Od tragedii na Cyprze do odpadnięcia w Liege – pucharowa przygoda Wisły Kraków 2011/12

0
1

Był sierpień 2011 roku. Wisła Kraków, świeżo upieczony mistrz Polski, stała o krok od czegoś, o czym polska piłka klubowa marzyła od 1996 roku. Liga Mistrzów. I to nie było myślenie życzeniowe – bo drużyna Roberta Maaskanta do złudzenia przypominała taką, która mogła to zrobić. Jednak futbol lubi pisać własne scenariusze. Ten z sezonu 2011/12 był dramatyczny, bolesny i – w finale – absolutnie nieprawdopodobny.

Cypryjski koszmar Pareiki

Droga Wisły do fazy grupowej zaczęła się spokojnie. Łotewskie Skonto Ryga i bułgarski Liteks Łowecz to byli rywale, którzy potwierdzili formę mistrza Polski. Ze Skonto Biała Gwiazda wygrała dwumecz 3:0, a z Liteksem – 5:2. Maaskant był zadowolony, choć przyznawał po meczu w Łoweczu wprost: 2:1 to bardzo, bardzo dobry rezultat, bo mam duży szacunek dla Liteksu. Mimo że nie graliśmy bardzo dobrego meczu, jestem zadowolony z wyniku. Taka ostrożność u holenderskiego szkoleniowca była znamienna.

Prawdziwy egzamin przyszedł w IV rundzie eliminacyjnej, gdzie los skojarzył Wisłę z Apoelem Nikozja. W teorii – najłatwiejszy możliwy rywal z puli. W praktyce – katastrofa, której nikt nie zapomniał. Pierwszy mecz przy Reymonta wygrał Małecki golem w 71. minucie. Wszystko wskazywało, że Wisła pójdzie po swoje. Jednak rewanż na Cyprze to jeden z czarnych rozdziałów historii klubu. Bohaterem – niestety antybohaterem – tamtego wieczoru stał się Sergei Pareiko. Najpierww 29. minucie bramkarz wepchnął do własnej siatki piłkę przy interwencji po rzucie rożnym. Potem, gdy w 71. minucie Cezary Wilk wyrównał i liga mistrzów znów była na wyciągnięcie ręki, Pareiko skapitulował ponownie w 87. minucie po strzale Ailtona. Tym razem po prostu po rękach.

Wilk mówił po meczu tak: Zabrakło czterech minut do Ligi Mistrzów. Z drugiej strony trzeba otwarcie powiedzieć, że byliśmy gorszym zespołem. Jeszcze przed chwilą miałem łzy w oczach. Na razie jest złość, smutek, wszystko naraz. Cypryjczycy świętowali. Wisła wylądowała w Lidze Europy.

Fulham 4:1 i zwolnienie Maaskanta – faza grupowa, która zaczęła się fatalnie

W Lidze Europy Wisłę rozlosowano do grupy z Twente Enschede, Fulham i Odense. Pierwsza kolejka to porażka z Odense 1:3 w Krakowie. Kolejka druga to wyjazdowe starcie z Twente, które Wisła przegrała 1:4. Co prawda Dudu Biton otworzył wynik już w 9. minucie, jednak potem Holendrzy zdominowali spotkanie zupełnie i nie zostawili złudzeń. Trzecia kolejka przyniosła odrobinę oddechu. Wisła podejmowała Fulham i wygrała 1:0 dzięki bramce Bitona w 60. minucie. Izraelczyk strzelił z 18 metrów i zdołał zaskoczyć Marka Schwarzera. Trener gości Martin Jol wystawił wprawdzie częściowo rezerwowy skład, jednak zwycięstwo z angielskim klubem to zawsze coś więcej niż zwykłe trzy punkty. Maaskant po meczu mówił optymistycznie: Zrobiliśmy to, co do nas należało. Wciąż liczymy się w walce o awans. Nie będzie to łatwe, ale nie jest niemożliwe.

Tyle że cztery dni później Wisła Kraków przegrała 0:1 z Cracovią w derbach. I trener Maaskant został zwolniony. Jego miejsce zajął Kazimierz Moskal – po raz drugi w karierze. Rewanż z Fulham bez Holendra na ławce wypadł dramatycznie – Wisła przegrała 1:4 na Craven Cottage. Co prawda kibice Białej Gwiazdy opanowali trybuny w liczbie ośmiu tysięcy i od pierwszej minuty wygwizdywali Anglików, ale to nie zmieniło wyniku. Po czterech kolejkach Wisła i Odense miały po trzy punkty. Fulham miało siedem, Twente – dziesięć.

Moskal miał jedno zadanie: wygrać dwa ostatnie mecze i liczyć na cud. Piątą kolejkę Wisła rozegrała z Odense u siebie. Cezary Wilk grał z rozbitym nosem po starciu z rywalem. Opatrzono go i natychmiast wrócił na boisko. Dudu Biton strzelił pierwszą bramkę w 20. minucie w dość sprytny sposób – otrzymał podanie od Garguły, zasygnalizował ruchem ciała, że odda piłkę, a potem czubkiem buta posłał ją do siatki. Osiem minut później Małecki podwyższył po kontrze na 2:0. Duńczycy strzelili po przerwie gola kontaktowego, ale wynik 2:1 się utrzymał.

Kraków nie poszedł spać – grudniowy cud z pomocą Duńczyków

14 grudnia 2011 roku. Minus kilka stopni przy Reymonta, na trybunach nieco ponad piętnaście tysięcy kibiców. Wisła Kraków musiała pokonać niepokonane dotąd Twente i liczyć, że Fulham nie wygra z Odense. Obie rzeczy musiały się wydarzyć jednocześnie. Kibice przyszli pewnie bardziej pożegnać drużynę z Europą niż naprawdę wierzyć w cud.

Trener Twente oszczędzał kadrowiczów i wystawił rotacyjny skład. Wisła tego nie zmarnowała. W 11. minucie Garguła strzelił z dystansu – piłka nabrała dziwnej rotacji i wpadła do siatki. W drugiej połowie Holendrzy wyrównali, ale zaraz potem, w 46. minucie, Genkow podwyższył po dalekim podaniu Pareiki. Jednak to, co działo się równolegle w Londynie, przeszło do legendy polskiej piłki. Na Craven Cottage Fulham prowadziło z Odense 2:0 do przerwy. Wisła wygrywała swój mecz, ale i tak – matematycznie – to nie wystarczało. A potem Duńczycy strzelili gola kontaktowego. I jeszcze jednego. Wyrównanie na 2:2 padło w doliczonym czasie gry.

Piłkarze Wisły zostali na murawie po końcowym gwizdku, nie idąc do szatni. Czekali. Kibice nie ruszyli się z trybun. Stadion milczał. I wtedy przez trybuny przeszedł szmer, który przerodził się w eksplozję. Mateusz Borek w komentarzu telewizyjnym krzyczał: „Kraków tej nocy nie położy się spać!”. Piłkarze nie dowierzali temu, co się stało. Kibice zaczęli świętować. Wisła Kraków wysłała potem do Danii sześciolitrową butelkę wódki. Podziękowanie za cud, którego nikt nie zamawiał.

Standard Liege i gorzk ie pożegnanie – koniec europejskiej przygody

W 1/16 finału czekał belgijski Standard Liege. Moskal nie brał pod uwagę innego wyniku niż awans – jego zawodnicy byli zdrowi, przygotowani i głodni rewanżu za wcześniejsze stracie. W pierwszym meczu w Krakowie Wisła zaczęła obiecująco i przez długie minuty dominowała. Jednak fatalna strata piłki Gervasio Nuñeza tuż przed własnym polem karnym skończyła się rzutem karnym i czerwoną kartką dla Michała Czekaja. Belgia wyszła na prowadzenie. Wisła jednak nie oddała pola i na dwie minuty przed końcem wyrównała – głową Genkowa. Remis 1:1 był do przełknięcia, choć bez zachwytu. Rewanż w Liège był meczem, o którym wolałoby się zapomnieć. Nuñez znów był problemem – tym razem wyleciał z boiska w 63. minucie. Standard grał zachowawczo, szukał stałych fragmentów, Wisła Kraków opierała grę niemal wyłącznie na Meliksonie. Skończyło się 0:0. A ponieważ belgowie strzelili gola na wyjeździe w Krakowie, to oni awansowali dalej.

Moskal po meczu nie ukrywał rozgoryczenia, ale zachował klasę: Gratuluję Standardowi awansu. Jednak moim zdaniem w tym dwumeczu to my byliśmy lepsi. Ciężko pogodzić się z odpadnięciem. Piłka nożna polega na strzelaniu bramek, a nam nie udało się strzelić gola, który dałby awans. Żałuję, że nie zdążyłem zdjąć z boiska Gervasio Nuñeza. Była już przygotowana zmiana, która miała pozwolić nam grać bardziej ofensywnie.

To był koniec. Nie tylko tej edycji Ligi Europy. To było – jak czas pokazał – ostatnie europejskie spotkanie Wisły Kraków w erze Bogusława Cupiała. I ostatnie w ogóle, aż do sezonu 2024/25. Sezon 2011/12 Biała Gwiazda w rezultacie zakończyła na siódmym miejscu w lidze. Zaciskanie pasa zastąpiło politykę wielkich transferów. Grudniowy cud przy Reymonta stał się ostatnią wielką europejską historią Wisły na długie lata.

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze