Niemożliwy Pan Cruise – Mission: Impossible – Fallout [recenzja]

Mission: Impossible - Fallout
mat. dystrybutora

Nagorętsza premiera lata, najlepsza część cyklu – piali z zachwytu krytycy za oceanem. W Mission: Impossible – Fallout Tom Cruise po raz szósty wyrusza na misję ratowania świata, a my nie możemy oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z jedną z nielicznych serii, której kontynuowanie daje autentyczną przyjemność widzom.

W dobie powielania schematów i odcinania kuponów od dawnych sukcesów (miesięcznie w kinach ukazuje się przynajmniej kilka sequeli, prequeli lub remake’ów), Mission: Impossible – Fallout to prawdziwe zjawisko: kolejne odcinki przygód o agencie IMF, Ethanie Huncie, nie tylko nie obniżają lotów i nie wywołują żenady, ale stale poprawiają jakość poprzez wprowadzenie nowych elementów zgrabnej układanki i rezygnację z tego, co nie sprawdziło się na ekranie.

Mission: Impossible – Fallout: to była DŁUGA droga

Pierwsza część Mission Impossible wyróżnia się na tle kontynuatorów precyzyjnym stylem reżysera. Brian de Palma jak mało kto potrafi zaznaczyć autorstwo projektu. Gęsta atmosfera i gatunkowy rozkrok (jedynka sytuuje się gdzieś między kinem szpiegowskim, sensacyjnym a neo-noir) sprawiły, że film został doceniony przez krytykę. Mimo wszystko zadziwia, że seria miała szansę tak się rozwinąć. Druga część mogłaby uchodzić za widowiskowy pastisz kina akcji… gdyby tylko była nim w założeniu. Tymczasem John Woo nakręcił absurdalnie komiczny, efekciarski blockbuster, który zarobił fortunę (przez długi czas żadna część nie dorównała dochodom dwójki), ale prawie zabił markę. Nakręcone przez J.J. Abramsa Mission: Impossible III to zgrabne, inteligentne kino akcji, którego głównym motorem napędowym jest rozrywka i porywające tempo. Wprowadziła też ważny wątek fabularny, który zmienił oblicza agenta Hunta – dała mu żonę.

Mission: Impossible - Fallout

W 2011 roku za kamerą czwartej części stanął Brad Bird i od tego momentu rozpoczyna się konsolidacja serii. Za dwa kolejne filmy odpowiedzialny będzie Christopher McQuarrie. Jego najnowsze dzieło – Mission: Impossible Fallout – to opowiedziana bez zadęcia spójna, wartka historia ze znakomitymi scenami akcji i zaskakującym, humorystycznym tonem. Twórca sięga po sprawdzoną formułę, w której ważniejsze są działania niż słowa. Trzeba przyznać, że kiedy akcja zwalnia tempa i ustępuje dialogom, Mission: Impossible – Fallout wkracza na grząski grunt.

Moralność między wybuchami

Od kiedy Mission: Impossible wykreowało się na mniej nadętego kuzyna Jamesa Bonda, fabuła ma charakter pretekstowy. Oto zakończona niepowodzeniem misja przechwycenia głowic nuklearnych zmusza agentów IMF do ryzykownych pertraktacji w Paryżu. Do drużyny pomimo niechęci szefa Alana Hunleya (Alec Baldwin) z ramienia CIA dołącza August Walker (Henry Cavill), który ma kontrolować poczynania niesfornej jednostki. Niepowodzenie z głowicami było testem moralności Ethana Hunta: ratować cały świat czy ratować przyjaciela?

Mission: Impossible – Fallout 

Brakuje mi cynizmu, by wyśmiać próbę znalezienia wątku psychologicznego-etycznego w całym tym galimatiasie. Cieszy, że McQuarrie podrzuca Cruise’owi jakiś problem natury innej niż fizyczna. Wątek żony Hunta, z którego błyskawicznie zrezygnowano w Ghost Protocol, wciąż powoduje niezręczne ekranowe śmiesznostki. Wypowiadane z ust Vinga Rhamesa słowa, tłumaczące emocje bohatera, wypadają trywialnie.

Mission: Impossible - Fallout

Historia zyskuje, kiedy Cruise faktycznie ma coś do zagrania, a nie wtedy, gdy ktoś opowiada o emocjonalności jego postaci. Może dlatego wprowadzenie Ilsy Faust (Rebecca Ferguson) do serii okazało się strzałem w dziesiątkę. Pomimo szczątkowych informacji na temat jej przeszłości, Faust jest pełnokrwista i zajmująca. Chce się na nią patrzeć. Ferguson dobrze wygrywa najmniejsze subtelności bohaterki, która na papierze z całą pewnością nie jest aż tak świetnie napisana. Jest lustrzanym odbiciem Hunta, jego ekranowym dopełnieniem.

Ewoluj lub giń

Dobrze radzi sobie weteran Simon Pegg, który został już pełnoprawnym comic reliefem serii. Powracający w drugoplanowej roli bad guy’s Sean Harris nadal robi wrażenie porównywalne do Philipa Seymoura Hoffmana w Mission: Impossible III, natomiast Henry Cavill udowadnia niedowiarkom, że jest dobrym aktorem (przy okazji występując w najlepszej scenie filmu). Jego bohater jest cynicznym dupkiem, którego nie sposób znienawidzić. Cavill nadał mu twardy, męski rys, który dobrze koresponduje z jego olbrzymią posturą.

Mission: Impossible - Fallout

Piorunujące wrażenie robi choreografia scen akcji, dla której warto wybrać się do kin IMAX. Sposób, w jakim McQuarrie wraz z operatorem Robem Hardym ogrywają przestrzeń, to prawdziwe kinowe cacuszko. Płynność ruchów (i pracy kamery), ich dynamika oraz synchronizacja z dźwiękiem, budzi podziw. Postawione obok serii przygód o Bondzie Mission Impossible rozgniata konkurenta tak montażem, jak i muzyką, o scenariuszu nie wspominając.

Odcinanie kuponów? To prawdziwa ewolucja serii!

Sukces projektu nie spoczywa jednak tylko na ramionach Toma Cruise’a. Owszem, jego charyzma i dedykacja podczas wykonywania najbardziej absurdalnych sztuczek kaskaderskich to jeden z filarów, ale nie wystarczyłyby do utrzymania uwagi publiczności przez 22 lata. W odróżnieniu od Bonda, Mission Ipossible jest samoświadome – po kilku niewypałach nareszcie nie udaje ambitniejszego niż jest. Bawi się swoją formą do tego stopnia, że nie boi się jej zmieniać. I tylko dzięki permanentnej ewolucji odnosi tak spektakularne rezultaty. Oby było ich więcej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here