Przed początkiem kampanii 2011/12 Korona Kielce skazywana była na walkę o utrzymanie. Nikt nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego od złocisto-krwistych. Jednak to właśnie wtedy narodziła się jedna z najpiękniejszych historii polskiej Ekstraklasy — bezczelna, głośna i niepowtarzalna Banda Świrów.
Ojrzyński bierze Koronę
Gdy Leszek Ojrzyński objął Koronę w 2011 roku, klub miał problem z tożsamością. Środek tabeli, przeciętna frekwencja, stagnacja. Jednak nowy trener od pierwszego dnia jasno postawił sprawę. Nie obiecywał pięknej gry — obiecywał charakter. I tego dotrzymał. Zawodnicy, często z drugiego szeregu polskiej ligi, zaczęli grać ponad swoje możliwości. Leszek Ojrzyński szatnię zdobył nie sławnym nazwiskiem, a żelazną ręką i zwyczajną, ludzką dobrocią. Co ważne, trener nie szukał gotowych gwiazd — zamiast tego budował mentalność od podstaw. Każdy trening, każda odprawa i każde przemówienie miały jeden cel: wytworzyć w drużynie głód zwycięstwa. Tam, gdzie pracował Ojrzyński, drużyny zaczynały gryźć trawę — czasem szły po trofea, czasem po przetrwanie, ale nigdy nie były nijakie.
To jest wojna
Przed każdym meczem w szatni rozgrywały się sceny jak z filmu wojennego. Żółto-czerwona jest taka wielka Korona! Takie piekło mamy im zgotować, żeby pamiętali do końca życia! To jest wojna! — krzyczał Ojrzyński do zawodników przed meczem z Wisłą Kraków. To nie była zwykła motywacja — to był styl życia. Korona była agresywna, nieustępliwa i walczyła od pierwszej do ostatniej minuty. Częściej wygrywała siłą niż finezją, a styl Ojrzyńskiego dzielił komentatorów, ale jednoczył kibiców. Sam zainteresowany przyznawał wprost, że na subtelności nie ma miejsca. Trener Ojrzyński preferuje zasady ostrej, charakternej gry i akurat nam to spasowało i szliśmy jak do pożaru — wspominał jeden z zawodników. Dlatego też każde wyjście na murawę było dla tej drużyny czymś więcej niż spotkaniem piłkarskim. Rywale wiedzieli doskonale, że mecz z Koroną to nie był zwykły mecz — to było starcie z drużyną, która nie uznaje remisów ducha. Nawet porażka była dla nich jedynie przerwą przed kolejną bitwą.
Rodzina, nie drużyna
Siłą tej Korony nie były wielkie transfery ani zagraniczne gwiazdy. Drużyna pod wodzą takich boiskowych liderów jak Maciej Korzym, Kamil Kuzera, Tomasz Lisowski, Aleksandar Vuković, Zbigniew Małkowski czy Paweł Golański to jeden z niewielu polskich zespołów, w którym panowała zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Ta maksyma wykraczała daleko poza boisko. Odnosiła się nie tylko do relacji między piłkarzami a trenerami, ale też na poziomie zawodnicy — kibice, pracownicy klubowi oraz działacze. Lata mijały, lecz więź nie słabła. My mamy ze sobą regularny kontrakt, bo to nie była tylko drużyna, ale jedna wielka rodzina — mówił Paweł Golański, wspominając tamte czasy. Co więcej, ta rodzinna atmosfera przyciągała kibiców na trybuny jak magnes. Frekwencja na stadionie rosła z meczu na mecz, bo kibice czuli, że ci zawodnicy walczą naprawdę. Trudno też nie zauważyć, że wielu z tych piłkarzy wróciło później do Kielc — bo miasto ich nie zapomniało, a oni nie zapomnieli miasta.
Najlepszy wynik w historii
Finał sezonu 2011/12 przyniósł wynik, który wstrząsnął polską piłką. Korona Kielce zakończyła rozgrywki na piątym miejscu z 48 punktami, wyprzedzając między innymi Polonię Warszawa i Wisłę Kraków. Był to natomiast zaledwie wstęp do nieśmiertelnej legendy. Ekipa Ojrzyńskiego znana była z fizycznego stylu gry, wysokiego pressingu i walki do ostatnich minut — niezależnie od wyniku. Nawet czerwone kartki i osłabienia jej nie zatrzymywały. Taka właśnie była Banda Świrów — pomimo gry w dziewięciu, pomimo źle układającego się spotkania, walczyła do końca, by wyrwać przeciwnikowi jeden punkt. Ponadto sezon 2011/12 udowodnił, że polska piłka może produkować bohaterów bez zagranicznych milionów. Wystarczyła odpowiednia filozofia, wspólnota i jeden charyzmatyczny trener, który potrafił zamienić przeciętnych piłkarzy w prawdziwych wojowników. Dziś, ponad dekadę później, każdy nowy sezon Korony wita się pytaniem: czy znowu zobaczymy coś podobnego? Odpowiedź brzmi niezmiennie tak samo — Banda Świrów była jedna i jedyna.


