Kolce na ulicy i kac po MDMA – Free Trip

Free Trip
fto. oficjalny FB zespołu/Michał Przewoźnik

Rock żyje i ma się świetnie. Wbrew pojawiającej się coraz częściej opinii, że gitary elektryczne odchodzą do lamusa, cały czas pojawiają się ciekawe wydawnictwa. Niekoniecznie odkrywcze i nowatorskie, jednak dojrzałe i szczere, tak jak drugi krążek Free Trip.

Mam nadzieję, że nie martwicie się o moje zdrowie. W końcu to kolejny już artykuł na temat zespołu, który nie przestraja gitar w okolice rejestrów słyszalnych przez wieloryby. Nie czczą również szatana, nie wędrują w kosmos ani nie składają pokłonów zieleni. Spokojnie, wszystko w porządku. Po prostu czasem warto odpocząć i posłuchać czegoś innego. A że doceniam fajne płyty nieznanych kapel, to i chętnie się tym z wami podzielę. Wszakże świat to nie tylko drop A.

Free Trip poznałem przez przypadek, organizując koncerty w pewnej, żywieckiej knajpie. Szukając świeżej krwi, natknąłem się na ekipę brzmiącą jak Nirvana. I pewnie olałbym temat, bo przecież niejeden próbował kopiować legendę z Seattle. Jednak w muzyce Free Trip było coś więcej, niż kalkowanie. Z ich piosenek biła prawdziwa fascynacja tym zespołem i ogromny szacunek. Oczywiście największe zauroczenie zdradzał wokalista (i zarazem gitarzysta), który nawet jest leworęcznym blondynem. Po przesłuchaniu kilku numerów w sieci, postanowiłem napisać do chłopaków i zrobić mały gig. Udało się, wypadli bardzo dobrze, a ja wszedłem w posiadanie debiutanckiej płyty Pain.

Chemia zabija ból

Co z tego, że album brzmiał jak Nirvana, skoro był naprawdę świetny. Pełen dzikiej energii i wkurwienia. Na Pain było dużo punka i grunge. Zresztą dalej jest, bo czasami do niego wracam. Chemia jest inna. Spokojniejsza, bardziej dojrzała, mniej nachalna, jeśli chodzi o inspiracje. A tych jest zdecydowanie więcej. Zamiłowanie do muzyki z Seattle wciąż jest wyczuwalne, ale Free Trip zaczął puszczać oczko również w stronę Wielkiej Brytanii. To właśnie po takich stylistycznych rewoltach można dostrzec artystyczny rozwój zespołu. A w tym przypadku jest on widoczny gołym okiem.

Zespół porzucił punkową agresję i szybkość na rzecz większej przestrzeni, która zdaje się czerpać ze sceny shoegaze. Jednak przesterowane gitary, oraz fajne, grunge’owe riffy to wciąż znak rozpoznawczy czechowickiej ekipy. Od punka na szczęście nie odcięli się definitywnie. Co prawda nie odlatują w kierunku klasyki pokroju Sex Pistols, to bardziej amerykańska scena. Echo Ramones wjeżdża, jednak słychać, zwłaszcza w partiach perkusji, że bliżej im do Blink 182 lub The Offspring. Przyznaję, nie jestem fanem tego typu klimatów, jednak w tym przypadku przymykam na to oko. W końcu nie jest tego aż tak dużo, by mi to szczególnie przeszkadzało. Całościowo zdecydowanie skręcają w stronę Jesus And Mary Chain, środkowego okresu Pearl Jam (przełom lat 90/00) czy późniejszych dokonań wspomnianej już Nirvany.

Rewolta = rozwój

Już pierwszy kawałek, Tak Jak Ty, przeplata w sobie luźne, rockowe podejście w zwrotkach ze ścianą shoegaze’owych gitar w refrenie. Podobną konstrukcję mamy w Ulicy. Głos Nieświadomości błyskawicznie sprowadza porównania w stronę kapeli Ride, którą jakby lizał Mudhoney. Tak, ładnie się nasłuchali chłopaki i wynieśli z tego dobrą lekcję. To, że nie odcinają się od poprzedniej płyty doskonale słychać w Odejdź, który szybko pokazuje, że wokalista dalej lubi Cobaina. Fenomenalnie punkowa jest również Burza. Szybki groove basu, fajna perkusja, pierdolnięcie na początku, spokojne zwrotki i refren na pełnej… A i miłośnicy ballad znajdą tutaj coś dla siebie, bo Kolce to też niezła propozycja.

Oprócz zmiany brzmienia i ogarnięcia kompozycyjnego, chłopaki zrobili również zwrot w warstwie lirycznej. Albo inaczej, teksty może i podobnie opisują najbliższą im rzeczywistość, jednak tu są w języku ojczystym. A to naprawdę odważny krok. Wokalista daje radę, zarówno technicznie, jak i merytorycznie. Teksty nie są głupie, a niektóre są całkiem dobre. W taki sposób, że zwracam na nie uwagę. Jak zwyklem za interpretację się nie zabieram. Powiem tylko, że moje ulubione to Kac, opowiadający o tym, że karma wraca, MDMA i Głos Nieświadomości, bo są fajne. Sprawdźcie sami. Mam tylko niewielki problem z niektórymi wersami i tym jak się rymują, ale to raczej niewielkie szczegóły.

Podsumowanie

Chemia to kawał solidnej, rockowej płyty, gdzie wszystko się zgadza. Przemyślane kompozycje, atmosfera, teksty. Gitary unikają raczej karkołomnych solówek na rzecz fajnie poskładanych riffów i klimatycznego plumkania. Są dokładnie takie, jakie powinny być. Sekcja rytmiczna nie boi się zwolnić, by po chwili przyłożyć konkretną petardą. I oczywiście wokal. Barwa i maniera są bardzo charakterystyczne, a przy okazji umiejętność dopasowania się w klimat piosenki jest tu na wysokim poziomie. To album dla tych, którzy nie szukają w muzyce odkrywczych połączeń za wszelką cenę. Ci się rozczarują. Fani klasycznego, rockowego grania będą zadowoleni. Jednak ludzie, którzy nie idą utartymi ścieżkami i szukają mocno niezależnych brzmień, również powinni zwrócić uwagę na Free Trip, bo to naprawdę fajna rzecz.

Maciek Juraszek

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o