“MM Mickey Mouse Mystery Magazine”. Niezwykła (i zapomniana) seria komiksowa

MM Mickey Mouse Mystery Magazine
źródło: Unsplash/Daniele Franchi

Włoscy fani komiksów Disneya zawsze mieli swoje ulubione sagi. Pierwsza z nich, znana również w Polsce, to seria o SuperKwęku (mam na myśli – między innymi – Imperator kontratakuje). Druga to MM Mickey Mouse Mystery Magazine i nie byłoby w tym nic dziwnego, oprócz tego, że one nigdy nie zostały wydane w naszym kraju, nawet w oryginalnym języku… I właśnie tym tematem dzisiaj się zajmiemy.

Problematyczne szukanie

Mimo wszystko, zacznijmy od polskiego źródła, czyli strony internetowej, której domena nosi tytuł kaczordonald.fandom.com/pl – mamy tam niewielki artykuł, aczkolwiek bardzo znaczący. MM Mickey Mouse Mystery Magazine był włoskim miesięcznikiem (dwanaście części) publikowanym od maja 1999 do marca 2001. Seria do dziś jest uznawana, prócz PKNA, za najlepszą sagę komiksową Disneya. Była utrzymywana w stylu noir – jest to bardzo ciekawe, ponieważ słowo “noir” kojarzy się nam z filmem. Dla tych, którzy mogą nie wiedzieć, już tłumaczę: “noir” to stylistyka bądź gatunek w kinie amerykańskim, wywodzący się z kina gangsterskiego. Był znany szczególnie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku. Czujecie to…? Było jasne, iż zawarte w nich – czyli w dwunastu numerach tego miesięcznika – opowieści skierowano bardziej do dorosłych czytelników, a nie do dzieci.

Główną i najważniejszą postacią była oczywiście Myszka Miki.

Akcja toczyła się w fikcyjnym Andreville, czyli chaotycznej metropolii wzorowanej na Nowym Jorku (dla mnie to kolejny plus!). Rzecz jasna, wszędzie grasowali przestępcy. Autorzy za wszelką cenę chcieli wyłamać się z typowego, tradycyjnego przedstawiania znanej myszki – w tej sadze bohater nie miał nawet przyjaciół, a złoczyńcy drastycznie różnili się od Czarnego Piotrusia (albo, jak kto woli, Pete’a) czy Fantomena, którzy są nam (i dzieciom) dobrze znani. Szalone? Myślę, że nie… Oryginalnie. Ale to nie koniec! Złoczyńcy atakowali znienacka, przez co protagonista nie ufał nawet znajomym i czuł się nieswojo w wielkim mieście. To dopiero był kosmiczny pomysł na fabułę!

A propos fabuły…

Głównie chodziło o wyjaśnienie zagadki, co do tajemniczego zaginięcia przyjaciela postaci, Sonny’ego Mitchella. Miki opuszcza swój Myszogród i próbuje rozwikłać sprawę – ryzykując własnym życiem(groźnie, czyż nie?). Po jakimś czasie przebytym tam, najpierw zaprzyjaźnia się z Little Ceaserem, czyli specyficznym barmanem, a później zostaje pomylony z kryminalistą. Kiedy zdołał już udowodnić swoją niewinność i zamierzał opuścić Andreville, sprawy się komplikują. Musiał pozostać na miejscu, czekając na dalsze dochodzenie, jednocześnie dowiadując się o tym, iż Sonny pozostawił mu agencję detektywistyczną. To doprowadziło do tego, że Miki stał się – a jak! – detektywem i zaczął brać udział w akcjach, które niezbyt pasowały do tradycyjnego wizerunku myszki.

Co poszło nie tak?

Przecież wszystkie ułożone gwiazdy widoczne na niebie wskazywały na to, że to musiało się udać! Tym bardziej, że rysowaniem zajął się wybitny twórca Giorgio Cavazzano – to on narysował fikcyjną metropolię i zdecydował o gamie kolorów; były one ciemne i zimne, oddające niezwykły klimat. PRAWIE jak Gotham City, czyli miasto Batmana. Zaś głównym autorem i scenarzystą był Tito Faraci; współpracował on z Francesco Artibianim, który również jest uważany za twórcę serii. Swoje zdolności i popisy w sadze pokazali rysownicy tacy jak Silvio ComboniegoPaolo MotturaMarco Palazzi czy Giuseppe Zironi. A mimo tego, firma Disney wcale nie była tak bardzo “szczęśliwa” tym wszystkim jak zachwyceni (!) czytelnicy.

Pracownicy i działacze tłumaczyli się tym, że nowoczesny Miki był odległy od swojej wersji z lat trzydziestych i czterdziestych. Troszkę może to dziwić, bo zaczęli o tym mówić po fakcie… Ale jeszcze uważali, iż Topolino miało – głównie – grono odbiorców wśród dzieci. Tutaj nie ma żadnej niespodzianki. Jednakże posunęli się nawet do tego, że od drugiego do piątego numeru widzimy sceny, które pokazały naszego bohatera, oglądającego filmy na ekranie kinowym, jakby to były tylko historie z nim w roli głównej. Moim zdaniem takie działanie jakoś się nie kleiło. A na końcu, niestety… niska sprzedaż. To wszystko spowodowało i przesądziło o zakończeniu serii, nie pomogły protesty fanów, którzy uznali jednogłośnie MM Mickey Mouse Mystery Magazine za świetny eksperyment.

Było miło, ale się skończyło. Za wcześnie.

To bardzo dziwne, ponieważ ta saga pojawiła się – moim zdaniem – w złotym okresie świetności komiksów Disneya. Została nawet przetłumaczona na takie języki jak niemiecki, grecki, hiszpański, francuski… i nie, po angielsku nie. Dobrze przeczytaliście, nie ma angielskiego tłumaczenia. Możemy znaleźć, dobrze przeszukując Internet, tytuły po angielsku lub jakieś wybrane dymki, lecz jest to bardziej “fanowska” robota. Ba, polskiego też nie – jednakże ten fakt akurat nie powinien nikogo zdziwić. Co ciekawe, jakieś osiem lat temu był dostępny nawet blog w Internecie ze screenami wszystkich odcinków! Niestety, ta strona internetowa zniknęła. Dzisiaj możemy znaleźć tylko fragmenty w różnych językach – bo pojawiają się, co jakiś czas, nowo tworzone blogi, ale to już nie to samo, co kiedyś i chyba nie ma pełnego, solidnego zbioru – w tym fantastyczne okładki, które zawsze przyprawiały mnie o dreszcze.

Puenta?

Brak. Bardziej rozgoryczenie i żal. Rozgoryczenie, bo MM Mickey Mouse Mystery Magazine zostało tak okrutnie przerwane i potraktowane. Żal, bo nie zostało to przetłumaczone nawet na język angielski. Jeśli chodzi o tłumaczenia, to w sumie jest to nawet logiczne, ponieważ w każdym, takim i podobnym przedsięwzięciu, liczą się pieniądze. Aczkolwiek, gdyby zrobili to – na przykład – włoscy fani w ramach “wolontariatu”, to kto wie… Później, z angielskiego przetłumaczyłoby się na wiele innych języków, nawet na polski. Tylko czy ktoś na ten pomysł, prócz mnie, wpadnie? Chociaż… mam świadomość, że wiele osób próbowało się tego podjąć, aczkolwiek wyszło jak wyszło, czyli właściwie nic. Może kiedyś…