Emily St. John Mandel – Stacja Jedenaście [recenzja]

Czy myśleliście kiedyś o tym, jak by to było utracić wszystko, do czego jesteście przywiązani w swoim życiu? Wszystko, wliczając każdą wartość, jaką cenicie? Każdy okruszek nadziei? Tak smutną i przerażająco realną wizję tworzy Emily St. John Mandel w książce „Stacja Jedenaście” przez pryzmat swej częściowej apokalipsy rodzaju ludzkiego.

Nic dwa razy

Świadomość przemijania, tak ściśle związana z poczuciem niemocy względem utraty kolejnych elementów rzeczywistości, które są dla nas ważne – tylko tyle wystarczy, by pogrążyć istotę ludzką (przyp. red.). Emily St. John Mandel zdaje się to wiedzieć, kreując grono bohaterów „Stacji Jedenaście”. Dlatego większość z nich stawia na pierwszym miejscu wartości niematerialne. Stąd też ciekawy motyw przewodzący „głównej” grupie, wokół której okręca się historia – by podróżować i wystawiać sztuki teatralne. Innymi słowy, by przekazać umiłowanie do sztuki, do wartości intelektualnych nie przez obiekty, do których nawykliśmy w obecnych czasach, a raczej przez czyny, jak to miało miejsce w starożytności; z ust do ust.

Wbijając wzrok w pustą przestrzeń

Nie wystawiajcie nosa na elementy nadnaturalne – to nie jest kolejna powieść o strzelaniu do mutantów. Potwory są zbędne, kiedy to bezwzględna siła natury potrafi zasiać ziarno niepokoju znacznie głębiej od najszkaradniejszej bestii. I tak oto dostajemy powieść o garstce osób pragnących żyć, próbujących zapomnieć o tym wszystkim, co stracili w wyniku światowej epidemii śmiertelnej choroby.

„Stacja Jedenaście” pozostawiła mnie w stanie głębokiej zadumy i smutku – łatwo za jej sprawą zacząć współczuć bohaterom tak namacalnie ludzkim, bo takimi udało się ich wykreować. Choć znajdziemy tu konkluzję powieści, w którą sprytnie wplata się zresztą kwestia jej tytułu, to nie odczułem po jej zakończeniu jakiegoś usilnego natłoku emocji. Przeciwnie, raczej świadomość ulotności wszystkiego, czyli cechy będącej silnym filarem książki.

Żyjąc w desaturacji*

Dla kogo? Dla fanów apokaliptycznych wizji świata które nie są w swoich opisach przesadnie udziwnione. Czytaliście „Kantyk dla Leibowitza”? „Drogę”? Spodobały Wam się? W takim razie i „Stacja Jedenaście” przypadnie Wam do gustu. Szarobury, wybrakowany świat i zmagania „zwykłych”, równie szarych ludzi z nową codziennością; oto, co odkryjecie na kartach tej powieści. Mają oni swoje dziwactwa, przeróżne sposoby na ucieczkę przed wszystkim, co zdarzyło się przed piętnastoma laty (czyt. wymarciem ludzkości). Można poczuć, jak śmiertelni i naturalni są oni – i jest to, jak sądzę, najlepsza strona tej szczupłej (niecałe 350 stron), melancholijnej powieści.

Wydanie książki nie odbiega od norm, do jakich przyzwyczaiły nas nowe serie wydawnicze innych tytułów z gatunku postapo. Ponura, choć nie bez akcentu kolorystycznego okładka robi swoje. Trafiło się tu i ówdzie trochę literówek, co nie przeszło zresztą bez echa wśród niektórych czytelników, ale ogólne wrażenie przy obcowaniu z książką określiłbym na mocne 4+.


Dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc za egzemplarz recenzencki.

*obrazowej, rzecz jasna