednak uznać wyższość TDF-a nad Tym Typem – wyśpiewane Syp, syp, syp, syp/Zanim przyjadą psy/Pie*dolniem se po torbie/Pie*dolniem ja i ty skradło wszystko.

Nie można pominąć jednak VIP-ów. Agresywne wejście Frostiego Rege z wersami Moi ziomale to ZOO, ZOO/Twoi ziomale to psy, psy i dalszy ciąg zwrotki, nie dający odpocząć słuchaczom sprawia, że szczęka wraca na swoje miejsce dopiero przy Głowie PMM. Od dobrej strony pokazali się również Jongmen i KaeN.

Kapo Di Tutti Capi to ciekawa obserwacja. Przesiąknięty przestępczą Warszawą album to jednocześnie dowód na ewolucję polskiego rapu. Kilka lat temu Książę Kapota zostałby zlinczowany, wyśmiany i wyklęty za taki materiał. Do tego projektu podchodziłem nieco jak do swego rodzaju eksperymentu społecznego, mającego na celu sprawdzić tolerancję polskich słuchaczy. Po przesłuchaniu całości kilka razy, w pełni rozumiem koncepcję, a Książę Kapota – Kapo Di Tutti Capi trafia na moją listę guilty pleasure.

Ocena: 7/10