Dla pisarza wejście od czasu do czasu w inny gatunek to pomysł ryzykowny, choć teoretycznie bardzo sensowny. I Wojciech Chmielarz już takie próby podejmował – wystarczy przypomnieć sobie Królową głodu. Wątki paranormalne też już były, choćby w bardzo dobrych Zbędnych. Tym razem padło na horror, czyli Tam, gdzie zmrok zapada szybciej. Czy ta próba grozy się udała?
Z małymi miasteczkami zawsze jest coś nie tak
Pasło na Podkarpaciu to mała miejscowość, idealna do tego, by ukryć się w niej przed demonami przeszłości. To właśnie tam mieszka Szwed. To człowiek sprawiający wrażenie kogoś, kto w przeszłości sporo narozrabiał. Teraz liczy już tylko na względny spokój, ale poza nastoletnią pasierbicą, która nieustannie daje mu w kość, pojawiają się też znacznie poważniejsze problemy. Śmierć pewnego chłopaka w niewyjaśnionych do końca okolicznościach to już za dużo – coś złego dzieje się w Paśle. Upiory przejmują kontrolę nad żyjącymi, mącąc im w głowach swoim słodkim głosem, a niektóre miejsca po prostu muszą być nawiedzone.
Zbrodnia i kara
Tam, gdzie zmrok zapada szybciej ma to, co najlepiej działało we wcześniejszych książkach autora, czyli świetnie wykreowanych bohaterów. Wojciech Chmielarz zawsze doskonale buduje sylwetki i portrety psychologiczne, niezależnie od tego, czy opisuje protagonistę, czy poboczną postać. Każdy w tej powieści jest na swój sposób interesujący i prawdziwy. I takich bohaterów najbardziej lubią czytelnicy, zwłaszcza kryminałów – lubimy to poczucie, że moglibyśmy spotkać kogoś takiego na ulicy. W Tam, gdzie zmrok zapada szybciej na prowadzenie w konkursie o najbardziej ciekawą postać wysuwa się oczywiście sam Szwed. Dzięki rozdziałom-flashbackom poznajemy jego młodzieńcze lata i coraz lepiej poznajemy jego motywacje, problemy i to wszystko, co uczyniło go tak oschłym i niedostępnym.
Autor zaskakująco dobrze oddaje też wewnętrzny konflikt Sylwii – matki, która mimo miłości do dziecka, nie jest ślepa na jego wady. Przekonuje nas też na swój sposób irytująca, ale twardo stąpająca po ziemi Tamara i cwany Arturo.
Zjawy i upiory
Motyw paranormalny jest najsłabszą częścią powieści. Tam, gdzie zmrok zapada szybciej oczywiście kręci się wokół dziwnych zdarzeń, ale nie da się nie odnieść wrażenia, że znacznie lepszy byłby z tego kryminał. W efekcie książka stoi trochę na gatunkowym rozdrożu. To bardziej thriller z elementami grozy niż pełnoprawny horror, ale elementy grozy częściej przeszkadzają, niż rzeczywiście budują napięcie. I niestety to, co zazwyczaj w horrorach najsłabsze, i tutaj nie wypada najlepiej. Końcówka jest trochę zbyt przekombinowana (chciałoby się napisać „przebiegana”, bo zaczyna się walka o przetrwanie, ale walka w znaczeniu dosłownym). Musi się polać trochę krwi, trochę ognia musi buchnąć czytelnikowi w twarz. Plot twist może i łapie za serce, ale to chyba trochę za mało. I choć ostatni rozdział nie skręca w stronę oczywistego zakończenia horroru to jednak kończymy książkę z poczuciem, że czegoś nam brakowało.
Zemsta, zemsta, zemsta na wroga
Książkę czyta się bardzo szybko, mimo że do najmniejszych nie należy. To zasługa wartkiej akcji i przemyślanej struktury. Wojciech Chmielarz, jak to ma w zwyczaju, i tym razem poprzez swoich bohaterów daje czytelnikom pewien komentarz (a może nawet kilka) dotyczący spraw bardziej przyziemnych i jak zwykle wychodzi mu to świetnie – dlatego też sylwetki Leonidasa i jego ojca wybrzmiewają tak głośno, choć obaj nie zajmują w książce wyjątkowo dużo miejsca. Lektura zapewni czytelnikom wiele rozrywki, a wyrazista okładka ucieszy oko. Warto też posłuchać audiobooka z głosem Przemysława Bluszcza, który wcześniej czytał chociażby serię o Bezimiennym. Fanom autora pozostaje więc czekać na kolejne książki – najlepiej powrót do kryminału, w którym Chmielarz chyba nadal czuje się najmocniejszy.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.



