Brązowe lata Hollywood: My Fair Lady (1964 r.)

My Fair Lady
My Fair Lady. Plakat filmu

Bezzasadnie zapomniany hollywoodzki musical nagrodzony aż ośmioma Oscarami! Pierwszorzędna historia impertynenckiej kwiaciarki, brzydkiego kaczątka, które przeistacza się w dostojnego łabędzia – dystyngowaną damę. Doprawdy porywająca My Fair Lady z nieokrzesaną Audrey Hepburn i pompatycznym Rexem Harrisonem.

My Fair Lady
Wilfrid Hyde-White, jako pułkownik Hugh Pickering i Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle – kadr z filmu „My Fair Lady”

Moja Damo – magiczny zwrot czyniący z kocmołucha istną księżniczkę

Wywodząca się z pospólstwa prostaczka Eliza Doolittle (Audrey Hepburn) sprzedaje kwiaty na ulicach Londynu. Karygodny brak dykcji prymitywnej dziewczyny zwraca uwagę znamienitego profesora fonetyki Henry’ego Higginsa (Rex Harrison). Szanowany mistrz nienagannej wymowy podejmuje się ryzykownego zakładu-eksperymentu ze swoim eleganckim przyjacielem pułkownikiem Hugh Pickeringiem (Wilfrid Hyde-White). Celem tegoż kontrowersyjnego badania, przeprowadzanego przez obu dżentelmenów jest arystokratyczne wychowanie bezpardonowej Elizy. Wedle zamysłu: nietaktowna smarkula po odbyciu kosztownej nauki ma zostać pełną gracji, doskonale wysławiającą się damą. Wytworną panną, która zrobi niebywałe wrażenie na elitarnej śmietance towarzyskiej podczas królewskiego balu debiutantek. Po kilku miesiącach fonetycznych zmagań, ciężka praca zdyscyplinowanej Elizy zaczyna przynosić efekty. W tym także przysparza pierwszego pretendenta do jej ręki – przystojnego, wysoko urodzonego Freddiego Eynsforda-Hilla (Jeremy Brett). Obecność bogatego kawalera wzbudza w inteligentnym profesorze Higginsie swoistą irytację i niespodziewaną zazdrość. A owa sytuacja zaważa o niepewnym losie, coraz bardziej atrakcyjnej oraz majestatycznej Elizy Doolittle, która zyskuje zaszczytne miano My Fair Lady

My Fair Lady
Jeremy Brett, jako Freddie Eynsford-Hill i Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle – kadr z filmu „My Fair Lady”

W Ameryce nie używa się języka angielskiego od lat!

Bezsprzecznie należy nadmienić, iż fikuśny musical My Fair Lady jest tak naprawdę adaptacją muzycznej sztuki Pigmalion z 1913 roku. Autorstwa irlandzkiego dramaturga George’a Bernarda Shawa. Wszakże to ekranizacja z 1964 roku – w reżyserii amerykańskiego asa komedii George’a Cukora – cieszy się niewątpliwym uznaniem. Nie bez kozery hollywoodzka produkcja otrzymała w 1965 roku trzy, prestiżowe nagrody: Oscara, Złotego Globa i BAFTA – za najlepszy film. Przede wszystkim muzyczna komedia My Fair Lady jest niezwykle urokliwa, a przy tym także nad wyraz energiczna. Ze sporą dawką humoru; przejawiającą się zarówno w dialogach, tekstach utworów, jak i w ekstrawaganckich strojach bohaterów. Natomiast jawny dystans amerykańskich twórców wobec brytyjskiej aury produkcji łatwo dostrzec już w początkowej scenie filmu:

„Są nawet miejsca, w których angielski całkowicie znika! W Ameryce nie używali go od lat!” – Rex Harrison

Mowa o dziarskiej piosence Why Can’t the English? To w niej brytyjski aktor Rex Harrison, odgrywający zarozumiałego profesora Higginsa żartobliwie wytyka Amerykanom niepoprawne posługiwanie się ich ojczystym językiem angielskim. Wykonanie tego dowcipnego, charakterystycznego utworu zdecydowanie dodaje amerykańskiej produkcji figlarności. Sprawia także, że widz odczuwa tym większą więź z postaciami na ekranie. Bez względu na pochodzenie i poziom swojego języka angielskiego.

My Fair Lady
Rex Harrison, jako profesor Henry Higgins i Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle – kadr z filmu „My Fair Lady”
Głowa My Fair Lady pełna bawełny; dubbingowe zamieszanie

Skoczne, moralizatorskie piosenki w musicalu, to bezkompromisowy przepis na pewny sukces. W My Fair Lady ewidentnie nie brakuje tego typu utworów. Ale godnym uwagi jest fakt, iż zachwycająca Audrey Hepburn samodzielnie nie wykonuje temperamentnych, muzycznych kwestii buńczucznej Elizy Doolittle. Niemal wszystkie, entuzjastyczne piosenki nieokrzesanej kwiaciarki są dubbingowane przez amerykańską sopranistkę Marni Nixon, która specjalizowała się w podkładaniu śpiewu w filmach. Jedynie wyjątkowo krewki utwór Just You Wait został częściowo zdubbingowany. Tylko żwawe refreny pozostawiono w wykonaniu nieco skrzekliwej Audrey Hepburn. Z kolei Rex Harrison nie zgodził się na dubbingowanie błyskotliwych piosenek Henry’ego Higginsa. Dlatego wówczas – po raz pierwszy w historii kina – użyto mikrofonu bezprzewodowego, który został skrzętnie ukryty pod krawatem profesora. Wszystko po to, by w czasie rzeczywistym móc zarejestrować jednocześnie dźwięk, jak również obraz dynamicznych występów Harrisona. Ostatecznie starania dźwiękowców opłaciły się i w 1965 roku zaowocowały statuetką Oscara za najlepszy dźwięk w filmie.

Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle – kadr z filmu „My Fair Lady”
Jaki krój, taki strój…

Ważnym aspektem My Fair Lady z całą pewnością są wymyślne stroje, zaprojektowane przez brytyjskiego kostiumografa i scenografa Cecila Beatona. De facto na szczególną uwagę zasługuje osobliwa, koronkowa, czarno-biała suknia wraz z przesadnym, wręcz karykaturalnym kapeluszem oraz ażurową parasolką. Rzeczona kreacja jest kultowym, nieodzownym elementem fragmentu filmu, w którym Eliza Doolittle pokazuje się podczas ekskluzywnych wyścigów koni w Ascot Racecourse. Definitywnie trudno przeoczyć tak wyrafinowany strój, tym bardziej, gdy ma go na sobie wirtuozerska Audrey Hepburn. Zatem nie należy się dziwić, że w 1965 roku znakomity Cecil Beaton został nagrodzony Oscarem w kategorii: najlepsze kostiumy do filmu kolorowego. Również na uznanie zapracowała druga suknia. Tym razem elegancka, szlachetna, srebrzysto-biała kreacja przywdziana przez nobliwą Audrey Hepburn na bal debiutantek. Co więcej, ozdobiona subtelną, diamentową kolią i drobną tiarą. Całość daje niepodważalnie spektakularny efekt godny księżniczki.

Jeremy Brett, Audrey Hepburn i Rex Harrison na kadrze z filmu „My Fair Lady”
Każda dama to kobieta, lecz nie każda kobieta to dama

Istotnie puenta My Fair Lady jest kluczowym manifestem. Chodzi o status kobiet, a także postrzeganie ich przez pryzmat pozycji społecznej lub urody. Doskonale obrazuje ten problem finał filmu. Zwłaszcza wymiana zdań między dystyngowaną Elizą Doolittle, a zagubionym profesorem Henrym Higginsem:

„Różnica między damą i kwiaciarką nie tkwi w ich odmiennym zachowaniu, lecz sposobie, w jakim są traktowane.” – Audrey Hepburn

Z tego względu owa produkcja nie jest tylko cukierkowym musicalem, lecz również dziełem z ponadczasowym przesłaniem. Fenomenalny Rex Harrison stanął na wysokości zadania, wcielając się w despotycznego profesora, który początkowo w zabiedzonej Elizie dostrzega tylko obiekt językowych badań. W rezultacie w 1965 roku charyzma i zaangażowanie Harrisona przyczyniły się do przyznania mu Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. Komiczny duet Rexa Harrisona i Audrey Hepburn w My Fair Lady, to fascynujące przedstawianie relacji utytułowanego nauczyciela z trudną uczennicą. Jednakże komitywa Elizy i Higginsa bynajmniej nie jest wynikiem przyjacielskiej poufałości.

Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle i Rex Harrison, jako profesor Henry Higgins – kadr z filmu „My Fair Lady”
Sława, to niewierna kochanka…

Globalny sukces My Fair Lady bazuje nade wszystko na pełnych wigoru, umoralniających, groteskowych piosenkach. Stąd w 1965 roku amerykański kompozytor niemiecko-żydowskiego pochodzenia André Previn, otrzymał Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową. W szczególności, że owe utwory bez wątpienia dają się we znaki, nawet długo po zakończonym seansie. Ten musical jest także niesztampowy z powodu konstrukcji; typowo teatralnej. Gdyż w pewnym momencie pojawia się antrakt, czyli przerwa – rodem z teatru! Jest to zdecydowanie zaskakujący zabieg w filmie. Niemniej, akuratnie uzmysławia widzowi o iście teatralnych korzeniach dzieła.

Rex Harrison, jako profesor Henry Higgins i Audrey Hepburn, jako Eliza Doolittle – kadr z filmu „My Fair Lady”

Bez dwóch zdań brązowe lata Hollywood, dzięki zdobyczom technologicznym zastosowanym w My Fair Lady, wzniosły przemysł filmowy na innowacyjny poziom. Niestety musical, mimo początkowej popularności i wielu prestiżowych nagród; współcześnie wydaje się być mocno zapomniany. Co jest absolutnie niesłuszne! Tym bardziej, że amerykańska fabryka snów może z dumą zakwalifikować My Fair Lady jako nieśmiertelną produkcję, która niegdyś zachwycała pod wieloma względami! Dobrze, by nadal wzbudzała zachwyt, nie tylko wśród przemądrzałych filmoznawców…