Zapiski intymne – dlaczego trzeba je przeczytać?

Zapiski intymne

“Pieścimy się całymi godzinami, choć zbyt rzadko jesteśmy naprawdę kochankami. Dziś zdarzyło się to po raz trzeci” – tak pisze w swym (niby)dzienniku Anna Świrszczyńska. Podobnych fraz jest w Jeszcze kocham. Zapiski intymne dużo, o wiele za dużo. Po skończeniu, zadałam sobie pytanie: po co?

Po co było wydawać zapiski intymne? Większość z nich nie powinna w ogóle ujrzeć światła dziennego. Są to bowiem zapiski intymne w dosłownym znaczeniu. O miłości, o starzejącym się ciele, o pieszczotach młodszych, nawet o kilkanaście lat, kochanków. Mam wrażenie, że niewielka ilość osób będzie w stanie dotrwać do końca. A tekst, który pełni funkcję wstępu i zakończenia, wcale tego zadania nie ułatwi. Zastanawiam się nawet, czy na okładce książki widnieje właściwe nazwisko. Miałam wrażenie, że czytam, nie prywatny dziennik Anny Świrszczyńskiej, a rozprawę naukową Wioletty Bojdy.

(Nie)obiektywna biografia

Wioletta Bojda to literaturoznawczyni, wykładowczyni Uniwersytetu Śląskiego i badaczka twórczości Anny Świrszczyńskiej. To właśnie ją córka poetki poprosiła o opracowanie zbioru zapisków matki. Bojda napisała biografię artystki w całkiem przyzwoitym stylu. Niestety jest to tekst bardzo stronniczy. Odnoszę wrażenie, że autorka pastwi się nad Świrszczyńską. Wytyka jej najgorsze błędy. Jest niewyrozumiała dla cierpienia, jakie przechodziła artystka.

Wioletta Bojda przedstawiła Annę Świrszczyńską jako najgorszą egoistkę, złą żonę, złą matkę i złą kobietę. A nade wszystko złą poetkę. Ze wstępu dowiemy się, że Świrszczyńska non-stop błagała Związek Zawodowy Literatów Polskich o dofinansowania, które umożliwiłyby jej napisanie beznadziejnych wierszy. Dowiemy się też, jak bardzo samolubna była. Jak mało wyrozumiałości miała dla swojego męża, który postanowił związać się z młodszą i chorą Poświatowską. Dowiemy się, że nie umiała dogadać się z córką, że córka jej wręcz przeszkadzała. Dowiemy się, że była okropną kobietą, która powinna w spokoju umierać.

A przecież Świrszczyńska to poetka, która wydała tomik poezji Jestem baba. To przecież wiersze, które w latach 70. ubiegłego wieku zrewolucjonizowały myślenie o kobiecości. Wiersze, które wyprzedziły swoją epokę. W kraju, w którym wciąż niewiele mówi się o “niewolnicach cudzej miłości”, wiersze Świrszczyńskiej powinny być docenione, a nie spychane na drugi tor.

Wioletta Bojda nakreśliła obraz poetki, której twórczość jest nic niewarta, a elementem tego obrazu są Zapiski intymne, które w takim kontekście stają się jeszcze gorsze. Obawiam się, że jedyną pozytywną rzeczą w tej biografii jest zręczne przejście wstępu – w zapiski; zapisek – w zakończenie. Obie rzeczy łączą się bowiem w jedną całość.

To dlaczego czytać?

I tu pojawia się pytanie, czy w ogóle warto sięgnąć po tę książkę, a jeżeli tak, to dlaczego. Wydawać by się mogło, że tych zapisków, które bezwzględnie obnażają poetkę ze skóry, nie warto czytać. Że zapiski, które tak bardzo wnikają w prywatność człowieka, prywatność z której nie każdy chce się zwierzać, nie powinny zostać wydane.

Uważam jednak, że Zapiski intymne mogą uświadomić, iż ludzie po 60. roku życia nadal są ludźmi i nie zatracili swego popędu. Temat seksualności seniorów wydaje się nie istnieć, jakby tej seksualności nie było. A ona jest. Ludzie starsi też chcą być kochani, też chcą słyszeć miłe słowa, też chcą zawierać związki. I właśnie dlatego ludzie powinni przeczytać tę książkę. Ponadto Zapiski intymne są pretekstem do sięgnięcia po wiersze. Ci, którzy nie ulegną obrazowi naszkicowanemu przez Bojdę, mogą przeczytać również twórczość poetki.

Mam również nadzieję, że wydawnictwo W.A.B pójdzie o krok dalej i wznowi wydanie utworów poetki, bo są one potrzebne. Szczególnie, że młodsze pokolenie może zupełnie o niej zapomnieć.