U progu dorosłości – “Lady Bird” [recenzja]

Lady Bird

Pełnoprawny, samodzielny debiut reżyserski Grety Gerwig, posiada wszystkie najlepsze cechy klasycznej opowieści o dorastaniu. Jednocześnie Lady Bird oferuje widzom o wiele więcej.

Christine „Lady Bird” McPherson (Saoirse Ronan) ma kilkanaście lat i wielkie aspiracje. Żyjąca w Sacramento dziewczyna nie znosi wszystkiego, co jej miasto uosabia. Czuje się uwięziona pomiędzy Kalifornią a San Francisco i marzy o domu w lepszej dzielnicy. Do listy jej pragnień należałoby jeszcze dodać prestiżowy college [do którego nie ma szans się dostać, jak zapewnia ją wymagająca matka, Marion (Laurie Metcalf)] i udane życie uczuciowe. Zachęcona przez koleżankę nastolatka decyduje się na udział w przesłuchaniach do musicalu. W chórze poznaje Danny’ego (Lucas Hedges).

Kolejna historia o dojrzewaniu?

Sprowadzanie Lady Bird zaledwie do modelowej opowieści o dojrzewaniu byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Wbrew panującemu od kilku lat trendowi, na pierwszy plan nie wysuwają się rozterki uczuciowo-erotyczne, właściwe okresowi dorastania. Możliwość zobaczenia nastolatki, której świat nie kręci się wokół płci przeciwnej, która ma sprecyzowane aspiracje i wytrwale do nich dąży, jest fantastycznie odświeżająca.

W odróżnieniu od większości pozycji kina niezależnego, które za cel obierają młodego bohatera, film Grety Gerwig nie traktuje postaci pierwszoplanowej bezoosobowo i z dystansem. Tytułową postać poznajemy dogłębnie, śledząc jej poczynania w szkole, obserwując skomplikowane relacje z rodzicami i rówieśnikami. Dzięki umiejętnościom Saoirse Ronan do nawiązania porozumienia z widzem, przypominamy sobie ból straconej miłości i rozczarowanie pierwszym seksem. Lady Bird nie jest figurą retoryczną, reprezentantką całego pokolenia. Scenariusz nadaje postaci silnie zindywidualizowany charakter, jednocześnie zupełnie nie zatracając uniwersalnego wymiaru tej historii.

W autentyczności siła

Świat przedstawiony ma swojski rys – poznajemy te podwórza, ulice, budynki, parkingi, domy. Nie musimy ich znać z autopsji – są zaszczepione w społecznej świadomości amerykańskiego krajobrazu. Wzmacniają efekt: „znam to”,  „te problemy nie są mi obce”, dzięki czemu widz może rozgościć się w przestrzeniach, które pokazuje mu operator. Nienachalna, ledwie odrobinę ilustrująca muzyka, nie wytrąca z przekonania, że Sacramento domaga się nie tylko naszej uwagi, ale i współobecności. Mamy się rozgościć w sali prób, różowej sypialni, na trawniku domu.

Lady BirdAutentyczność jest jedną z największych zalet debiutu Gerwig. Dialogi cechuje żywa energia i wiarygodność. Aktorzy zatracają się w swoich rolach do tego stopnia, że można pomyśleć, iż Lady Bird jest pierwszym występem Ronan na ekranie. Podobnie rzecz ma się z Timothée Chalametem, który chociaż pojawił się w tym roku w innym Oscarowym faworycie, nie przynosi ze sobą bagażu poprzedniego dzieła, oferując w swojej niewielkiej roli coś zupełnie nowego. Lady Bird jest świeżą materią; w morzu niezdefiniowanych, celowo artystycznie stylizowanych indie movies, wyróżnia się szczerością i brakiem nachalnie artystycznych ambicji. Nie pretenduje do miana „dzieła większego niż życie”.

Psychologia kobiecym okiem

Film działa także na płaszczyźnie psychologicznej – emocje przywoływane przez reżyserkę są nie tylko czytelne dla widza, ale również niemal odczuwalne fizycznie. Kiedy kamera ślizga się po twarzy częściowo zasłoniętego przez tłum, występującego muzyka, wiemy, co będzie dalej. Od dawna nie widziałam w kinie tak trafnie i delikatnie zasugerowanego pożądania. To, co dzieje się pomiędzy dwójką bohaterów, wydaje się organiczne i całkowicie oczywiste, wziąwszy pod uwagę dotychczasowy przebieg akcji.

W filmie dostrzegalna jest podwójnie kobieca perspektywa: z jednej strony śledzimy świat oczami wkraczającej w dorosłość dziewczyny, z drugiej nad całością czuwa kobieta-reżyser, bazująca na autorskim scenariuszu, zatem ekstrakcie własnych przemyśleń na temat codzienności. Odbieram to jako ogromną zaletę produkcji – właśnie dzięki temu, kim jest autor, Lady Bird posiada rzeczony rys autentyczności. Wypada jedynie domyślać się, jak znaczna część fabuły została oparta na osobistych doświadczeniach reżyserki.

Specyfika scenariusza

Amerykańska Akademia Filmowa wyróżniła Lady Bird trzema nominacjami do Oscara: za reżyserię i w kategoriach aktorskich (dla Saoirse Ronan oraz Laurie Metcalf), co trafnie wskazuje, na czym zasadza się siła obrazu. Skupiona reżyseria Gerwig sprawia, że film ani na moment nie traci jasno obranego kierunku, choć wielu zawiedzie brak wyraziście sformułowanej puenty. Ostatecznie, finał fabularny jest rozmyty i nieuchwytny, jak by miał odzwierciedlać niepewność dalszych losów postaci.

Scenariusz nie dostarcza być może takich wolt jak jeden z tegorocznych faworytów, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, ale jest szczery, wiarygodny i – co najważniejsze – inteligentny, a poza tym to zrównoważone połączenie elementów dramatycznych i komedii. Dramat u Gerwig nigdy nie ma przygniatającego charakteru takich emocjonalnych torped jak choćby zeszłoroczne Manchester by the Sea. Słusznie, porażki i rozterki nastolatki mają zupełnie inny wymiar. Lekkość, z jaką Gerwig prześlizguje się ponad tymi problemami, jest wielce satysfakcjonująca, przekazuje bowiem uniwersalną mądrość, która wydaje się nieprawdopodobna w wieku nastoletnim: życie toczy się dalej i nie ma sytuacji bez wyjścia.Lady BirdPortret matki i córki

Całkiem spektakularny sukces artystyczny filmu nie byłby możliwy, gdyby nie Ronan, która jako tytułowa Biedronka staje się twarzą pewnego wieku oraz postawy życiowej. Wielowarstwowa paleta emocjonalna, którą pokazuje aktorka, od typowo nastoletniego uporu, przez gniew, rozczarowanie, wstyd, po pokorę i refleksję, jest całkowicie naturalna. Lady Bird obfituje w małe, genialne momenty, jak zakupy matki i córki, podczas których Christine rzuca pytanie: „A co jeśli to jest najlepsza wersja mnie?”. Spotyka się ono z bardzo wymownym spojrzeniem matki. Słowa są niepotrzebne, całość wygrana została na spojrzeniach, mowie ciała (zwłaszcza świetna, niepewna siebie Ronan). Drobne detale budują przejmujący obraz relacji rodzicielskiej.

Mówi się, że matki traktują swoje córki surowiej niż ojcowie. Bo lepiej je rozumieją i zdają sobie sprawę z tego, jak to jest być kobietą. Bo wiedzą, ile mogą wymagać. Bo mają niespełnione ambicje, które przerzucają na potomstwo. W Lady Bird mamy właśnie do czynienia z problemami tego rodzaju. Niezależnie od tego, jak gorzkie byłyby słowa, którymi przekrzykują się bohaterki, nie można wątpić, że szalenie krytyczna Marion oddałaby życie za swoje dziecko. To nie jest kolejny film o dojrzewaniu do roli kobiety-żony, partnerki czy kochanki. Widzę w nim raczej testament dla niezwykłej chemii relacji, która łączy matkę z dzieckiem płci żeńskiej. Kiedy Christine pyta Marion: „Jaki jest normalny wiek, żeby rozpocząć życie seksualne?” można spodziewać się wybuchu. Zaskakuje rzeczowa, spokojna odpowiedź matki, brak zdziwienia z jej strony. Wielkie brawa dla Gerwig za wykreowanie nowej jakości w portretowaniu dynamiki rodziny w kinie niezależnym.

fot. materiały dystrybutora