Gdzie człowieczeństwo to pojęcie względne

Zbudzone Furie

Najpierw Modyfikowany Węgiel, następnie Upadłe Anioły, a teraz wreszcie Zbudzone Furie. Trylogia Richarda Morgana skończona. Czy wyraźnie cyberpunkowa część trzecia historii o emisariuszu Takeshim zmywa lekki niesmak po space operze zafundowanej nam w tomie drugim?

Oto świat Harlana. Ta skolonizowana przez człowieka oceaniczna planeta dowodzi, że nawet na najmniejszej połaci lądu wystającej sponad wody ludzkość potrafi dokonać więcej zła, niżby chciała się przyznać. Dystopijna przyszłość nie rozpieszcza. Każdy metr kwadratowy planety zagarniają korporacje, a życie jej zasiedleńców nie ma dla nich zbyt wielkiego znaczenia. W przepełnione brutalnością i technologicznymi cudami realia recenzowana książka wrzuca tak gwałtownie, że nie sposób odmówić jej efektownego wejścia. Zbudzone Furie przedstawiają świat tak daleki od naszego, gdzie podbój kosmosu i nieśmiertelność są na wyciągnięcie ręki. Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają. Człowiek człowiekowi pozostaje wilkiem. Co prawda w tym wypadku wilkiem z kablami wystającymi z każdego możliwego otworu ciała. Syntetycznego.

Przyszłość, jakiej lepiej nie poznać

Gdyby tak pociągnąć tę popularną metaforę z wilkiem dalej, to główny bohater powieści, Takeshi Kovacs, jest tym największym, najszerzej szczerzącym kły zakapiorem. W tym finale trylogii po raz trzeci przyjdzie mu zabijać, kombinować, uciekać i jeszcze raz zabijać. Powraca on na wyżej wspomnianą rodzinną planetę po kilkudziesięciu latach niebytu. Dostaje nowe ciało (dosłownie) i nowy cel. Jego pracodawcy potrzebują wprawnego likwidatora. Niezaznajomiony z poprzednimi tomami czytelnik może czytać śmiało. Będzie po prostu zagubiony na równi z protagonistą. Dość powiedzieć, że w poprzednich tomach także wykonywał on czyjeś polecenia. Kolejno na Ziemi (tu będącej jak brudny relikt przeszłości) i w przestrzeni międzygwiezdnej. Fabuła pozostaje prosta jak budowa cepa: dostajemy trzecie wydanie historii o zdradzie, mordzie i iście kryminalnych zagadkach.

Jeśli pozwalasz kablom dyktować ci co robić, to jaką istotą ludzką się stajesz?

Jeżeli czytaliście poprzednie części, wiecie z pewnością, jak wprawnie autor wykreował swój wszechświat. Prawdziwe technologiczne piekło. Nanotechnologia, cybernetyka, bionika – wszystkie prześcigają się tu w ciągłym korporacyjnym wyścigu szczurów. Stąd też, równie intensywnie co w poprzednich tomach, dostajemy dziesiątki, jeśli nie setki opisów zawiłości technicznych tego uniwersum. Myśl autora sięga jednak dalej, niż granatów halucynogennych czy przechowujących na wieki świadomość użytkownika stosów. Dalej nawet od sztucznych, syntetycznych ciał, wspomaganych licznymi wszczepami, emiterami, wyrzutniami, i tak dalej i tak dalej. Świat Harlana jest bowiem tylko cząstką w ogromie opowieści o megakorporacjach, terroryzmie, fanatyzmie religijnym i kwestiach polityki wojny. Całej trylogii równie łatwo jest rozpalić wyobraźnię czytelnika, co zasypać go nadmiarem informacji.

Jak zmiennokształtny John Wick

I tu pojawia się główny mankament tak tej części, jak i serii jako takiej. Worldbuildingu nigdy za wiele, ale często te wszystkie dialogi o sytuacji geopolitycznej jedynie nużą. Przysłaniają one atuty powieści, bo autor świetnie radzi sobie z dynamiczną akcją i żal ją tak rozwadniać. Niezależnie czy mowa o walce z humanoidalnymi, cybernetycznymi monstrami z horroru, czy o dziurawieniu ludzi blasterem w rzezi a’la John Wick, w takich chwilach powieść błyszczy. Zresztą trzeba przyznać, że radzi sobie z tempem lepiej, niż ślamazarna cześć druga. Jak ja się z nią męczyłem! Odkładałem, brałem do ręki po paru dniach, czytałem chwilę, znów odkładałem. Myślę, że mniejsza skala służy perypetiom Kovacsa. Przeniesienie akcji z kosmicznej wojny na na wskroś cyberpunkową planetę było doskonałym pomysłem. Choć nadal nie dorównuje on Modyfikowanemu Węglowi.

Kolejnym plusem jest cicha metamorfoza głównego bohatera. Cierpi on na jeszcze większą żądzę mordu niż wcześniej, ale między wierszami poznajemy kolejne fakty o jego przeszłości i ludzkich odruchach. Tymczasem postaci drugoplanowe się tu dławią – nie ma w książce przestrzeni, by każda z nich rozwinęła swój potencjał. Dlatego też jedynie raptem trójka postaci zyskuje na większej głębi i więzi z czytelnikiem.

Werdykt

Jeżeli, jak ja, pokochaliście Modyfikowany Węgiel, i nie zniechęciła was zanadto druga część trylogii (wyraźnie najsłabsza), to Zbudzone Furie przypadną wam do gustu. Cyberpunkowe cuda i dziwy oraz kompleksowość świata przedstawionego was oczarują, podobnie jak wartka akcja. Uważajcie jednak, by nie zgubić się w nadmiarze obco brzmiących słów. Książkę uważam za godne zwieńczenie trylogii o Takeshim. Choć zakończenie pozostaje otwarte, to jest bardzo satysfakcjonujące – piękne, spektakularne i… gorzkie. Właściwie, poziom domknięcia większości wątków na sam koniec mnie zaskoczył. Mimo, że do wielu faktów trzeba dojść samemu, analizując wydarzenia nawet po lekturze. Tęskno będzie do tej zdehumanizowanej przyszłości. Tęskno!

PS jeżeli lubicie uprzyjemnić sobie lekturę dobrą muzyką w tle, to przyznam, że ta płyta idealnie oddaje klimat Świata Harlana.


Modyfikowany Węgiel – serial kontra książka

Recenzja Upadłych Aniołów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here