Mała historia WIELKICH maszyn – FAR: Lone Sails [Recenzja]

FAR: Lone Sails

Gry są sztuką. Z tym stwierdzeniem z roku na rok coraz ciężej polemizować. Interaktywnych doznań poruszających i skłaniających do myślenia mamy coraz więcej, a one same coraz rzadziej są jedynie pięknymi, pozbawionymi gameplayu wydmuszkami. Jak na tym tle przedstawia się FAR: Lone Sails, które niewątpliwie jest sztuką, ale czy jest także dobrą grą? 

Zanim jednak udamy się na wojaże po świecie produkcji, zdradźmy sobie nieco szczegółów czysto produkcyjnych. Jest to gra przygodowa, która ujrzała światło dzienne 17 maja 2018 roku. Jest ona debiutanckim dziełem studia Okomotive, wydanym przez podmiot o jakże atrakcyjniej medialnie nazwie Mixtvision Mediengesellschaft GmbH. FAR: Lone Sails ukazało się na komputerach osobistych, konsolach PlayStation 4 i Xbox One.

Początek podróży

Far: Lone Sails rozpoczyna się w chwili, w której nasza postać – niewielki ludek opatulony w czerwony płaszcz, szalik i czapkę, skutecznie zasłaniające jego lico, stoi przy drzewie, o które wsparty jest obraz jakiejś osoby. Nie wiemy, kim był dla niego przedstawiony na obrazie mężczyzna. Czy jest to pogrzeb, wspomnienie, czy może obietnica? Nie mamy pojęcia.

FAR: Lone Sails
Czynnik zapalny, by ruszyć w drogę?

Po chwili przejmujemy kontrolę nad postacią i udajemy się do domu. Gra tłumaczy nam w prosty i minimalistyczny sposób zasady rządzące rozgrywką, po czym zostajemy zdani całkowicie na siebie. Poza trzema okienkami wszelkie komunikaty od twórców znikają. Nie ma żadnego HUDa, żadnych dymków rozmów, ani znaczników obrażeń. Po dwóch minutach twórcy odłączają się od gracza, pozwalając mu chłonąć przygotowane przez nich dzieło.

Docieramy więc zgodnie z planem twórców do stodoły, w której znajdujemy… okomotywę – osobliwie nazwaną potężną maszynę zasilaną energią powstałą wskutek spalania różnych paliw, ale też drewna, czy innych materiałów. Początkowo, będąc wewnątrz monstrualnego konstruktu, nie mamy pojęcia do czego służy. Widzimy 3 piętra, windę i masę przycisków. Zaczynamy więc naciskać kolejno każdy z nich, odkrywając, który służy do spalania materiałów, który do uruchamiania maszyny, który do hamowania, zwiększania prędkości, czy wypuszczania nadmiernej ilości pary, aby nie przegrzać urządzenia. Uzbrojeni w tę wiedzę nabytą w wyniku prób i błędów ruszamy powoli w magiczny świat gry – inny, niż wszystkie.

FAR: Lone Sails
Wnętrze okomotywy. Każdy guzik coś robi, na haczykach możemy zawieszać przedmioty, żeby nie walały się po pojeździe podczas jazdy po wybojach.

Odyseja po starym świecie

Słowo “podróż” w przypadku tej recenzji będzie odmieniane przez wszystkie przypadki i będą tutaj wykorzystane liczne jego synonimy. Opowieść gry, wokół której zbudowana jest zresztą cała zabawa, to właśnie wyprawa, jaką odbywa nasz mały bohater w wielkiej machinie. FAR: Lone Sails to gra niema i pozbawiona jakichkolwiek informacji fabularnych uderzających w stronę gracza.

Całość historii poznajemy obserwując świat i wyciągając własne wnioski. A świat jest doprawdy intrygujący. Nie znajdziemy w nim żadnych innych osób, jedynie pojedyncze zwierzęta i szczątki dawnej cywilizacji: zrujnowane budynki, stare mosty, wykopane rowy i… masę niszczejących machin, monstrualnych stalowych gigantów leżących odłogiem prawdopodobnie od dawna.

FAR: Lone Sails
Niszczejące machiny.

Kolos wprawiony w ruch

Nasza wielka machina, która będzie środkiem transportu, ale także swoistym przewodnikiem drogi, jak już wspomniałem, zasilana jest spalaniem obiektów. Podczas jazdy będziemy znajdować różne przedmioty, które po zebraniu będziemy umieszczać na odpowiednim podeście. Po naciśnięciu dobrego guzika podest podniesie się, przedmiot zostanie spalony i zamieniony na energię.

Energia pozwoli nam uruchomić ociężałego stalowego olbrzyma, który zacznie powoli rozruszać swoje wysokie koła. Start maszyny jest zawsze wolny, ale ona sama potrafi osiągnąć satysfakcjonującą prędkość. Kiedy zacznie się przegrzewać, musimy nacisnąć kolejny guzik, a wystrzelona para doda nam kolejnego kopa do prędkości. Później maszyna wzbogaci się o kolejne elementy, ale nie chcę zdradzać Wam niespodzianki.

Jedynym zagrożeniem, jakie czeka naszego bohatera, jest zniszczenie maszyny. On sam nie może zostać przez nią potrącony, ani zraniony wskutek upadku (po skoczeniu z wysokości zacznie powoli opadać, dzięki swojemu płaszczowi). Maszynie zaszkodzić mogą warunki atmosferyczne, rozbijanie się o obiekty (jeśli zapomnimy zahamować), albo przegrzanie, niszczenie lub zapalenie się odpowiednich podzespołów. Na szczęście, na pokładzie mamy gaśnicę.

FAR: Lone Sails
To nie jest góra…

Co pozostało po świecie?

Czasami, poza samym operowaniem pojazdem od lewa do prawa, przyjdzie nam rozwiązać jakąś łamigłówkę, która pozwoli nam przejść dalej, albo ulepszyć pojazd o nowe komponenty. Wówczas będziemy musieli niekiedy wyjść z pojazdu, albo użyć niektórych jego zdolności.

Zagadki stworzone są w sposób kreatywny, ale trzeba przyznać, że nie stanowią ani wyzwania, ani nie są szalenie pomysłowe. Ot, zwykłe, proste urozmaicenie rozgrywki, które dobrze, że jest, ale nie wybija się na tle reszty. 

FAR: Lone Sails
W kadrach bardzo często ogromną rolę odgrywa niebo. Stanowi ono 2/3 niejednego kadru. Twórcy chcą prawdopodobnie zwiększyć w ten sposób nasze poczucie głębokiej samotności w tym potężnym niegdyś świecie. Podobnie sprawa ma się z niektórymi lokacjami. Zawsze jesteśmy tylko malutkim pyłkiem.

Piękno zgliszczy

Świat przedstawiony w grze zachwyca swoim pięknem. Choć gra jest ukazana od boku, to jej świat wykreowany jest w 3D. Obiekty są pełne detali, kreacja świata przemyślana i spójna, a oprawa kolorystyczna, choć nieco szarawa (co dopełnia klimatu), to potrafi zaprzeć dech w piersiach. 

Sam projekt urządzenia okomotywy jest wykonany po mistrzowsku. Pojazd wygląda jednocześnie znajomo i obco. Przywodzi na myśl niektóre z gargantuicznych osiągnięć pierwszej części rewolucji przemysłowej, a jednocześnie jest inny od nich wszystkich. Przy temacie grafiki można tak naprawdę przyczepić się jedynie do dwóch rzeczy. Czasami, podczas dynamiczniejszych scen, klatkarz spadał z 60 do 45-50 FPSów, co nie było bardzo odczuwalne. O wiele bardziej bolały za to rozmycia na brzegach tekstur, które pojawiały się czasami podczas przechodzenia między lokacjami. W ogólnym rozrachunku nie psuło to wizji ani odczucia, ale zwyczajnie nieatrakcyjnie wyglądało.

FAR: Lone Sails

Jeszcze w temacie odczuwania gry. Podróż głównego bohatera jest niezwykle klimatyczna. Szary i zniszczony świat ogląda się ze swoistą refleksją i chęcią zrozumienia, co w nim zaszło. Gra to także istny festiwal emocji: przechodzimy w nim od podziwu dla piękna lokacji poprzez chwile odpoczynku, czy pełnej dynamiki i satysfakcji jazdy, kiedy wszystko działa jak idealnie nastawiony mechanizm, aż po momenty przerażenia, czy przygnębiania nad tym, co stało się z cywilizacją. A we wszystkim tym towarzyszy nam ona…

Muzyka

Soundtrack FAR: Lone Sails jest jednym z najlepiej stworzonych i zaadaptowanych, jakich w życiu gracza doznałem. Fakt jego piękna i przejmującej symfonicznej ścieżki to jedno, ale kwestie technologiczne i estetyczne wychodzą tutaj na pierwszy plan. Pomijam już fakt, że ta gra, której ukończenie zajmuje od 2-4 godzin ma 21 pozycji muzycznych (woooow!). Tytuł przy tak bogatym wachlarzu utworów potrafi operować ciszą i robi to bardzo umiejętnie.

Sama muzyka jest towarzyszką naszej podróży. Nie stanowi ona tła, które mogłoby nie istnieć. Bez ścieżki muzycznej FAR: Lone Sails nie byłoby  takie samo. Potrafi ona przyspieszać wraz z prędkością pojazdu, potrafi gwałtownie dopasowywać się do tego, co widzimy na ekranie. Jest inteligentnie i umiejętnie wpleciona w rozgrywkę, stanowiąc jej nierozerwalny element. Nad czymś takim aż przyjemnie się pochylić, aż przyjemnie tego posłuchać. Poniżej zamieszczam Wam 3 moje ulubione utwory (bo tak! Gra wpisze się na stałe do moich playlist), ale wiedzcie, że o wiele lepiej wypadają one, kiedy po prostu się gra, bowiem wtedy wypływa ich główna siła.

Podsumowując. FAR: Lone Sails to doznanie przepiękne estetycznie, ale i gameplayowo. Nigdy nie stoimy tutaj biernie chłonąc historię, a bezustannie jesteśmy aktywnymi bohaterami tego, co dzieje się na ekranie. Gra jest bardzo krótka, możliwa do ukończenia w jeden wieczór i śmiało można ją przyrównać do Journey. Polecam ją w ciemno każdemu, kto oczekuje od gier czegoś więcej, niż prostej i odmóżdżającej rozwałki. Nie przemęczycie się nią, a możecie zaznać czegoś doprawdy pięknego. Dodatkowo tytuł ma potencjał regrywalny dla niektórych, bowiem są w nim osiągnięcia związane z sekretami do odkrycia i opcjami speedrunowania. Polecam ją osobom, które na co dzień nie mają zbyt wiele wspólnego z grami. Jest wspaniała i jednocześnie dziecinnie prosta.

Grę do recenzji udostępnił GOG.com. Znajdziecie ją tutaj.

Z podobnych gameplayowo i wizualnie gier polecamy także Candleman, której recenzja znajduje się poniżej. 

Poruszająca historia małej świeczki? Recenzja Candleman