Polska gatunkowa bomba filmowa – “Wieża. Jasny dzień” [recenzja]

Debiut Jagody Szelc – Wieża. Jasny dzień – rozchodzi się echem po całym kraju, docierając również do naszej redakcji. Spróbujmy razem zastanowić się nad jego artystyczną formą i przekazem.

Jagoda Szelc ma zdecydowanie własną i spójną wizję, mimo że film Wieża. Jasny dzień wydaje się być dla przeciętnego widza bardzo chaotyczny. Nie ma w nim bowiem przejrzystej fabuły, a naszkicowane przez artystkę postaci z biegiem filmu bardzo się rozmywają. Fabuła gdzieś zanika, a film staje się, można by powiedzieć, swoistym studium filozoficznym. Jest to ciekawy zabieg, który już widzieliśmy chociażby w niektórych filmach Romana Polańskiego (Wenus w futrze czy Nóż w wodzie, który swoją drogą również był debiutem reżysera). W każdym z tych filmów mamy do czynienia z odejściem od filmowego realizmu i osadzeniem bohaterów w nieokreślonym bliżej miejscu, zakładając na ich wykreowany świat szklany klosz. Gdy zarówno świat przedstawiony jak i fabuła przestają mieć znaczenie, najważniejszą rolę w filmie zaczynają odgrywać ludzkie emocje. Jakie więc stany ludzkiej duszy przedstawia Wieża. Jasny dzień? Wielopoziomowość filmu nie pozwala na jednoznaczną odpowiedź. Co więcej, film rozsadza gatunki, przechodząc z dramatu, poprzez horror aż do kina filozoficznego, zachowując przy tym cechy kina autorskiego.

Zarys fabuły filmu Wieża. Jasny dzień

Prasowy opis filmu wskazuje na typową fabułę dramatu filmowego z nutą psychologicznych smaczków. Główną postacią jest Mula (Anna Krotoska), najstarsza z trójki rodzeństwa kobieta, która mieszka w rodzinnym domu, wychowuje córkę wraz z mężem oraz zajmuje się schorowaną matką. Jest osobą, która niezależnie od życiowych trudności będzie podsycać i podtrzymywać domowe ognisko. Zbliżająca się komunia ukochanej córki sprowadza do domu pozostałą dwójkę rodzeństwa: długo nie widzianą przez rodzeństwo Kaję (Małgorzata Szczerbowska) oraz Andrzeja (Rafał Kwietniewski). Kaja wydaje się być bardzo siostrze podległa, ale niemożliwa do kontrolowania, bardzo uduchowiona i delikatna. Między kobietami już od pierwszej chwili widać spory dystans. Kaja okazuje się bowiem biologiczną matką małej Niny, a to zdecydowanie zagraża pozycji starszej siostry Muli.

Co dalej?

I tu kończy się wszystko co oczywiste w filmie Wieża. Jasny dzień, a zaczyna się lawina symbolicznych ujęć i mieszanki wybuchowo-gatunkowej. Przechodzimy bowiem z dramatu w (nie bójmy się tego słowa w polskim kinie) horror, a nawet w formie psychologicznej i to całkiem podobnej do zeszłorocznego filmu Agnieszki Holland – Pokot. Ten film, oparty na powieści Olgi Tokarczuk, również serwował widzom serię abstrakcyjnych, ale przerażających scen, które jednak w swoim psychologicznym podłożu znaczyły coś zgoła odmiennego. Z perspektywy Muli, Kaja roztacza tajemniczą aurę, nad którą nie można zapanować. Rodzinę dotykają niewyjaśnione wydarzenia, nieco mistyczne, ale wciąż przerażające. Głównymi elementami gatunkowymi są tu zdecydowanie muzyka i ujęcia – mocne, mroczne, wywołujące gęsią skórkę i trzymające w napięciu.

Kontrowersyjne zakończenie

Po tych wszystkich emocjach reżyserka filmu Wieża. Jasny dzień wycisza nieco swoich widzów symbolicznym zakończeniem. Trudno jednoznacznie je zdefiniować, ponieważ ze względu na bardzo symboliczny przekaz filmu, dla każdego widza będzie ono czymś innym. Dla mnie było przebudzeniem z owego letargu, gdy ludzie niczym pszczoły porzucą zaprogramowane na pracę i sztywne reguły umysły i udadzą się w stronę natury, duchowości i odpoczynku.

Wieża. Jasny dzień to film-przejście. Reżyserka zgrabnie zmienia perspektywę z bohaterki, która reprezentuje tytułową wieżę, stabilną, gotową do obrony, uzależnioną od kontroli i pracy do postaci przeciwnej. Kaja jest tym co nieuchwytne, piękne i nieujarzmione. Możliwość traktowania filmu w mikro i makro perspektywie dodaje zdecydowanie mnogości interpretacji.

Film obejrzany dzięki: