Wydawało się, że Marvel złapał zadyszkę, z której trudno będzie się podnieść. Po serii rozczarowujących premier i zmęczeniu materiału superbohaterskiego, na platformie Disney+ zadebiutował Wonder Man. I stało się coś niespodziewanego: serial o niespełnionym aktorze z supermocami nie tylko zachwycił krytyków, ale też z miejsca stał się najwyżej ocenianą produkcją aktorską w historii uniwersum. Czy słusznie? Sprawdzamy.
To miała być kolejna zapchajdziura w kalendarzu premier MCU. Tymczasem projekt, który przez lata leżał w studyjnej zamrażarce, okazał się powiewem świeżości, jakiego to uniwersum potrzebowało od dawna. Twórcy Shang-Chi zaryzykowali, odchodząc od schematu ratowania świata na rzecz kameralnego dramatu z elementami satyry na Hollywood. Opłaciło się.
Superbohater w cieniu Hollywood
Głównym bohaterem jest Simon Williams, aktor, który marzy o wielkiej karierze, ale zamiast na czerwonym dywanie, ląduje na niekończących się castingach. Jego problemem nie jest brak talentu, ale sekret: Simon posiada potężne moce oparte na energii jonowej. W świecie, gdzie aktorzy muszą podpisywać klauzule o braku nadprzyrodzonych zdolności, bycie superbohaterem to nie atut, a zawodowy wyrok.
Fabuła nabiera tempa, gdy Simon spotyka Trevora Slattery’ego. Skompromitowany aktor, znany fanom jako fałszywy Mandaryn, staje się dla Simona nieoczywistym mentorem i kumplem. Ich relacja to jeden z najjaśniejszych punktów serialu – pełna ciepła, humoru i wspólnej miłości do kina. Chemia między aktorami jest niezaprzeczalna i stawia ten duet w czołówce najlepszych bromance’ów Marvela.
Satyra zamiast bitwy o wszechświat
To, co wyróżnia Wonder Mana, to brak typowego dla Marvela patosu. Nie ma tu multiwersalnych zagrożeń, inwazji kosmitów czy wielkich bitew CGI. Zamiast tego dostajemy błyskotliwy metakomentarz na temat branży filmowej. Twórcy bezlitośnie punktują castingowe absurdy, wybujałe ego gwiazd i mechanizmy rządzące Fabryką Snów.
Serial nie boi się też trudniejszych tematów. Odcinek Doorman, zrealizowany w czarno-białej estetyce, to małe arcydzieło, które pokazuje historię dyskryminacji w Hollywood i genezę zakazu dla superbohaterów-aktorów. To dowód na to, że MCU wciąż potrafi opowiadać dojrzałe, angażujące historie, jeśli tylko da twórcom wolną rękę.
Czy to nowy król Marvela?
Liczby nie kłamią. Na Rotten Tomatoes Wonder Man cieszy się imponującym wynikiem 89% od krytyków i aż 91% od widzów, co czyni go rekordzistą wśród seriali aktorskich studia. Oceny na IMDb 7,6/10 również potwierdzają, że publiczność była głodna takiej odmiany.
Wonder Man to serial, który udowadnia, że w trzeciej sadze MCU jest miejsce na eksperymenty. To produkcja, która może przekonać do siebie nawet tych, którzy na Marvelu postawili już krzyżyk. Jeśli tak ma wyglądać nowa jakość zapowiadana przez Boba Igera – jesteśmy na tak.


