Były momenty, gdy kibice Realu Madryt patrzyli na Jesé Rodrigueza z wypiekami na twarzy. W akademii Realu uchodził za jeden z największych talentów swojego pokolenia i był stawiany w jednym szeregu z takimi piłkarzami jak Isco czy Álvaro Morata. Porównywano go do Cristiano Ronaldo, mówiono o nim „przyszłość Bernabéu”. Dziś Jesé ma 32 lata i za sobą epizody w Turcji, Brazylii, Malezji i włoskiej Serie B.
Przyszłość Bernabeu
Jese Rodriguez stawiał pierwsze piłkarskie kroki w akademii Realu Madryt, w której był jednym z największych talentów. Mając 18 lat, został liderem Castilli, w barwach której rozegrał dwa świetne sezony. Nie był przypadkowym dzieckiem z ulicy – piłka była w jego DNA od urodzenia. Dorastał na Wyspach Kanaryjskich w atmosferze futbolu i ambicji. Gdy trafił do Madrytu, wszystko wskazywało na to, że czeka go wielka kariera. W barwach Realu Madryt Jesé rozegrał 94 mecze, zdobył 18 bramek i dołożył 15 asyst. Grał u boku Ronaldo, Benzemy i Di Maríi – i nie wyglądał przy nich jak ktoś, kto się boi. Wręcz przeciwnie, wchodził na boisko z pewnością siebie, która u tak młodego zawodnika robiła wrażenie. Carlo Ancelotti powiedział kiedyś wprost: Jesé to niesamowity talent i nawet nie skończył jeszcze 21 lat! Trudno o lepszą rekomendację niż słowa jednego z najlepszych trenerów w historii futbolu. Wszystko było gotowe na to, żeby ta historia skończyła się dobrze.
Kontuzja, która zmieniła wszystko
W drugiej minucie meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Schalke 04 Jesé Rodriguez został zaatakowany przez Seada Kolašinaca i musiał opuścić boisko. Badania potwierdziły zerwanie więzadeł krzyżowych w prawym kolanie. Dwie minuty. Tyle wystarczyło, żeby świat się posypał. Sam Jesé przyznał potem wprost w wywiadzie, że była to najgorsza chwila w jego życiu – nie tylko zawodowym, ale i osobistym. Powiedział: Kontuzja była najgorszym momentem w moim życiu zawodowym i osobistym. Ta kontuzja przyszła w moim najlepszym momencie – tak dobrym, że sam mówiłem wtedy, że jestem w stanie walczyć o wszystko, wygrać Złotą Piłkę. Po powrocie do zdrowia Jesé już nigdy nie był tym samym zawodnikiem. Coś się urwało – nie tylko w kolanie, ale też w głowie. Kiedy jesteś na szczycie i nagle wypadasz na rok, wróćić do tego samego miejsca jest naprawdę trudno. Jesé próbował, ale Real stopniowo tracił do niego cierpliwość.
PSG, wypożyczenia bez końca i zjazd na koniec świata
Latem 2016 roku Real sprzedał Jesé do Paris Saint-Germain za 25 milionów euro. To właśnie ten transfer okazał się początkiem końca wielkiej kariery. W Paryżu Jesé był praktycznie niewidoczny. PSG miało zbyt wiele gwiazd, zbyt mało cierpliwości i zbyt wysokie wymagania dla kogoś, kto wciąż szukał siebie po ciężkiej kontuzji. W przeciągu ponad czterech lat zaliczył zaledwie 18 występów dla PSG. Klub trzymał go na kontrakcie, ale de facto wykreślił z planów. Zaczęły się wypożyczenia – Las Palmas, Stoke City, Real Betis, Sporting Lizbona. Żadne z nich nie skończyło się sukcesem. Za każdym razem były iskierki nadziei, dobry mecz, chwila przypomnienia, że kiedyś naprawdę umiał grać – a potem znowu cisza. Później przyszły Ankaragücü w Turcji, Sampdoria we Włoszech, Coritiba w Brazylii i w końcu liga malezyjska. Kariera, która zaczynała się na Santiago Bernabéu, dotarła na dosłowny koniec świata.
Smutny koniec
Historia Jesé Rodrigueza jest trudna do jednoznacznej oceny, bo to nie jest historia lenia ani kogoś, kto nie chciał. To historia człowieka, którego jedno nieszczęśliwe zdarzenie wyrwało z rytmu w kluczowym momencie kariery – i który nigdy w pełni do tego rytmu nie wrócił. Poważna kontuzja kolana oraz szereg nietrafionych decyzji transferowych sprawiły, że jego kariera zaczęła skręcać w niewłaściwym kierunku. Do tego doszły problemy poza boiskiem – życie prywatne Jesé regularnie pojawiało się w mediach, co nie pomagało w skupieniu się na piłce. Wyciek gazu w jego mieszkaniu spowodował znaczny pożar, który zmusił go do spędzenia roku z daleka od boiska. Każdy, kto chciałby napisać scenariusz o piłkarzu, któremu los po prostu nie dawał spokoju, mógłby oprzeć go na życiorysie Jesé. Ale szczerość wymaga też powiedzenia, że sam nie zawsze pomagał sobie wyjść z dołka. Talent był – i to ogromny.


