Przedstawiamy fragment powieści “Miasto świętych i złodziei”!

miasto świętych i złodziei

Nie wiesz o czym jest powieść i czy Ci się spodoba? Przeczytaj fragment Miasta świętych i złodziei na naszej stronie!

Jeden

Jeśli zamierzasz zostać złodziejem, zacznij od przyswojenia zasady, że nie istniejesz. Mówię poważnie, musisz to dobrze opanować. Stać się mistrzem. Robal mnie tego nauczył. Jeśli będziesz istnieć, możesz wzbudzić zainteresowanie osoby, która zacznie się zastanawiać, kim jesteś. Będzie chciała wiedzieć, kto pozwala ci grasować w okolicy. Gdzie będziesz dziś spać. Czy będziesz dziś spać. Jeśli będziesz istnieć, nie dasz rady przemykać wśród ciał, ciepłych ramion i barków pachnących pracą i mydłem. Nie poświęcisz czasu na wybór swojego celu: grubej kobiety w różu i złocie. Nie wpadniesz na nią i nie dasz nogi z jej portfelem, tkwiącym już w twoich spodniach. Jeśli będziesz istnieć, nie prześlizgniesz się między prętami w oknie. Twoje kroki mogą zaskrzypieć na drewnianej podłodze. Twój pot może wydzielać zbyt intensywny zapach. Tobie może się to przytrafić. Mnie nie. Ponieważ ja jestem najlepszym złodziejem w mieście. Ja nie istnieję.
Siedzę na drzewie mango wystarczająco długo, by zgnieść siedem komarów. Czuję, jak ciepła krew spływa mi między palcami. Bóg jeden wie, ile już mam ugryzień. Mrówki dobierają się do dolnej części moich pleców. A jednak Siostra Gladys, błogosławcie ją, nie zasypia. Przez szybę widzę ją – skąpaną w poświacie telewizora w pokoju wspólnym. Jej twarz jarzy się niebieskim blaskiem, a brzuch trzęsie ze śmiechu. Stopy oparła na taborecie, palce wyginają się pod różnymi kątami niczym rogi antylopy. Zastanawiam się, co ogląda, odpoczywając, gdy wszyscy uczniowie już śpią. Powtórki Bajera z Bel-Air? Churchill Raw? Co śmieszy zakonnice? Sprawdzam godzinę na telefonie i przez chwilę  rozważam możliwość, by wrócić tu jutro i wynieść ten antyczny telewizor raz na zawsze. Czy ona nie powinna się w tym czasie modlić?
Ósmy komar. Burczy mi w brzuchu. Naciskam na niego i dźwięk ustaje. W końcu głowa siostry opada. Czekam, aż rytm jej oddechu się ustabilizuje, a potem powoli opuszczam się po drugiej stronie muru otaczającego szkołę. Pies stróżujący materializuje się z ciemności i rusza w moją stronę. Podnoszę ręce. Brudas skacze na mnie i ślini mi twarz.
– Cii… – uciszam jego skomlenie. Merdający ogon chłoszcze mnie po nogach, gdy idę w stronę umywalni na tyłach sali sypialnej.
– Co tak długo? – pyta Kiki, otwierając skrzypiące okno.
Wzdrygam się na ten dźwięk i rozglądam, chociaż wiem, że na uprzątniętym podwórzu jest tylko Brudas. Opiera się o moje udo i dyszy zadowolony, gdy głaszczę miękkie futro między jego uszami. Brudas i ja jesteśmy starymi kumplami.
– Siostra Gladys buja się w Willu Smicie – mówię.
Moja siostra prycha i podaje mi bielutką bułeczkę przez kraty w oknie, mające powstrzymywać złodziei, takich jak ja. Smakuje słodko, jak prosto ze sklepu. Daję kęs Brudasowi, który połyka całość za jednym zamachem, oblizuje się i skomle.
– Wszystko w porządku? – pytam między gryzami.
– Pingwiny nie biją cię zbyt mocno?
Kręci głową.
– Jak u ciebie?
– Na moim dachu nie ma pingwinów. Nie latają.
– Wiesz, co miałam na myśli, Tina.
– W porządku – mówię. – Hej, przyniosłam ci coś. – Szperam w torbie i wyciągam paczkę ołówków numer 2, zawiniętych w celofan. Przeciskam ją przez kraty.
– Tina…
– Poczekaj, mam coś jeszcze. – Zanim zdąży zaprotestować, wyławiam zeszyt. Na okładce widnieje rysunek z uśmiechniętymi dziećmi oraz słowa „Czas do szkoły!”, zapisane ciemnymi, drukowanymi literami. Popycham rzeczy w jej stronę. Skupia wzrok na tatuażach pokrywających moje ramiona.
– Dostanę przybory szkolne od zakonnic – zapewnia.
– Nie musisz ich dla mnie kraść.
– Dostaniesz ochłapy, których nikt nie chciał. Nie musisz przyjmować od nich jałmużny. Zasługujesz na coś lepszego.
– Ale ty dajesz mi jałmużnę.
– To co innego. Jesteśmy rodziną.
Nie odpowiada.
Zostawiam prezenty na parapecie i robię krok w tył.
– Nie ma za co.
– Tina – wyrywa się jej – nie możesz mieszkać na ulicy do końca życia.
Zapinam torbę.
– Nie mieszkam na ulicy. Mieszkam na dachu.
Kiki robi tę minę, kiedy drga jej brew – wygląda wtedy jak mama. Za każdym razem, gdy tu przychodzę, dostrzegam w niej coraz większe podobieństwo do matki, co czasem boli, ale to i tak lepiej, że przypomina mamę niż jego. Jego ślady widać w jej jaśniejszej skórze i oczach, w delikatnych lokach. Wciąż można dostrzec, że jesteśmy siostrami; wolałabym jednak, żeby nie było widać od razu, że siostrami przyrodnimi. Oczywiście nigdy bym jej tak nie nazwała. Nienawidzę tego słowa. Przyrodnia siostra. Jakby była nią tylko w połowie. Ale nie da się ukryć, że tata Kiki, w przeciwieństwie do mojego, jest biały. Wymsknęło się jej kiedyś, że inne dziewczyny wołają na nią „Połówka”, pół czarna, pół biała. Zażądałam, żeby zdradziła mi ich imiona, ale odparła tylko: „One nie mają nic złego na myśli. Przezwisko mi nie przeszkadza, a poza tym nie możesz zacząć bić dzieci”. Ale czasami widzę, jak patrzy na moją ciemną skórę i porównuje ze swoją, i dobrze wiem, że zastanawia się, jakby to było być taką jak inni, zamiast Połówką”, sierotą.
Kiki ściska rozdzielające nas pręty, jakby mogła je wyrwać. Nie skończyła mówić.
– Możesz zostać tu ze mną. Wiesz o tym. Siostra Eunice pozwoliłaby ci. Nie jesteś za stara. Wpuściła inną szesnastolatkę. Mają tu mnóstwo książek, pianino i…
– Cii! – Przykładam palec do ust. – Nie tak głośno.
Ogląda się przez ramię, lustrując ciemną umywalnię. Z oddali słyszę kaszel innej dziewczyny.
– Mówię poważnie, Tina – szepce, odwracając się. – Mogłabyś dostać stypendium naukowe, jak ja.
– Daj spokój, Kiki, przecież wiesz, że przysługuje tylko jedno na rodzinę.
– Ale…
– Dość – ucinam ostro. Zbyt ostro. Kiki kuli się lekko.
– Hej – sięgam ręką przez kraty, by przygładzić pasma jej włosów, które wymsknęły się z warkoczy. – Dzięki za kolację. Muszę lecieć. Mam spotkanie z Boyboyem.
– Nie idź jeszcze… – Przyciska twarz do metalowych prętów.
– Bądź grzeczna, dobrze? Odrabiaj pracę domową. Nie daj się złapać pingwinom poza łóżkiem.
– Przyjdziesz w następny piątek?
– Jak zawsze.
Delikatnie odpycham od siebie Brudasa i sprawdzam, czy torba ciasno przylega do pleców. Wchodzenie po murze, by się stąd wydostać, jest zawsze trudniejsze od wspinania się na drzewo, by tu wejść, a nie chcę zahaczyć o drut  kolczasty ani odłamki szkła zatopione w betonie. Kiki wciąż mnie obserwuje. Zmuszam się do uśmiechu. Przez moment jej twarz jest nieruchoma, później łagodnieje. W końcu ona też się uśmiecha. Przez pół sekundy – istnieję.
A potem znikam w mroku.