Jak filmy science fiction karmią się naszym strachem

Jak filmy science fiction karmią się naszym strachem
fot. Pixabay

Boimy się przyszłości. Jak się nie bać, skoro wszyscy nas nią straszą? Wielka asteroida zmierza w kierunku ziemi! Zostało nam 12 lat do katastrofy ekologicznej! Trzecia wojna światowa na horyzoncie! Kto w ostatnim czasie nie widział takiego nagłówka, ręka do góry. Każde pokolenie ma swoje lęki i nie tylko tabloidy uwielbiają z nich korzystać. Kino, ze swoim technicznym zapleczem i wielomilionowymi budżetami idealnie się do tego nadaje.

Jak więc filmy science fiction karmią się naszym strachem? Gatunek science fiction był w kinie obecny od jego samych początków. Podróż na Księżyc Georges’a Méliesa z 1902 uważana jest za pierwszy film sci-fi w historii. Mélies użył kina, żeby zwizualizować to, o czym ludzie od dawna fantazjowali, ale było poza zasięgiem ich możliwości – tytułową podróż na księżyc. Choć twórcy fantastyki często skutecznie przewidywali przyszłość, tym razem nie do końca się udało. Księżyc w filmie jest fantastyczną krainą, pełną dziwnych roślin i zamieszkaną przez wrogich kosmitów. Ludzie pokochali to, co zobaczyli na ekranie, choć w tych czasach naukowcy mocno kwestionowali już istnienie życia na księżycu. Jednak Mélies był marzycielem, a takich niewiele wśród twórców science fiction. Ciężko nie odnieść wrażenia, że nie potrafimy wyobrazić sobie przyszłości w jasnych barwach.

Nawet w pozornie utopijnych wyobrażeniach o wysoko rozwiniętym świecie przyszłości coś zawsze jest nie tak – krajobrazy toną w monochromatycznych kolorach, wszystko jest jednakowe, zimne i pozbawione uczuć.

Wszystko to sprawia, że fabuły filmów science fiction bywają bardziej przerażające, niż horrorów. Jak pisze filmoznawca Krzysztof Loska – Filmy fantastycznonaukowe, w odróżnieniu od filmów grozy, odzwierciedlają nie lęki jednostkowe, a lęki społeczne. Ciężko się z tym nie zgodzić. Duchy są straszne, nie ma wątpliwości – ale czym jest jeden duch gnębiący rodzinę zamieszkującą stuletni dom, w porównaniu ze śmiertelnym wirusem rozprzestrzeniającym się po całym świecie? Istnieje kilka motywów, które szczególnie upodobali sobie twórcy filmowi. Choć filmy mogą dziać się w nieistniejących światach i opowiadają fikcyjne historie, wszystko bazuje w mniejszym lub większym stopniu na naszych rzeczywistych obawach.

Wszyscy zginiemy

W latach 50. zimna wojna pomiędzy Związkiem Radzieckim a USA powoli osiągała swoje apogeum, a wyścig zbrojeń rozwijał się w najlepsze. Kto pierwszy poleci na księżyc, kto będzie miał więcej atomu, kto pierwszy zrzuci bombę i zamieni wrogi kraj w pole radioaktywnego pyłu. Przez krótki okres groźba wojny atomowej wydawała się czymś nieuniknionym. Nie było wątpliwości, że użycie broni jądrowej w tym konflikcie byłoby katastrofalne w skutkach. Sam atom jednak, jak wszystko co śmiertelnie groźne i niebezpieczne, fascynował ludzi.

Kontrolowane zrzuty bomb odbywające się na pustyniach Las Vegas przyciągały setki widzów, a okoliczne bary przebijały się w reklamach, kto ma lepszy widok na poligony testowe. Widok grzyba atomowego i świadomość przebywania blisko zabójczej siły budziły dreszczyk emocji, a organizatorzy obiecywali, że zwykły prysznic po powrocie do domu wystarczy, żeby pozbyć się jakichkolwiek zagrożeń. Jednak strach przed nuklearnym holokaustem, który mógł spowodować atak ZSRR nie opuszczał. Podczas gdy zwykli ludzie budowali schrony w swoich domach, twórcy szaleli. Nastąpił wysyp filmów o przerośniętych, zmutowanych owadach, mnożyły się post apokaliptyczne wizje ziemi zniszczonej wojną atomową. Zabójcze ryjówki czy Atak potwornych krabów nie są oczywiście żadnym komentarzem do rzeczywistości ani metaforą, którą trzeba brać na serio. Jednak wszystkie wywodzą się ze strachu przed konsekwencjami, które mogłoby nieść potencjalne użycie atomu.

Ostatni Brzeg Stanleya Kramera wszedł na ekrany kin w 1959 roku. Jego akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości – 1964 roku. Parę miesięcy po wybuchu trzeciej wojny światowej, prawie cała ludzkość umiera w wyniku skażenia atmosfery radioaktywnym opadem. Jedynym krajem w którym przetrwało życie jest Australia – jednak masy powietrza powoli przenoszą skażenie w jej stronę a Australijski rząd rozdaje pigułki, które pozwalają na szybką śmierć, zamiast tej powolnej i długiej. Nie brzmi to dobrze, ale w tamtych czasach taki scenariusz nie był aż tak abstrakcyjny. Obecnie, gdy cały czas mówi się o kończących się złożach ropy naftowej, bardziej aktualny może wydać się Mad Max 2 – Wojownik Szos nakręcony w 1979 roku. W trzymającym poziom sequelu atomowa zagłada położyła kres wysoko rozwiniętej cywilizacji. W pustynnym i monotonnym krajobrazie, ostatni ludzie walczą ze sobą o pozostałe surowce naturalne. Obyśmy nigdy nie musieli powiedzieć brzmi znajomo.

Is this the real life? Is this just fantasy?

Ostatnio coraz więcej mówi się, że rozwój technologii powoduje izolację. Nie potrzeba nam do tego żadnych specjalnych badań – wystarczy wsiąść w autobus i przyjrzeć się współpasażerom, zgarbionym nad swoimi smartfonami. Dochodzi do paradoksu – podczas gdy my uciekamy w wirtualny świat, ten stale dąży do jak najlepszego odzwierciedlenia rzeczywistości. Kino 7D, które oprócz wizualnych i dźwiękowych przeżyć, ma zapewnić nam zmysłowe doznania, rosnąca popularność technologii VR. Wystarczy spojrzeć na postęp, jaki w ciągu około dekady zrobili twórcy gier komputerowych. Płacimy wirtualnymi pieniędzmi, tworzymy swoje wirtualne profile w mediach społecznościowych i spędzamy w internecie masę czasu. Teoria o tym, że tak naprawdę żyjemy w symulacji rzeczywistości, czyli czymś na wzór Matrixa cieszy się coraz większą popularnością – wierzy w nią nawet Elon Musk.

Oczywiście jest to trochę takie straszenie nad wyraz. Ludzie nadal przeżywają emocje, rozmawiają ze sobą, podróżują. Ale to właśnie tą przesadą karmi się kino i sprawia, że gdzieś z tyłu głowy zawsze krąży pytanie – a co jeśli? Kanadyjski reżyser David Cronenberg poświęcił swojej fascynacji technologią prawie całą swoją karierę. Szczególnie upodobał sobie dystopijne wizje przyszłości, w której technologia jest bardziej ludzka niż człowiek, a świat wirtualny prawdziwszy od rzeczywistości. eXistenZ z 1999 roku wprowadza nas w nieokreślony czasowo świat, w którym gry komputerowe weszły na zupełnie inny poziom niż ten znany nam dzisiaj. Grupka ochotników spotyka się, aby przetestować najnowsze osiągnięcie świata gier – tytułowe eXistenZ. Jest to rodzaj wirtualnej rzeczywistości, a przebywanie w niej przypomina działanie narkotyku, nienaturalnie pobudzającego ludzkie zmysły.

Zalewając swojego odbiorcę niezwykle silnymi doznaniami, uzależnia. Po wyłączeniu gry, rzeczywiste życie staje się wyblakłe, nudzi i rozczarowuje brakiem nieustannych bodźców. Sztuczny świat jest tym co fascynuje, w porównaniu z nim codzienna egzystencja staje się pusta, pozbawiona emocji, które jest w stanie zaoferować tylko wirtualny świat. Uczestnictwo w niej jest tak bliskiej doświadczeniu rzeczywistemu, że ich rozróżnienie staje się w pewnym momencie niemożliwe. Użytkownik wchodzi w świat, który tylko pozornie jemu znany – jest jego doskonałą imitacją, pod wieloma względami atrakcyjniejszą od oryginału.

Kiedy robot mówi nie

Po raz pierwszy w filmie postać androida pokazał Fritz Lang w Metropolis z 1927 roku. Już wtedy była to postać wroga, która chciała zniweczyć działania pozytywnych postaci. W 1942 roku Isaac Asimov, rosyjski autor powieści sci-fi stworzył tzw. Trzy Prawa Asimova, które miały stanowić kodeks postępowania robotów w stosunku do ludzi. Wszystkie trzy, choć nazwane prawami, podkreślały konieczność posłuszeństwa robota względem człowieka i jego obronę jako największą wartość. A jak wiadomo – gdy się czegoś boimy, staramy się to ograniczyć, i to akurat nie zmieniło się do dzisiaj. Roboty budzą nasz strach, który zresztą doczekał się własnego określenia Doliny Niesamowitości (z ang. Uncanny Valley). Zgodnie z teorią, im większe jest jego podobieństwo do człowieka, tym większy wywołuje w nas dyskomfort.

Robot może w chwilę przyswoić wiedzę, której zdobycie zajęłoby człowiekowi wiele lat. Może być silniejszy, wydajniejszy, zdolny wszystko zapamiętać. Do tego nie ogranicza go nic takiego jak sumienie czy inne dziwne ludzkie niedoskonałości. Najpierw maszyny zaczęły zastępować ludzi w fabrykach, a w końcu zaczęliśmy coraz częściej powierzać im swoje życie. A co, gdyby w końcu przestały się nas słuchać? Ten dylemat dręczył Stanleya Kubricka, który oddał go w swoim opus magnum 2001: Odyseja Kosmiczna. Jednym z głównych bohaterów Odysei jest inteligentny komputer HAL 9000. Hall jest robotem idealnym – łączy w sobie sprawność i niezawodność komputera, z bezwzględnym posłuszeństwem wobec człowieka. W jednej ze scen, na prośbę o wykonanie polecenia, odpowiada słynne – I’m sorry dave. I’m afraid I can’t do that – to jego pierwsza samodzielna decyzja, oraz pierwszy krok do tego, co do tej pory było zarezerwowane tylko dla ludzi – wolnej woli.

Kubrick pokazał bezbronność człowieka wobec swojego doskonalszego dzieła, krótki moment, w którym traci on swoją dominację i władzę. Gdy zapada decyzja o wyłączeniu Halla, pojawia się problem. Komputer chce żyć, tak samo jak każda żywa istota. W Odysei człowiek finalnie wygrywa tę małą bitwę, ale niepewność pozostaje. W latach 60. idea sztucznej inteligencji była oczywiście czystą abstrakcją napędzającą wyobraźnię naukowców i twórców. Ale dzisiaj? Trwają prace nad siecią neuronową, czyli zbiorem algorytmów stworzonych na wzór ludzkiego mózgu, która umożliwia technologii samodzielna naukę. Tutaj możecie zobaczyć, jak komputer sam nauczył się prowadzić samochód.