Eksperymenty popłacają | Sam Smith – Love Goes [recenzja]

Sam Smith w końcu powrócił z nowym albumem studyjnym! W ostatnim czasie wokalista skupił się na wydawaniu pojedynczych singli oraz gościnnych udziałach u innych artystów. Na szczęście w końcu otrzymaliśmy długo oczekiwany album zatytułowany Love Goes. Czy warto było czekać na następcę The Thrill Of It All?  

Sam Smith – Love Goes

Osobiście mam pewien problem z twórczością Sama Smitha. Z jednej strony uwielbiam jego barwę głosu oraz wrażliwość artystyczną. Z drugiej jednak ciężko dostrzec w jego muzyce większej różnorodności i poszukiwań optymalnego brzmienia. Debiutancki album był powiewem świeżości na muzycznej scenie, a artysta szybko został nazwany „męską odpowiedzią na Adele”. Na debiucie pokazał, że potrafi pisać szczere piosenki, ubrane we wpadającą w ucho muzykę z ciekawymi refrenami i mocnym przekazem. In The Lonely Hour posiadało ogromny radiowy potencjał, który wytwórnia oraz sam artysta wykorzystali doskonale. Wydany dwa lata później album The Thrill Of It All, próbował kontynuować wcześniej obraną ścieżkę – z mimo wszystko gorszym skutkiem. Nie zrozumcie mnie źle – druga płyta to kawał dobrej muzyki. Jednak wtedy oczekiwałem czegoś innego, bardziej eksperymentalnego. Mam też wrażenie, że utwory z tego albumu dużo rzadziej były puszczane w antenach radiowych. 

Liryczno-eksperymentalny Sam Smith

W takim razie jaki jest najnowszy album Love Goes? W gruncie rzeczy podobny do tego, z czego słynie Sam Smith. Choć tutaj znajdziemy trochę nowych, mniej oczywistych elementów. Owszem, to dalej jest bardzo liryczny, głęboki i dość ambitny materiał – szczególnie w warstwie lirycznej.  Więcej eksperymentów znajdziemy w muzyce i produkcji krążka. Wokalista częściej sięga do elektroniki. Wiele utworów wspieranych jest syntezatorami – czasem wychodzą one na pierwszy plan, a czasem słyszymy je w oddali. Przykładem tego bardziej dyskotekowego brzmienia może być singiel Diamonds, który promuje nowy krążek. Podobny trend można odnaleźć w piosence So Serious – swoją drogą, to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. 

Nie wszystko się udało

Mimo że bardziej taneczne brzmienie generalnie okazało się dobrym pomysłem, to nie obyło się bez kilku mniejszych bądź większych wtop. Najbardziej rozczarował mnie utwór Dance (’Til You Love Someone Else), który brzmi bardzo kiczowato. Przy każdym odsłuchu albumu – to właśnie w tym momencie miałem ochotę go zakończyć. Niezbyt spodobała mi się również nagrana z Burna Boyem piosenka My Oasis. Odebrałem to trochę jako przerost formy nad treścią, a wokal Sama zupełnie nie pasuje to charakterystyki utworu. Na szczęście druga kolaboracja na krążku wybrzmiewa już zdecydowanie mocniej! Tytułowy numer nagrany z Labirynthem udowadnia, że można świetnie żonglować brzmieniem, konwencją. Całość zaskakuje bardzo mocno na plus. Słucha się tego świetnie i obok wspomnianego wcześniej So Serious – jest to najlepsza pozycja na krążku. 

Za to go pokochaliśmy!

Elektroniczne utwory dominują w pierwszej części albumu, potem do głosu dochodzi „stary” Sam Smith, gdzie pierwsze skrzypce odgrywa fortepian, czasem gitara akustyczna czy smyczki. Wtedy czuć melancholię i bardzo podniosły klimat. Mówię tu głównie o utworach For The Lovers That I Lost czy Breaking Hearts. Całość zamyka całkiem udany singiel – Kids Again. Sam Smith to jeden z najlepszych wokalistów w szeroko pojętym popie. Jego charakterystyczna barwa głosu świetnie sprawdza się powolnych, snujących się balladach, ale zaskakująco dobrze zgrywa się tymi bardziej żywiołowym, radiowymi singlami. Udowadnia to zarówno w nowym materiale, jak również w wcześniej opublikowanych utworach, które na krążku znajdziemy jako Bonus Tracks. Pojawiają się tutaj m.in. nagrane z Normani – Dancing With A Stranger, How Do You Sleep? czy przebojowy Promises stworzony z Calvinem Harrisem. 

Podsumowanie

Love Goes to nie jest album, na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie jest to też album, który wszedł mi od pierwszego odsłuchu. Krążek nie popełnił tych samych błędów, co poprzednik. Sam Smith też nie odcina kuponów od popularności, a próbuje na nowo zdefiniować swój charakter i brzmienie. Artysta jedną nogą wszedł w mocno dyskotekowe klimaty, jednak cały czas pokazując swoją wrażliwą stronę. Bardzo szanuję za próby i eksperymenty. Być może nie wszystko wyszło tak, jakbym tego oczekiwał, jednak słuchając całości bawiłem się dużo lepiej, niż miało to miejsce przy okazji poprzednika. Krążek być może nie wejdzie do kanonu współczesnego popu, ale wielu może umilić najbliższe jesienne wieczory. 

OCENA KOŃCOWA
7/10

Sam Smith - Love Goes